Laos 2018 # 2 Jeszcze trochę fotek

image01721aTo nie jest dzieło holenderskich mistrzów. To dzieło mistrza WojtkaDSC00093aZiemia ma kolor żółtoceglasty. Jeśli nie pada to wszystko dookoła jest tak zabarwione20181110_161014aTad Fan z jednej strony…DSC_0212ai z drugiej.20181113_094152aWodospadów tu mnóstwo, co jeden to fajniejszy.Te patyki po prawej to pułapki na ryby.20181113_144434aJeszcze ten największy. I wystarczy.image00358aZamiast parasoli coś trwalszegoDSC00230aBezpieczna przeprawa gwarantowana. Choć na to nie wygląda20181112_083444aMini prom dla jednośladów . Ale człowieka też przewiezie.Na stojąco.DSC_0469aPo kajakowaniu niektórych siły opuściłyDSC_0482aPięć ważnych przykazań. Teraz już wiemy, czego nie robić na podłodze w ubikacji

Reklamy

Laos 2018 # 1 Trochę fotek

DSC_0127a
Drużyna w komplecie . Nie pomylić z Ostatnią Wieczerzą DSC_0086aPierwszy wieczór i od razu pada.Właściwie leje

20181110_074325aAle w Tad Lo pogoda jak drut. W górze domki , w których mieliśmy mieszkać. Wspólnie z wężami.DSC00108aPlantacja kawy z kwitnącymi poisencjami.Fajne miejsce.20181110_110901aTo ta sama plantacja. Uroczy domek nad potokiem.IMG_2682aOdpowiedni papierosek dla dużego chłopa DSC_0146aTrochę zbaczając od turystycznego szlaku odkrywamy nowe klimaty DSC_0427aSielsko…20181113_092345ai klimatycznie.image01287aNie przeszkadzamy ?20181112_122030aMekong…DSC_0322a… zaprasza.

 

Tajlandia 2018# 1 Speedboatem do domu

20181125_105749bWszyscy śpią jeszcze smacznie , kiedy wyruszam do pobliskiego 7/eleven po papierosy i coś do picia. Na ulicach jest spokojnie , swojego biznesu pilnuje tylko gość sprzedający bilety na loterię.Rozglądam się po sklepiku za jakimś żarciem na śniadanie , ale nie wygląda to dobrze.Kiedy wracam do pokoju namawiam Żonę na wykupienie śniadania w hotelu. Bufet jest bardzo obfity, nie jestem w stanie zjeść nawet połowy tego , czego pożądają oczy. Nie wszyscy korzystają ze śniadania w hotelu. Niektórzy wolą 7/11, inni zaspali i śniadanie ich omija.20181125_113738bKilka osób , które są w Bangkoku pierwszy raz udają się na zwiedzanie Pałacu Królewskiego , inni zaś market Pratunam , celem wzbogacenia swych kolekcji odzieżowej. Płyniemy do centrum speedboatem. Ta forma przemieszczania wydaje mi się trochę szalona. Łódź podpływa z wielkim impetem pod przystań na rzece, wyrzuca pasażerów i błyskawicznie (“Quick,quick” – ponagla kasjerka ) zabiera następnych. Plusem jest to , że dość szybko dostajemy się do centrum miasta, bez korków i smogu , no i cena – ok.1,5 zł. Minusem – niski komfort jazdy – jedziemy zduszeni w tłoku, miejscowi patrzą z obawą, czy ich nie wypchniemy za burtę. 20181125_120536bPo kilkunastu minutach docieramy na miejsce. żar leje się z nieba, zanieczyszczone powietrze dusi , z miejsca mam mokry podkoszulek. Na ulicy niespodzianka – zniknęły tak liczne kiedyś kramy , oferujące na chodnikach wszystko co potrzebne i niepotrzebne. Wiem , że władze wypowiedziały im wojnę , ale nie sądziłem ,że akcja będzie tak skuteczna. Teraz po chodnikach idzie się w miarę normalnie , a nie przedziera się wąskim przejściem między budami a budynkami.

Market , który znamy dość dobrze z poprzednich wyjazdów także wydaje się inny, nie możemy znaleźć żadnego znaku, którym kiedyś kierowaliśmy się przy eksploracji bazaru. 20181124_120836bNiektórzy zostają,mając nadzieję na upolowanie czegoś szczególnego a my z Kalusiem po poprawieniu kondycji piwem w pobliski 7/11 kierujemy się do hotelu. Nie wiem dlaczego Kaluś uparł się , aby wrócić tuk-tukiem, ale nie sprzeciwiam się za mocno. Kierowca kiwa ochoczo głową , wszystko wie, zawiezie nas za jakąś niewygórowaną opłatą. Wg.mnie jedzie nie w tą stronę , w która powinien , ale siedzę cicho. Po drodze zatrzymuje się raz czy dwa aby rozpytać kumpli, ok, wszystko już wie. Wysiadamy przy hotelu Amari , do którego nas dowiózł, bardzo z siebie zadowolony.Nazwa niby podobna , ale to nie nasz hotel. Teraz to już i Kaluś godzi się na taxi , taksiarze wyglądają na bardziej rozgarniętych. I rzeczywiście , bez problemu dojeżdżamy do naszej miejscówki.

Woda w basenie jest chłodna i orzeźwiająca, po kąpieli miło jest uciąć sobie drzemkę na leżaku.20181125_203409bAle nie ma się co byczyć za długo , dziś w planie mamy jeszcze wizytę na Patpongu. To wesoła dzielnica, znana od dawna i prawie wszystkim. Centrum spotkań towarzyskich, handlu wszelkiej maści podróbami , można kupić wszystko , łącznie z dragami. Ale tego nie mamy w planie. Dwie taksówki zawożą nas do głównej uliczki. Z miejsca obskakują nas naganiacze , machając przed nosem ofertami darmowych wizyt , zapraszając do swoich przybytków. Czytam zafoliowaną ofertę, zestaw standardowy , piwo 300 bht, wejście za free. Nie ma co dalej szukać , i tak nie mamy określonego celu wizyty. Chłopak prowadzi nas do pobliskiego lokalu, wchodzimy po schodkach , jest ciemno. Dopiero po chwili oczy przyzwyczają się do mroku , siadamy na krzesełkach wzdłuż ściany. Patpong/obr. z gonomad.com/

Rozglądam się, lokal nie wygląda zbyt reprezentacyjnie , nawet w ciemności. Na podest jakieś półtora metra od nas wchodzą dziewczyny , jedna po drugiej , każda chwali się sztuczkami. Ich twarzy prawie nie widać , innych części ciał też. Może to i lepiej. Niemrawo kolebią się na scenie, obsługa wciska widzom piwo .  Szefowa rozdaje kilka rakietek do ping-ponga. Jedna z artystek usiłuje wystrzelić je w naszym kierunku, ale nasze machanie paletkami na nic się zdaje, większość piłeczek upada tuż za estradę. Tylko jedna dała radę, czuję wilgotne pacnięcie w ramię. Kolejne coś tam wyciągają z czeluści , ale nawet dobrze nie widać , czy to sznurek do snopowiązałek czy ozdoby choinkowe. Szefowa jest czujna i widzi , że zaraz straci widownię, więc podchodzi , w asyście dwóch panienek z rachunkiem. Wręcza go Kalusiowi, ale ten nie ma okularów i przekazuje dalej. Dziewczyny podskoczyły na widok sumy do zapłacenia. Czytam : 10 razy piwo ( 300 bhtx 10) +  10 razy wstęp ( 1000 bht x 10). Pomijam fakt , że jest nas tylko dziewiątka to przecież wstęp miał być za free ?  Szefowa coraz bardziej zjeżona wykrzykuje  „tyrtintausen ,tyrtintausen !” Nawet gdybyśmy chcieli zapłacić to tyle nie uzbieramy . Tłumaczymy , że wstęp miał być wolny i zapłacimy tylko za piwo. „No free , no free” wykrzykuje burdelmama.”A!a!a!” ponagla. Za nią cicho czają się przyboczne, gotowe do ataku. Blokują wyjście a są dość mocno zbudowane, jak na Tajki. Składamy się po 300 bht, podaję kasę szefowej i zaczynam się przepychać do wyjścia. O ile nasze dziewczyny miały problemy , żeby zdestabilizować szczelną obronę Tajek to przed górą mięśni  (to ja) muszą się rozstąpić . Wychodzimy , „A!A!” słyszymy jeszcze na ulicy. Cieszę się w duchu ,że nie napuściły na nas swoich kolesi z nożami czy innym sprzętem bojowym, mogłoby być grubo. Obchodzimy jeszcze stragany z Rolexami i koszulkami Armani , ale zapał do eksploracji już prysł.

Cieszymy się , że dotarliśmy cało do hotelu, mam nadzieję , że nikt nie czuje się zawiedziony pokazem…20181123_163302b

Dorota bardzo chce zobaczyć pływający targ. Najsławniejszy jest w ofercie chyba każdego taksiarza, także można zamówić wycieczkę w naszym hotelu. W czasie wieczornych obrad zostaję skierowany na odcinek zdobycia szczegółowych informacji , wracam po chwili. Trzeba wyjechać rano , bo sam dojazd zajmuje prawie dwie godziny. No cóż, Bangkok liczy 8,5 miliona mieszkańców i zajmuje sporą powierzchnię Podobno Damnoen Saduak to czysta komercja, no ale jeśli taką wizytą można uczynić choć jedną osobę szczęśliwszą to nie pozostaje nic innego jak jechać. best-floating-market/obr. z neta/

Grupa nie jest zdecydowana- jednym szkoda kasy , inni chcą się wyspać, inni nie mogą podjąć decyzji i wskutek takiego hamletyzowania sprawa się rozwadnia i w końcu temat znika. Ktoś powie – mogliście jechać sami. Tak, ale przez trzy tygodnia ekipa była jednością, wspaniale razem spędzaliśmy czas i chcemy , aby tak zostało do końca wyjazdu. A z drugiej strony – fajnie jest mieć jakieś niespełnienie , które motywuje do powrotu.

Ostatni dzień przygody to szybkie zakupy , nawet dla mnie znalazł się rozmiar koszulki – i byczenie się przy basenie. Przedłużyliśmy pobyt w hotelu więc bez stresu możemy korzystać z jego wygód.

Wieczorem taksówki wiozą nas na lotnisko , 4 godziny w Helsinkach i – witaj w domu ! image00948b

 

Kambodża 2018 # 7 Pięć gwiazdek rozjaśnia mroki nocy

image00863bPytam w recepcji , czy jest możliwość przesunięcia wymeldowania z hotelu. Mamy samolot dopiero koło północy a check-out powinien nastąpić do południa. Pani długo wgryza się w komputer, w końcu melduje, że ewentualnie jeden pokój mogłaby udostępnić do 19 i ani minuty dłużej.

Dobre i to .

Na śniadaniu chcę omówić plan na dzisiaj , mam pewne propozycje , ale po pierwszych słowach okazuje się, że panie mają już plan dawno ułożony. Widząc desperację w ich oczach rozumiem , że wszelkie modyfikacje są niemożliwe i niewskazane. Nie wiem , czemu shopping wyzwala u nich takie emocje , wycofuję się bez słowa.

Bagaże są już złożone w naszym pokoju , znajduję miejsce na foteliku , ale jest niewygodnie. Chłopaki namawiają na wyjście do knajpy naprzeciwko. Widząc , że nic mądrego w pokoju już się nie wydarzy, a wena uleciała , melduję się w barze.image00871bMiło prowadzić nieśpieszną pogawędkę w sympatycznym towarzystwie.Jeśli dodać do tego piwo tanie jak barszcz to trzeba uznać , że przedpołudnie jest udane. IMG_4450bDziewczyny wracają, ale mimo , że siedzimy tuż przy ulicy to nas nie zauważają. Jakoś się jednak dogadujemy i ustalamy, że trzeba coś zjeść. Krążymy po okolicach, podobno ktoś gdzieś widział fajną miejscówkę , ale ciężko tam trafić. Wreszcie zostajemy w pustej restauracji , która się nazywa La caverne de Kim i jak widać na wizytówce – zaprasza głównie Francuzów. Pani Kim jest jednocześnie szefem jednoosobowej kuchni, kelnerką i kasjerką. Poza nami w knajpie nikogo nie ma , ale przygotowanie od zera kilkunastu dań zajmuje pani trochę czasu. Ale nam się nie śpieszy , mamy parę godzin do dyspozycji . Po dwóch godzinach wychodzimy usatysfakcjonowani, było świeżo , smacznie i dość tanio. Kiedy mrok staje gęstszy wracamy do hotelu. Przez godzinę czy dwie siedzimy ściśnięci na walizkach w naszym pokoju. Ktoś śpi , ktoś obsługuje pilota, skacząc po kanałach tv, kolejka do łazienki nie maleje.IMG_4301bKilka minut przed siódmą ewakuujemy się z pokoju.Zza ściany korytarzyka zerka już dziewczę , gotowe do doprowadzenia pokoju do używalności , choć zostawiamy wzorowy porządek. image00910bNa dole okazuje się , że pośpiech był wskazany , jacyś Japończycy w holu przebierają nogami. Łapiemy tuk-tuki , dobre pół godziny zajmuje nam dojazd do lotniska. Lot mija szybko jak błyskawica , zasypiamy zaraz po zapięciu pasów.

Na lotnisku w Bangkoku czekają już zamówione limuzyny.Spokojnie mieścimy się do busa i osobówki. Droga mija szybko, o północy nie korków.

Hotel wita nas z daleka wielkim napisem Avani Atrium. Ta miejscówka to niespodzianka, zdecydowałem się na nią w ostatniej chwili , bo pięć gwiazdek przekracza nasz budżet . Ale wyskoczyła promocja w agodzie i klamka zapadła. DSC00533bTowarzystwo jest trochę zdezorientowane,slumsy Sihanoukville od pięciogwiazdkowego obiektu dzielą tylko dwa dni. Można doznać szoku.

Szybko się czekujemy , dostajemy pokoje na tym samym piętrze, niedaleko od siebie. Jeszcze chwilę przysiadamy w holu , aby omówić przy drinku plany na jutro . Jest już grubo po północy, kiedy rozchodzimy się do pokoi.image00917b

Kambodża 2018 # 6 Brat też nie pije

IMG_4385bHotel jest znakomicie usytuowany. Do promenady Sisovath Quay mamy kilkanaście kroków , to ścisłe centrum miasta.Aleja jest pełna ludzi , nie sądziłem , że ten festiwal to taka poważna impreza.Mnóstwo ludzi obserwuje ścigające się długie łodzie, drugie tyle usiłuje im coś sprzedać.20181122_150808bDługie łodzie są naprawdę długie, największe mieszczą ponad 60 ludzi.Każda z prowincji wystawia swoje osady w różnych kategoriach, ale nawet gdybyśmy komuś chcieli kibicować to łodzie są oznaczone tylko tajemniczymi banderami , nie do rozszyfrowania dla niewtajemniczonych. Pozostaje nam więc tylko podziwiać wysiłek wioślarzy , niektóre wyścigi są naprawdę emocjonujące. Nie mam też pojęcia , jakim systemem są rozgrywane konkurencje i czy w ogóle w grę wchodzi jakiś ranking. IMG_4361bNie ma to znaczenia, przeciskamy się w tłumie, łapiąc się za kieszenie, w takim zamieszaniu łatwo rozstanie z gotówką czy smartfonem. Z ulgą zasiadamy w restauracji na rogu, dużo przyjemniej jest patrzeć na kłębiący się tłum znad szklaneczki piwa.IMG_4365bNie mamy za dużo czasu na zwiedzanie Phnom Penh , większość z nas zresztą już tu była,pojutrze wieczorem wylatujemy do Bangkoku.

Posiliwszy się idziemy jeszcze do Central Marketu , bardzo charakterystycznego , owalnego budynku oddalonego tylko kilkaset metrów od naszego hotelu.Zbliża się 17 , stoiska powoli pustoszeją , trochę się spóźniliśmy. Kręcimy się trochę po bazarze ,ale raczej na poważne zwiady trzeba przyjść jutro. Panie są lekko rozczarowane, panowie chętnie wstają z ławeczek , na których przesiedzieli ostatnią godzinę , omówiwszy fenomen kobiecego zauroczenia grzebaniem w nieświeżych ciuchach.

DSC00504bWracając do hotelu zdajemy sobie sprawę, że i wieczorem nasza okolica to centrum PP. Klub koło klubu, bary z damską obsługą , salony masażu – co kto chce. My chcemy jednak odpocząć w hotelu, odwiedzamy po drodze markecik. Ceny są wyższe niż na prowincji , nie mam mowy o butelce za 3 USD.

O 18 zaczyna wieczorny spektakl nad rzeką , płyną przedziwnie oświetlone statki, gapie podziwiają też spektakl na niebie , fajerwerki strzelają  dobrą godzinę. Mamy to szczęście , że nasz hotel jest dość wysoki i z tarasu widokowego świetnie widać cały spektakl. Jest tylko jedna niedogodność – jest tam tylu widzów, że nie można wetknąć nawet szpilki. Pocieszamy się , że niedługo Sylwester i szwagier znowu odpali w ogródku zestaw fajerwerków z Biedronki.IMG_4250bJeszcze raz ponawiają fiestę o 22 , ale to słyszymy ją tylko przez sen.

Wczoraj umawialiśmy się na wyjazd na Pola Śmierci i do Szkoły 21 Tuol Sleng, będąc w PP trzeba zobaczyć te miejsca.Jest pięcioro chętnych , więc czuję się w obowiązku im potowarzyszyć, choć widziałem je już dwa razy.To akurat dwa tuk-tuki po 3 osoby.

Ale na śniadaniu okazuje się , że Halina nie dołączy.Czuję się więc zwolniony ze zwiedzania , pakują się do jednego pojazdu. Niepotrzebnie tylko zrywałem się tak wcześnie.DSC00458bHumor poprawia mi mocca w knajpce za rogiem. Patrzę na pustawy bulwar , ludzie zaczną przybywać za dwie – trzy godziny. Nie ma też wszechobecnych posterunków wojska, tajniaków no i tysięcy skuterów , poupychanych po uliczkach. image00899bSprytni właściciele posesji wynajmują im miejsce za parę groszy , grodząc swoją część ulicy taśmami.

Powoli ekipa zaczyna się zbierać. Jaki plan na dzisiaj ? Oczywiście shopping !

Dziewczyny wyczytały w przewodnikach adresy ulic, gdzie zgromadzili się wytwórcy rzemiosła, czeka na dokładne spenetrowanie także Central Market.

My z Kalusiem udajemy się na naszą promenadę , robi się coraz ciaśniej. Siadamy na murku gapiąc się na przechodzących ludzi. Klikam im zdjęcia, jedni są obojętni , inni wręcz przeciwnie – pozują , eksponując odświętnie ubrane pociechy. DSC00484bWreszcie temperatura skłania nas do poszukania jakiegoś schronienia . Może masażyk ? Czemu nie , za 10 USD spędzimy godzinkę w miłym towarzystwie silnych dziewczyn. Jest jeszcze dość wcześnie , nie wszystkie przybytki już działają, , trzeba trochę pochodzić , ale się opłaciło.

Jesteśmy zadowoleni z usług, wracamy do hotelu odprężeni , AngkorBeer w pobliskim barze do końca wygładza zwoje mózgowe.

Ekipa kompletuje się krótko po południu.

Jaki plan? Naładowani energią chcą zwiedzić Pałac Królewski i Srebrną Pagodę. Są oddalone o kilkaset metrów od naszego hotelu , nawet mimo tłumu na ulicach można tam dojść na piechotę w kilka minut.

Ruszają, ja zostaję w hotelu, aby popracować nad relacją w spokoju. Niezbyt mi się to udaje, bo przychodzi zniechęcony Kaluś.Pałac Królewski z okazji święta jest zajęty przez ekipę rządową. 20181123_143707bWokół przechadzają się dostojnicy a bram strzeże wojsko. Wstęp wzbroniony. Podobnie rzecz się ma ze Srebrną Pagodą. Na pocieszenie ekipa jest kierowana do sekcji VIP widowni regat . Białe , wyściełane krzesełka kuszą , ale Kaluś jest odporny na kuszenie , ale nieodporny na koszmarny upał lejący się na głowy, więc wybiera moje towarzystwo. Jako załącznik przyniósł słuszną flaszkę whiskacza, którą opróżniamy nie niepokojeni przez nikogo. Omawiamy sprawy bieżące, przeszłe i przyszłe , ważne i nieważne , czas szybko mija . Kaluś wychodzi , dla mnie 13 to zdecydowanie za wcześnie na alkohol, udaję się na drzemkę celem odparowania .

     Moja Żona, która pojawia się za jakiś czas  jednym rzutem oka ocenia mój stan , pojawiają się groźby mniej lub bardziej karalne , zapowiedzi mrocznej przyszłości naszego związku i mniej czy bardziej jasne oceny mojej przydatności do społeczeństwa, a rodziny w szczególności . Twój tata nie pił, mama nie pije…I brat też nie pije – wtrącam nieopatrznie. Odpowiedzią jest trzaśnięcie drzwiami a ja kładę się z powrotem do łóżka. Przypominam sobie , że w ubiegłym roku takie afery zdarzały się prawie codziennie i z błogim uśmiechem zasypiam.     fbaa36b34c467bc04cc84ff5cb87e77385d86c6d0d017fa3990d1886fbac3affGodzinna drzemka dobrze mi robi, zabieram się do pisania , grupa zbiera się na kolację a potem na sympatyczny wieczór w pokoju , ale beze mnie . Wesołe krzyki i odgłos tłuczonego szkła  słychać do późnych godzin nocnych . Jak ładnie można się bawić bez alkoholu … muszę kiedyś spróbować .
Moja żona przerzuciwszy  złe myśli na mnie ma teraz świetny humor a teraz nasze małżeństwo będzie teraz wyglądać tak, jak na obrazku :

DuJFoB9XcAEzPLZ

Z rozrzewnieniem wspominam samotne wyjazdy.

image00876b

Kambodża 2018 # 5 Pozostały tylko lwy

20181122_073007bJeszcze wieczorem zamówione tuk-tuki czekają przy hotelu , jest też samochód , którym jadę z Wojtkiem. Po drodze jeszcze raz oglądamy przerażające śmietnisko , ciągnące się aż do miasta. Wszędzie rozbabrane budowy , oklejone bannerami z chińskimi napisami , Chińczycy mają też swój sklep ,  z produktami tylko Made in China.Przejeżdżamy koło lwów, są zakurzone i brudne, ale trwają. Ta część miasta wygląda na nietkniętą przez zmiany. Chińczycy dostali niedawno carte blanche na rozbudowę wybrzeża Kambodży , mówi się także o tym , że na 10 lat mają wydzierżawić 100 km wybrzeża , aby stawiać tam swoje bazy wojskowe i budować porty marynarki wojennej. Hojne dotowanie gospodarki Kambodży powoduje , że władza rządzącej od 32 lat junty wojskowej ( powiązanej zresztą z niedobitkami Czerwonych Khmerów) wydaje się przez następne kilkadziesiąt lat niezagrożona. Tym bardziej , że w kolejce do rządzenia krajem czekają synowie i córka obecnego premiera Hun Sena.20181119_110254bCentralny market stoi jak stał, ruch wokół niego jest tak samo zwariowany, pojazdy jeżdżą we wszystkich kierunkach.
Wspólne wędrowanie nie ma sensu , umawiamy się za godzinę przy wejściu.20181119_110810bDziewczyny kupują jakieś drobiazgi , trochę pamiątek i prezentów, panowie spędzają czas w pobliskim barze.20181119_112106bKiedy zbieramy się przy wyjściu kierowcy już do nas machają . Jasne, w tym tłumie to my się wyróżniamy , nie oni.Po drodze do hotelu zahaczamy o market. Łyk gorącej kawy i ciasteczko dodają wigoru , a alkoholowe zakupy poprawiają humor.

Proszę naszego kierowcę, aby jechał ulicą przy plaży , przez okolice , które znamy z poprzednich wojaży. Krajobraz jak po wojnie – hoteliki zrównane z ziemią , nasz ulubiony supermarket , w którym byliśmy codziennymi gośćmi – zniknął.Gruzowiska ciągną się przez kilkaset metrów , aby ustąpić miejsca śmietniskom na skraju miasta. 20181119_125931bMam cały czas nadzieję , że to etap przejściowy i wszystko będzie jeszcze przepiękne, ale nie wiem , czy będę chciał to kiedyś sprawdzić.

Shopping nie wypadł zbyt okazale , ale nie przeszkadza nam to w plażowaniu. Asia i Tomek postanawiają spędzić popołudnie aktywnie , wypożyczając supa. Sub to rodzaj kajaka , na którym się stoi i napędza jednym wiosłem (stand up paddle (SUP), czyli wiosłowanie na stojąco ) . Nie jest to prosta sprawa , ale dają radę .image00494b Ja , po doświadczeniach z surfingiem , kiedy przez pierwszą lekcję ćwiczyłem ślizg, czyli ześlizgiwałem się do wody zaraz po powstaniu z kolan, patrzę na takie wynalazki z głęboką rezerwą.

Po godzinie zdają sprzęt i dość usatysfakcjonowaniu opowiadają swoje przeżycia. Zdążamy o tym zapomnieć , kiedy z awanturą przybiega mąż pani , która wypożycza sprzęt i żąda 80 USD za skrzywienie wiosła. Owszem , wiosło jest plastikowe i mogło się wypaczyć przy odpychaniu od dna , ale Tomek zdecydowanie temu zaprzecza. Zdał sprzęt, pani nie kwestionowała jakości , spadaj gościu. I spadł, mrucząc jakieś zaklęcia pod nosem.IMG_4110bWeekend ściągnął na plażę rzesze miejscowych , bawią się przy lokalnym rapie. Przystajemy chwilę, ale to nie nasza muzyka. Tylko Tomek się wkręcił, wymachuje rękami i kręci piruety , lokalesom bardzo się to podoba. Mam obawy , czy ta wzajemna fascynacja nie przerodzi się w coś , nad czym trudno będzie zapanować i wyciągam go za rękę z kółeczka , w którym wodzi rej.

Jeszcze tylko wieczorna sesja nad rzeką i idziemy spać.

Kolejny dzień spędzam przy basenie , usiłując sklecić początek relacji . Moje pomoce – tablet i zwijana , gumowa klawiatura , którą kupiłem specjalnie na wyjazd nie zdają egzaminu, piszę więc na smartfonie. Niezbyt to wygodne , bo oczy bolą po kilku zdaniach , ale jakoś brnę.

Co jakiś czas wskakuję do basenu dla ochłody , sprawdzając uprzednio , czy nie kąpią się w nim chińskie dzieciaki bez pampersów.

Pora wyjeżdżać, zutylizowaliśmy cały alkohol w promieniu kilometra czy dwóch , jutro rano autobus zawiezie nas do Phnom Penh.IMG_4144b

Kambodża 2108 # 4 Kiedy dwie znaczą trzy albo siedem

DSC00420bWstaję , jak zwykle,  najprędzej , o 6 rano jest już jasno a nie lubię się wylegiwać w łóżku. Przez godzinę czy dwie wyłaniają się kolejni Podróżnicy. Noc minęła spokojnie , choć nad ranem przemknął mały deszczyk. Na rejs jesteśmy umówieni na 10 , co bardziej nerwowi ponaglają do wyjścia. Śniadanie jemy na końcu plaży , co ma dziś swoje uzasadnienie – stąd będziemy startować na wycieczkę. image00391bAngkor Beer smakuje wyśmienicie , po chwili pojawiają się kolejne zamówienia – jajka na bekonie , musli ze świeżymi owocami ( hitem jest mango , ale i arbuz niewiele mu ustępuje ) i jogurtem, pankejki polane miodem … Jakoś nie ma chętnych na azjatyckie menu.

Kończymy o czasie i rozglądamy się za naszym kapitanem . Zamiast niego woła nas sternik , aby już wskakiwać na łódź. Menadżer , z którym wczoraj ubijaliśmy interes zjawia się za chwilę, kasuje pieniądze i znika.

Odpływamy.image00451bGodzinkę płyniemy na pierwszą wyspę , to Krew Kota , czyli po khmersku – Koh Ta Krev.DSC00442bWyspa nie jest bezludna, stoi kilka bungalowów, jest jakiś hostel , kilka domków mieszkańców. Dziewczyny rzucają się na rozłożone w cieniu hamaki , chłopaki udają się do knajpki , odświeżyć gardło. IMG_3908bKiedy wracamy wszyscy już są w wodzie. Przypływa coraz więcej łódek , robi się tłoczno.Nie ma co siedzieć w tłumie, rzucamy hasło do odwrotu.

Kolejna wyspa to podobno raj dla snurkujących , rafy i mnóstwo ryb. Kilka osób wskakuje z rurkami do wody, nie jestem przekonany , ale schodzę. Cofam się , kiedy do nogi przykleja mi się torebka foliowa. Pogadujemy sobie na łodzi, Halinka częstuje batonikami energetycznymi. Basia się certoli : “Nie wypada” . Wypalam : “Bo musisz odwinąć papierek , wtedy wypadnie ! ” Po chwili żałuję ,że ją przekonałem , bo to był ostatni wafelek.

Pływacy wdrapują się na łódź , jeden widział rybę, ooo, taką wielką, inny kawałek rafy, ale mojego worka nikt nie widział. Wracamy do domu. Asia się gorączkuje , że miały być trzy wyspy, a zaliczyliśmy tylko dwie. Nikt nie podejmuje tematu, niektórzy nawet uśmiechają się pobłażliwie. Prawdę mówiąc , to postawiliśmy nogę tylko na jednej a takich , które można obejrzeć z daleka jest w zasięgu wzroku kilka , więc w sumie to tour mógłby się nazywać “7 wysp” , kwestia fantazji.

image00434bDo kolacji siedzimy na plaży , korzystając ze słońca. Wracając zahaczamy o sklepik z alkoholem . Ogałacamy go z Mekongu ,prosimy właściciela , aby na jutro zadbał o uzupełnienie zapasów.

Zaczyna padać wieczorny deszczyk , dziewczyny zarządzają babskie party , idą nad rzekę. My chcąc ,nie chcąc zostajemy koło domku Nie nudzimy się , popychamy pierdoły przy butelczynie sympatycznego napoju. Do bungalowu naprzeciwko wprowadziła się Angielka, o urodzie dość nienachalnej , o ile mogę to ocenić bez okularów . Właśnie skończyła telefoniczną konferencję z narzeczonym ( mężem ?) i wygląda na osobę, która  ma za sobą program obowiązkowy i wolny wieczór…. Wypychamy Tomka , aby  zaproponował jej drinka, po chwili walki z wrodzoną nieśmiałością  podaje jej szklankę i uśmiecha się miło. W tym właśnie momencie , ni stąd ni zowąd wyrasta jak spod ziemi jego Żona… Deszcz pada coraz mocniej, ale jej , podpartej pod boki , nie przeszkadza żądać wyjaśnień , rzucać nieuzasadnione tezy i wskazywać kierunki , w których zmierza ich małżeństwo. Nie czekając na odpowiedź, zabiera nam flaszkę z resztą napoju i udaje się do koleżanek. Tomek nie zdążył wydusić słowa. Pocieszam go , że znając życie , gdybym to ja podszedł do Angielki to w miejscu jego Żony pojawiłaby się  moja. Nasza koleżanka z Albionu już trakcie wymiany zdań wycofała się taktycznie do pokoju , więc na zadzierzgnięcie międzynarodowych stosunków nie było szans. Na pociechę udaję się do lodówki po kolejną flaszkę.image00445b

Jutro Basia z Marią planują udać się do miasta , niespecjalnie nalegają na towarzystwo a i nikt się nie wprasza.

Wstają wcześnie , idą plażą jak się da daleko.

Po śniadaniu nasze pozostałe dziewczyny chcą ruszyć ich śladem , kiedy pytają , czy jakiś facet z nimi pójdzie to nie ma chętnych. Nagle każdy znajduje jakieś niecierpiące zwłoki zajęcie , na przykład zamawianie browara i muszę się ruszyć ja. Spacer w pełnym słońcu , w południe , po nieosłoniętej plaży przerabialiśmy już na Sulawesi , więc staramy się zabezpieczyć kremami czy lekkimi ciuszkami. IMG_3884bChcemy dojść do miasta , ale już po kilku kilometrach stwierdzamy , że to się nie uda. Zasiadamy w odległej knajpce na kawie , chwila oddechu i można wracać.

Nonszalancko zdejmuję klapki i idę brzegiem morza, co po kilku kilometrach skutkuje gigantycznym odciskiem na podbiciu. Kulejąc , podążam za dziewczynami. Staram się nie stracić dystansu , ma to swoje głębokie uzasadnienie. Kiedy one idą przodem , ubrane tylko w bikini , miejscowi , biesiadujący na plaży zwracają uwagę tylko na nie , a nie na mnie. IMG_3828bNie brakuje mi uwagi lokalesów, moja figura solidnie zbudowanego , białego facet budzi w nich zawsze zaciekawienie i komentarze , połączone z uśmieszkami. Teraz ślinią się nie dla mnie a ja napawam się anonimowością. Dziewczyny też się jakby prostują, wygląda na to , że nie zauważają tej sytuacji ,rzucają obojętne spojrzenia , pogrążone w rozmowie . Jako wybitny znawca kobiecej duszy wiem , że rejestrują wszystko dokładniej niż Go-Pro.20181117_110958bMaria i Basia docierają do nas po południu i opowiadają przedziwne rzeczy , podnoszące włosy na głowie. Doszły do rzeki , kiedyś wpływającej do morza , teraz koryto jest  całkiem zasypane przez śmieci. Całe kwartały ulic, które znamy z poprzednich wyjazdów są zburzone. Chyba nie ma sensu opuszczać naszej plaży,jednak na jutro planujemy shopping. Sami się przekonamy o stanie rzeczy.20181118_141811b

Kambodża 2018 # 3 Homary i inne zwierzęta, martwe i żywe

DSC00413bJest już jasno , kiedy zbliżamy się do Sihanoukville. Nie wierzę własnym oczom. Już kilka kilometrów przed miasteczkiem widać , że to wielki plac budowy. Jednocześnie powstaje setki budynków. Są opisane po chińsku , bannery przedstawiają wizję kolosalnych kasyn i gigantycznych hoteli. Wszędzie , mimo wczesnej pory , kręcą się chińscy budowlańcy. Jak okiem sięgnąć wszędzie dźwigi. Ostatni przystanek jest zlokalizowany w pobliżu Ronda Złotych Lwów. Lwy pozostały , ale okolica wokół nich to plac budowy połączony ze śmietniskiem. Szczęka mi opadła, w ogóle się tego nie spodziewałem. Kaluś , pomysłodawca powrotu do tego miejsca też ma nietęgą minę .

Po krótkich targach wbijamy do tuk-tuków. Przewidując zmiany ( choć nie w takim stopniu) wybrałem hotel daleko za miastem.

20181119_130020bJedziemy kilkanaście minut z niedowierzaniem wpatrując się w las rosnących w oczach budynków.

Szczęka opada mi jeszcze niżej , kiedy dojeżdżamy na miejsce. Hotelik jest skromny , ale mniejsza o to. Gorzej , że okolica dosłownie tonie w śmieciach a po przeciwnej stronie ulicy z budowy wielkiego gmaszyska słychać pracujące maszyny , młoty czy piły.

DSC00394bNa tą budowę wychodzą okna hotelu. Oczywiście , nie będziemy w nim dużo przebywać , ale niewykluczone , że prace na budowie trwają do późna w nocy.

Menadżer hotelu z lekkim uśmieszkiem niedowierzania chce potwierdzenia , czy aby na pewno chcemy tu zostać 6 nocy. Potwierdzam niezbyt pewnie.Pokoje jeszcze nie są gotowe, mamy kilka godzin, idziemy na śniadanie. Do morza jest kilkaset metrów błotnistą , zasyfioną uliczką. Na szczęście bary , takie jakie pamiętam, stoją w pierwszej linii brzegowej. Także morze nie zawodzi,jest niebiesko – zielone i spokojne – tak jak miało być. Dochodzimy do końca plaży, dostrzegając krzątającego się właściciela knajpki decydujemy się u niego złożyć zamówienie. Oczywiście nie jest przygotowany na najście dziesięciu głodnych , dobrą chwilę trwa zanim uzupełni zapasy. Na szczęście piwo znalazło się od razu , no i humory też się poprawiają. Rozglądamy się wokół, nie będzie źle. Na plaży leżaki, piasek wygrabiony, w kolejnych barach pojawia się obsługa. Słońce coraz mocniej przygrzewa i robi się naprawdę wakacyjnie.IMG_3763bNie śpieszymy się ze śniadaniem , wyciągamy się na łóżkach plażowych i gapimy przed siebie.

Wreszcie zbieramy się i wracamy do hotelu, tym razem uliczką przy plaży. Brud jest przerażający , wszędzie walają się plastikowe worki , kubki czy rurki. Kilka hoteli jest już gotowych , wyglądają bardzo ładnie i jeśli takie mają tu powstawać to potrzeba tylko cierpliwości , aby za kilka lat wioska przeobraziła się w kurort.Na razie jest słabo.

IMG_3777bObsługa prowadzi nas do pokoi, a właściwie bungalowów. Na szczęście nie mieszkamy w pokojach z widokiem na budowę.W domkach nie słychać budowlanych hałasów, nie są duże i wyposażone raczej podstawowo, ale kamień mi trochę spadł z serca. Na końcu alejki między domkami są tarasy, można będzie wieczorem usiąść przy dobrym napoju i pogapić się na rzekę.IMG_3779bJest też mikry basenik , da się żyć.

Ale nie ma co siedzieć w domku , wracamy na plażę.

Luzik na plaży ma swoją cenę , za miejsca na leżaku należy zakupić choćby piwo , ale przeważnie kończy się to na kolejnych czy jakimś lunchem. Piwo zimne, zupki gorące , nie narzekamy.20181121_123546bKręcą się sprzedawcy okularów, ciuchów czy szali, kosmetyczki i masażystki uzbrojone w koszyczki z akcesoriami oferują depilację czy manicure, dziewczyny z tacami homarów na głowach przechadzają się wśród głodnych.image00839bRobi się bardzo gorąco , mimo leżaków czy koszykowych foteli w cieniu od czasu do czasu zanurzamy się w morzu. Nie przynosi to ulgi, w domu do wanny lejemy chłodniejszą.image00408bPo południu zbieramy się do powrotu do domków. Ulgę przynosi kąpiel w naszym baseniku, woda jest wreszcie orzeźwiająca.

Kolację jemy na plaży, barów jest kilkanaście , wszystkie mają podobne ceny i podobny asortyment , ale oczywiście szukamy szczęścia aż na końcu plaży.

W pierwszej części naszej podróży jedliśmy na kolacje podobne dania , niewiele różniące się cenowo więc założyliśmy wspólną kasę i płaciliśmy wspólnie. Teraz jest już trudniej , dania są bardziej zróżnicowane cenowo więc rachunek jest sprawiedliwie dzielony na członków grupy.

image00473bPo kolacji siadamy jeszcze na naszym tarasie nad rzeką przy szklaneczce przeboju – Mekong whisky. To nasze odkrycie , napój ma tylko 31% , wchodzi dobrze i dziewczynom i chłopakom , ma lekko egzotyczną nutę i nie powoduje kaca.

image00623bProblem jest tylko jeden – szczury. Co chwila ktoś scenicznym szeptem oznajmia, że właśnie przebiegł koło nas, o , taki duży. Jego wielkość zależna była od długości ramion, z upływem czasu i odstawianych pod stół flaszek paniom nie starczało rąk , a panowie mieli już pompie szczury czy inne lokalne stworzenia.

Nawet moja Żona , która nienawidzi tych gryzoni ogranicza się do podniesienia nóg a potem już zapomina i o tym.

Jutro mamy w planie rejs łódką na trzy wyspy , wyruszamy zaraz po śniadaniu.20181121_094800b

Kambodża 2018 # 2 Nocny bus na śmietnisko

image00023bChętnym na wyjazd do Angkoru sugeruję , aby wybrali się jak najwcześniej i nie wędrować razem z tłumem Chińczyków . Dwoma tuk-tukami jedzie 8 osób, my z Kalusiem zostajemy w hotelu. Byłem w Angkorze już dwa razy i wystarczy , trzeba dać szansę innym. Ciekaw jestem relacji , bo przez siedem lat na pewno coś się zmieniło. Spędzamy dzień lajtowo przy basenie. Około 16 przyjeżdżają pozostali.Podobało im się , tłumy ominęli bo zmienili kolejność zwiedzania , zgodnie z ruchem zegara. Zmienił się vistors center , teraz nie ma już kolejek i tłumu przed kasami., jest dużo większy i bardziej okazały. Angkor Temples ticketing centre - Apsara Road/obr. z neta/
Zabytki nie zostały jeszcze zdeptane, wręcz przeciwnie – Chińczycy odkrywają wciąż nowe pozostałości – niszcząc , jak to Chińczycy , całą mizerną zieleń dookoła. Bilety mocno podrożały, teraz kosztują 37 USD/dzień wobec 20 USD kilka lat temu.IMG_3690bAle nie ma się co dziwić – Angkor Wat właściwie utrzymuje budżet Kambodży , w kraju brak jest choćby śladowego przemysłu. IMG_3636bHotel , w którym się zatrzymaliśmy , był na tyle tani , że zdecydowałem się zarezerwować w nim dwa noclegi , mając świadomość , że wykorzystamy tylko jeden. Dlaczego ? Wiem , jak to jest po całodziennym zwiedzaniu Angkoru- człowiek jest prawie ugotowany , brudny i zmęczony. Dobrze jest wrócić do swojego pokoju i odetchnąć , a nie siedzieć w lobby hotelowym na walizkach. Na wieczór jeszcze zarezerwowaliśmy sesję masażu w mieście i zrelaksowani udajemy się na stację autobusową . Asia zasugerowała, że ponieważ nie będzie nas na jutrzejszym śniadaniu to w hotelu mogliby przygotować nam paczki na drogę . I tak się stało , lunch boxy zawierały smaczne kanapki , jakiś owoc, napój, zupełnie wystarczający zapas na kolację.

siem-reap-nightlife/obr. z neta/
Samo Siem Reap niemożliwie się rozrosło. Siedem lat temu to było małe miasteczko, teraz jest to prawie metropolia, z wielkimi wieżowcami i ruchem przez całą dobę.Trudno przejść przez ulicę, trudno znaleźć miejsce w restauracji , ale za to miejsc hotelowych w dobrych cenach przybyło.
W każdym razie nie poznawałem tego miejsca.
Przez internet zarezerwowałem miejsca w busie firmy Giant , przewoźniku , który wozi ludzi po całej ( prawie) Azji Płd.Wsch. Byłem pierwszy , więc wybrałem miejsca z przodu i koło siebie. Autobusy są wypełnione dwoma rzędami leżanek 1+2 , całkiem wygodnych choć krótkich . W grę wchodzi tylko spanie z podkurczonymi nogami.

20181115_201937bOdjazd autobusu opóźnia się z powodu jakiejś scysji , para Niemców nie ma biletów czy też ma tylko jeden , obsługa nie chce ich wpuścić , ale wreszcie dochodzą do porozumienia. Prawdopodobnie dzięki pewnej niewygórowanej kwocie kierowca odstępuje im miejsce służbowe , jednoosobowe.
Przed wejściem dostajemy worki plastikowe na buty, wchodzimy do busa na boso i zajmujemy miejsca. Niemcy próbują zmieścić się na łóżeczku, ruszamy. Niektórzy zasypiają już przy uruchomieniu silnika, inni czytają lub słuchają muzyki. Tylko Niemcy ciągle się kręcą , w końcu pani siada na łóżeczku i tak spędza noc. Ma pecha bo Tomkowi , który śpi nad nimi ciągle spada koc, a ode mnie , kiedy chcę rozprostować od czasu do czasu nogi, dostaje piętą w nos.

20181115_201848bW sumie fajnie się jedzie , droga szybko ubywa bo kierowca nie zważa na mniejsze samochody , wpycha się na trzeciego i jedzie cały czas nie zwalniając. Liczę , że chłopina wie co robi ,nie ma się co stresować. Mimo obietnic kierowca nie ma zamiaru zatrzymać się na toaletę, dopiero zbiorowe protesty skłaniają go do zmiany planów. Zatrzymujemy się na skraju drogi , w wielkiej kałuży, panie się trochę krępują ,ale fizjologia ma swoje prawa.IMG_3744b

Kambodża 2018 # 1 Wpadamy w amok

image00592bRano Boun czeka niecierpliwie na nasze bagaże . Przewodnicy wydają się zadowoleni z tipów, nie zapominamy także o kierowcy rowerowego busa , z którym już się nie widzimy. Z Nakasong jedziemy jeszcze kawałek i dojeżdżamy do kolejnej przeprawy. image00624bPrzystań nie sprawia wrażenia solidnej, ale nasz bus wjeżdża na nią bez wahania. Czekamy na prom , a tymczasem okazuje się , że przystań to właśnie prom. Po odbiciu od brzegu stery przejmuje małoletni syn przewoźnika, po kilkunastominutowej przejażdżce dowozi nas cało na drugi brzeg. image00632bTu rozstajemy się z ekipą , z Bounem jedziemy jeszcze kilkanaście kilometrów do granicy . Ciepło się z nim żegnamy , bardzo porządny i rzetelny gość, polecam jego firmę z pełnym przekonaniem.image00013bNa granicy jest pusto ,po stronie kambodżańskiej nasze dokumenty przejmuje jakiś łepek , kompletuje papiery , pomaga wypełnić druki i zbiera kasę . Wszystko przebiega bezproblemowo , co nie znaczy , że szybko. Swoje usługi chłopak wycenia na 1 dolar od sztuki , co nie wydaje nam się kwotą wygórowaną . Czeka już na nas bus , załatwiony przez Bouna , stary i niezbyt wygodny. Zatrzymujemy się po kilkuset metrach , w osadzie można wymienić resztę kipów na kambodżańskiej riele lub dolary , kupujemy też napoje na drogę i ruszamy do Siem Reap. Czeka nas 5- 6 godzin jazdy.image00014bKrajobraz dookoła zmienił się diametralnie , zielone lasy zostały zastąpione przez rdzawe pola. Teren płaski , całkiem nie interesujący , nie ma na czym oka zawiesić. Nic dziwnego że do pierwszego postoju w Preah Vihear większość śpi.

To połowa drogi do Siem Reap , wolelibyśmy już być bliżej, ale dojeżdżamy do granic  miasta dopiero późnym popołudniem . Siem Reap bardzo się rozrosła od czasu naszej poprzedniej wizyty. Przedmieścia ciągną się kilometrami , centrum też buzuje  , zabudowa jest wyższa a sznur pojazdów na ulicach zdaje się nie mieć końca. Dojeżdżamy do hotelu , ale choć ma podobną nazwę to nie w nim mamy rezerwację. Uczynny kierowca tuk-tuka prowadzi nas do właściwego miejsca. Ta grzeczność przynosi mu profity – zamawiam go na rano do touru po Angkor Wacie.Oczekiwanie na check-in jest bezproblemowe, pokoje są w amfiladzie z widokiem na sympatyczny basenik. IMG_3581b

Zostawiamy bagaże i idziemy na miasto . Wbrew opisowi hotel jest trochę oddalony od centrum , zrobiło się ciemno i wędrówka nie oświetlonymi uliczkami , z krzywymi chodnikami jest trochę niebezpieczna. Docieramy do Pub Street , imprezowego serca miasta . Jeszcze jest dość spokojnie , ale ruch wzrasta z każdą godziną .image00017bUdaje się znaleźć miejsce w restauracji , zawieramy pierwsze znajomości z kuchnią kambodżańską , której najbardziej znanym przedstawicielem jest potrawa psychiczna ( za Basią ) , czyli amok . Wracamy pustoszejącymi ulicami , zatrzymując się po drodze w Hard Rock Cafe , gdzie niektórzy robią zakupy , inni słuchają muzyki na żywo a jeszcze inni  ( inny ) jest wdzięczny za udostępnienie toalety.

Na rogu naszej uliczki uzupełniamy zapasy i biesiadujemy parę kwadransów na leżakach przy basenie.image00192b