Raja Ampat 2019 # 3 O jeden naleśnik za dużo

P1000108aDziś trochę odmiany – trzy nasze dziewczyny zabierają się do nurkowania na serio. Przymierzają kombinezony i płetwy. Tylko Kasia jest lepiej wyposażona, dużą część ekwipunku wiezie z Polski. Naprawa instalacji przez Herrmanna przynosi częściową poprawę , a właściwie zmianę.Mamy już światło w pokoju, ale za to Basia nie ma światła na tarasie. Mam wrażenie , że po prostu jej żarówka pracuje teraz dla nas. U Kasi światło świeci nadal całą noc , ale jakby jaśniej. A no i mamy też prąd w pokoju, będzie można podładować komórki , o ile znajdzie się kawałek miejsca , aby je sensownie ułożyć.
Nie ma co się tym jednak teraz zajmować , idziemy na śniadanie. Czekają już pyszne, malutkie naleśniczki z nutellą, ale ich ilość nie powala.Wielkość także , zwinięte  mają grubość ołówków. Kiedy zjadamy po dwa , na talerzyku pozostaje jeszcze jeden, trochę się wzbraniam , ale chętnie korzystam z dodatkowego przydziału.P1000101a
Pobudka o 6, o 7 śniadanie, o 8 wypływamy – to codzienny rytuał. Kierujemy się na Manta Point, dziewczyny ostrzą sobie zęby na manty-olbrzymy , ale kiedy dopływamy krąży tam już kilka łódek. Dive-masterzy wymieniają uwagi – mant nie dowieźli i nie wiadomo czy się dziś pojawią. Płyniemy więc dalej. Dziś fale są całkiem duże , raz po raz woda wdziera się do łodzi. Przy wysepce na środku morza łodzie zatrzymują się i nurkowie wysiadają. Ale tylko dwie , bo okazuje się , że butla Basi jest pusta i musi zostać z nami na łodzi. Margu patrzy pytająco, ale wysokie fale nie zachęcają do snurkowania. Siedzimy więc w łodzi i czekamy.
Bujanie łódki daje się we znaki, Basia wychyla się za burtę.Pełni współczucia wspominamy własne przygody . Jednemu zaszkodził bigos na dworcu w Koluszkach, komu innemu nalewka dziadunia wypita z kumplami w parku czy połączenie bimbru z orzeszkami Przypominam anegdotkę rodem z „Trzech panów w łódce, nie licząc psa” ( polecam!) o gościu który opanował sztukę utrzymania równowagi na statku w czasie sztormu . Nasze opowieści odnoszą skutek , Basia pozbywa się treści żołądkowej w przyśpieszonym tempie.35494b
/http://beritatrans.com/
Niestety , narastające bujanie powoduje, że myślę goryczą o swoim łakomstwie. Dwa naleśniczki zupełnie by wystarczyły na śniadanie , co mnie podkusiło na trzeciego ? Czuję , że i jemu nie jest komfortowo w moim żołądku i za chwilę poprosi morze o azyl. Na szczęście fale trochę odpuściły, pojawiają się nurkowie i odpływamy .
Kierujemy się do słynnej bazy nurkowej Arborek .P1000121a Po długim pomoście można dojść do centrum wioski , co też czynię. A po kilku krokach żałuję.Deski są rozgrzane prawie do czerwoności, zanim dojdę do końca stopy są zdrowo odparzone.  Chwilę kręcimy się terenie , nie ma w sumie nic ciekawego, ale domki mają ładniejsze od naszych. Z końca pomostu wołają na poczęstunek , trzeba wracać. Moczę nogi w morzu i staram się iść na piętach. Pod daszkiem jest kawa i jakieś ciasteczka. Staram się trzymać nogi tak , aby nie dotykały desek i mogły trochę odpocząć. P1000115bGrupa zbiera się do snurkowania w pobliżu , ja podejmuję głębokie postanowienie trzymania się od sprzętu i wody z daleka. Przynajmniej jeszcze dziś. Z pomostu też dobrze widać wodę. Rybki duże i większe, leniwie przepływają nawet rekiny rafowe.
Siedząc w łódce można  podglądać świat. Oto do pomostu przybija duża motorówka z napisem Police. Mundurowi biorą się do cumowania, wychodzą dwaj dostojnicy. Kontrola stanu bezpieczeństwa. Rozmawiają z szefem placówki , klepią go po ramieniu, ot, gospodarska wizyta. Za chwilę wyłaniają się z motorówki już po cywilnemu, bardzo cywilnemu , bo w gatkach i podkoszulkach na ramiączkach i zmierzają naszej części pomostu. Tu w asyście niższych rangą ubierają kapoki, zakładają maski i rurki i po drabince schodzą do wody. P1000128aChwilę dostojnie pływają, ryb pod pomostem jest mnóstwo. Stójkowi kucają na niższej części pomostu i są gotowi na wszelkie rozkazy. Minister chyba coś zarządził , bo jeden z nich biegiem leci do wioski i przynosi torebkę ze specjałami. Wyjmuje je pojedynczo i rzuca ministrowi prosto do ust. Trochę przesada z tą służalczością, przecież wystarczyłyby zwykłe konfetti.  Ale nie, bez okularów łatwo o pochopne wnioski. Stójkowi rzucają po prostu karmę dla rybek , aby przybyły w większej , należnej notablowi, ilości. Ci jeszcze chwilę pływają , potem jednak ucinają sobie pogawędkę z policjantami, jak to człowiek pracy z człowiekiem pracy : „A co tam u was, wszystko dobrze? Ta jest panie Ministrze !” .P1000123a
Po powrocie Kasia nie wytrzymuje i w mocnych słowach napomina chłopaków , aby bardziej przykładali się do sprawdzenia sprzętu ” I’ll killl you !” . Kasia ma sylwetkę Brienne z Tarthu, robi wrażenie, o jej szlachetnym charakterze  ( i poczuciu humoru) nie mieli jeszcze okazji się przekonać , więc dostają wielkich oczu i obiecują , że wpadka już się nie powtórzy.
Pozostała część dnia to dzień świstaka – na lunch ryż z warzywami i ryba , na kolację to samo, pomiędzy nimi sesja internetowa. Mamy dwie lokalne karty SIM , dzielimy się łączami i wszyscy po chwili zanurzają się w wirtualne światy. Prędkość nie jest zbyt duża, łączność czasem zanika , ale nie ma co narzekać. To koniec świata. Operatorowi pewnie nie bardzo się opłaca budować maszty dla garstki mieszkańców i jeszcze mniejszej garstki turystów.Jest przypływ , woda podchodzi aż pod schodki domku. P1000470aGłówna sala konferencyjna znajduje się między domkami, siadamy na schodkach , niektórzy wygodniejsi przynoszą ze sobą miękkie siedziska, mówią na nie „fotele” a to zwykłe wycieraczki spod domku. To max luksusu, jaki można tu osiągnąć. Pytam Kasi jak jej się śpi ze światłem w oczy. Niezbyt pewnie odpowiada , że jest ok. Halinka wpada na pomysł użyczenia jej opaski do spania, jeszcze z samolotu. Zobaczymy , czy zda egzamin. Po kolacji karty, chwila rozmów i po 20 wszyscy w łóżkach, tzn. na materacach. Jeszcze w nocy wstaję , patrząc w gwiazdy i nadsłuchują odgłosów dżungli , ale sen w końcu morzy.20191112_182756b

Raja Ampat 2019 # 2 Na krawędzi życia i śmierci

P1000018aNoc jest niespokojna, przynajmniej w moim wydaniu. Zasypiam w moskitierze , budzę się koło północy z jakąś belką na głowie.Zapalam latarkę i stwierdzam , że konstrukcja moskitiery nie podołała naporowi kolorowych snów i spadła . Nie bez trudu montuję ją z powrotem i wychodzę na taras. Na krzesełku spędzam pół nocy, paląc, rozmyślając i odwiedzając świat w smartfonie.
Pobudka jest dość wczesna, o 6 wszyscy już są na nogach.Krótka toaleta i idziemy na śniadanie. Niezbyt bogate zresztą , kilka kawałków ciasta typu babka. Wychodzi po dwa kawałki na łebka. Trochę zdezorientowani rozglądamy się za resztą posiłku , ale znajome Hiszpanki wyprowadzają nas z błędu : tak właśnie wygląda codzienne śniadanie. Tak pierwsze , jak i drugie , na łodzi. Chcą nas zdenerwować , to pewne, złośliwy naród ci Hiszpanie. Omawiamy wrażenia pierwszej nocy. Nikt nie narzeka, Kasia opowiada , że światło , którego nie można zgasić i świeci w jej chatce całą noc nawet jej nie przeszkadza , czuje się przez to bezpieczniej. Nie komentuję , choć świecąca się całymi nocami żarówka kojarzy mi się raczej z więzieniem o zaostrzonym rygorze niż miejscem wypoczynku po wyczerpującym dniu. U nas za to żarówka świeci się tylko na tarasie, w środku nie działa i poruszamy się po omacku. Chyba , że uda się przypadkowo trafić na latarkę, która jednak lubi niespodziewanie zmieniać miejsce stacjonowania. 20191108_130632aHalinka i Wojtek mają problem odwrotny – nie działa światło na tarasie , no ale na szczęście księżyc zbliża się do pełni . Tylko Basia nie zgłasza żadnych uwag – w jej VIP-bungalowie wszystko działa, co ma działać. Nie działa światło w łazience, no ale tam nie ma żarówki. To jednak powoduje , że z korzystaniem z sanitariatu wstrzymuje się do rana, bo boi się nastąpić na coś bardziej czy mniej żywego. Melduję nasze uwagi Herrmannowi , obiecuje wszystko doprowadzić do porządku. Po śniadaniu rzeczywiście przychodzą  w liczbie czterech chłopa , porozstawianych w strategicznych miejscach , do tego pani gospodyni stoi na posterunku przy centralnym rozdzielniku prądu. Sprawdzają wszystko krok po kroku ale niewiele wskórali. Herrmann obiecuje , że kiedy przyjedziemy z nurków wszystko będzie działało perfekt. Pyta tylko o pozwolenie wejścia do naszego domku , co brzmi dość zabawnie , zważywszy na jego zabezpieczenie przeciwwłamaniowe.
20191110_080917aRuszamy więc w dwie łódki , w jednej my w drugiej nasi współspacze z Hiszpanii i Turcji. Dziś rozruch , będziemy tylko snurkować. Dobieramy płetwy i ruszamy. Jestem w bojowym nastroju , nurkuję z rurką od niepamiętnych czasów , kiedy z rodzicami jeździliśmy do Jugosławii. Co prawda nie było dla mnie odpowiednich butów i płetw, wszystkie jakieś małe , te które mam wydają się trochę duże i spracowane. Buty wyglądają jakby brały udział w  odwrocie Niemców spod Stalingradu , ale co tam – liczą się przede wszystkim umiejętności.
Płyniemy z pół godziny, morze jest spokojne, przy jednej z wysepek, w miejscu zwanym   Mike’s Point łodzie zatrzymują się i jeden po drugim wyskakujemy do wody. Po chwili rozglądam się dookoła i stwierdzam z niepokojem , że jakimś cudem oddaliłem dość znacznie od wszystkim. Dive-master co prawda bąkał coś o silnym prądzie , ale nie było czasu , aby dopytać , czy aby ten prąd nie utrudni pływania. Zawracam w kierunku wyspy, ale maska co chwila zachodzi wodą.Być może przyczyną jest broda, która nie pozwala na uszczelnienie gumy , ale ćwiczyłem z nią jeszcze w Polsce i było ok. Zaciskam troki na maksa , co niewiele pomaga. Dociskam ją więc jedną ręką , odpychając się drugą.  Po chwili czuję , że kąpielówki zsuwają mi się z brzucha i wędrują do kolan. Inaczej się zachowują , kiedy są suche a rozluźniają się w wodzie. Praw fizyki nie oszukasz luźną gumą . P1000368aUsiłuję je wciągnąć i po chwili mam maskę pełną słonej wody. Zamykam oczy i wciągam spodenki jak najwyżej. Jestem już kilkaset metrów od łodzi. Rozwiązaniem byłoby zdanie się na płetwy , ale mimo , że pracuję mocno stopami to majtają się one tylko wewnątrz za dużych płetw, które żyją własnym życiem i bujają się swobodnie. Czuję niemiłe mrowienie po plecach, muszę za wszelką cenę dostać się do ludzi. Jakimiś ruchami bardziej przypominającymi robaczkowe niż pływackie zbliżam się do wyspy. Jestem wykończony walką z nieprzyjaznym żywiołem. Na szczęście ponad powierzchnię wody wystaje kawałek skały , pokryty muszelkami. Wdrapuję się na niego i łapię oddech. Mimo , że prąd szarpie nie daję się zrzucić. Zaciskam uda jak na rodeo i przyklejam się ze wszystkich sił. Po chwili przypływa Wojtek , chwilę gawędzimy, staram się wypowiadać zdania z minimalną ilością niekulturalnych wyrazów. Po dłuższej chwili , kiedy woda wokół zabarwia się na czerwono od krwi z  ud i rąk odrywam się niechętnie od mojej wybawicielki i dołączam do grupy. Na szczęście, bo jedna z moich płetw zapragnęła wolności i popłynęła w siną dal. Łapie ją dive-master . Bez trudu nakładam ją na nogę , ale była to kropla , która przelała czarę goryczy. Płynę do łodzi, na szczęście prąd mi sprzyja . Oczy pieką  mnie od słonej wody, uda i ręce są mocno podrapane , ale żyję.
Snurkowanie to kolejny sport , który wpisuję na czarną listę głupich zajęć , zaraz za trekkingiem w górach. Mówiąc szczerze – w ogóle mnie nie interesuje to , co jest pod wodą. Ani ryby czy inne stwory, ani korale , skały czy kamienie. Jestem skłonny zaakceptować piasek, a jak pływanie to tylko w basenie. Ale pozostali radzą sobie dobrze, Halinka mimo pewnych oporów ( nigdy nie nurkowała z maską) trzymając za jedną rękę Margu  , naszego nurka , a za drugą Basię krąży swobodnie wokół. Może ma majtki bardziej dopasowane.20191106_113617a

Zbieramy się w łodzi , Dorota pyta z ciekawością , jak mi się pływało , odpowiadam mrucząc coś niezrozumiale , aby jej nie urazić. Bardzo jej zależy , abym się dobrze bawił w wodzie bo to jej żywioł , ale to czy będzie z tego fun nie zależy tylko ode mnie.
Dopływamy do fajnej plaży, są jakieś stołeczki, miejsca do biwakowania, nawet huśtawki nad wodą. Dzieciaki , które przypłynęły z nami z Daroyen od razu wpadają w wir zabawy.P1000031aGdy im się nudzi zabawę rozpoczynają nasze gorące Hiszpanki . Selfie gonią selfie, na huśtawce, pod huśtawką , w wodzie i na plaży, pojedynczo i w grupie. Tylko jedna , najsprawniejsza, próbuje wyskoków do wody, inne, bardziej rozłożyste, nawet nie zaczynają.
Po kawie i kawałku babeczki drzemka na ręcznikach, relaks.20191105_144634b
W planach mamy jeszcze dwa spoty nurkowe, ale kończy się na jednym . Jak na pierwszy dzień dosyć. Jest super , byłoby jeszcze lepiej , gdyby nie trzeba było nurkować.
Do domu przypływamy prosto na lunch. Ryż w pojemniku , trochę gotowanych warzyw i kilka kawałków strasznie suchej ryby. Niektórzy pożądliwie spoglądają na sąsiedni stół, może coś zostawią ? Relaksujące popołudnie , wieczorne karty i tak mija pierwszy dzień wakacji.P1000083a

Raja Ampat 2019 # 1 Daleko , jeszcze dalej

20191107_091903aRaja Ampat to archipelag wysp w indonezyjskiej prowincji Papua Zachodnia , słynie ze wspaniałych miejsc nurkowych i bajkowych krajobrazów . Stanowi cel naszej tegorocznej podróży, dość odległy, przyznajmy , i trudny do osiągnięcia . Ale wszystko zależy od organizacji podróży. Dla nas to tylko parę skoków w przestworzach , na morzu i po ziemi. Z Leszna do Warszawy samochodem , z Warszawy samolotem do Dohy , z Dohy do Singapuru, potem już tylko do Dżakarty i dalej do Sorong i prawie jesteśmy na miejscu. Jeszcze tylko dwie godziny na promie do Waisai i godzinkę łodzią do Daroyen i jesteśmy na miejscu. W sumie 48 godzin.  Co to jest w porównaniu z trasą Józefa Nalberczaka do pracy :

Nie ma sensu się rozwijać , samolot jaki jest każdy wie , dojechaliśmy w dobrej formie i jesteśmy gotowi na przygodę. Jest nas sześcioro, z Halinka, Basia Dorota , Wojtek i ja z Leszna, Kasia dolatuje do Singapuru z Warszawy i już razem kontynuujemy podróż. 20191103_083538aSorong to spore miasteczko, podobno dość niebezpieczne i nieciekawe więc szybko opuszczamy je promem ( 100 000 rupii idr=ok.30 zł.). Mimo , że przespaliśmy prawie całą dotychczasową podróż to różnica czasu i ogólne wymieszanie sprawia , że zanim prom rusza wszyscy odjeżdżają. Po krótkiej drzemce udaję się na rufę, na papierosa. Na pokładzie jest kilku białych, na rufie, w upalnym słońcu nie ma żadnego. Lokalesi zapraszają, robią miejsce w cieniu, gawędzimy w języku mocno mieszanym . Bardzo ich rozbawia moje imię , dosłownie pękają ze śmiechu , ja wraz z nimi , dla towarzystwa. Podobno znaczy „piwo” czy nawet jakiś inny alkohol ale do końca tego nie rozumiem , nie ma to żadnego znaczenia. Jestem dla nich dużym chłopem , w swoim gronie są otwarci, więc nie obywa się od uwag jednego z Papuasów na temat korelacji między wzrostem a wielkością męskości. Zanim zdążę się pochwalić pozostali zakrzykują go z zażenowaniem i gestami sugerują , że jest trochę fiksum – dyrdum i  najlepiej żeby go wyrzucić za burtę do morza. Wypytują o wiele rzeczy , na niektóre znam odpowiedzi a niektórych pytań nie rozumiem , nie psuje to jednak w ogóle sympatycznej atmosfery. Częstujemy się cukierkami , proponują betel do żucia, ale patrząc na  stan ich uzębienia mocno się wzbraniam. Nie nalegają , zapas betelu to  największy skarb. Do liścia betelu dodają orzech orzech palmy areki ( betelowej) oraz sodę czy mleczko wapienne. Soda , którą przechowują w małych woreczkach wygląda jak proszek do czyszczenia ajax.
Na sympatycznej pogawędce szybko mija czas, dobijamy do Waisai, stolicy wyspy Waigeo, celu naszej podróży.2a
Wysiadamy na skromnej przystani, jest rozbudowywana, za parę lat pewnie nie poznalibyśmy tego miejsca.Zaczepia nas dziewczę z plakietką organizacji turystycznej i prowadzi do biura Parku. Rejon Raja Ampat to Park Narodowy, zanim dostaniemy kartę wstępu, ważną rok, upływa sporo czasu biurokratycznej mitręgi , zakończonej uiszczeniem kwoty 1 miliona rupii od łebka. To pokaźna kupka pieniędzy. Wymieniłem ich sporo jeszcze na lotnisku w Dżakarcie i wtedy  poczułem się jak gangster z z plecakiem wypchanym paczkami banknotów.BN-JD992_indomo_P_20150630053803
/wsj.com/
Za nami zrobiła się kolejka białasów, w sumie jest ich niedużo , ale mimo kilku osób obsługi praca idzie ślamazarnie.  Czekając na łódkę Herrmanna przychodzi do głowy , że trzeba zrobić zapasy używek. Wołam jednego z czekających nieopodal motocyklistów i jedziemy w miasto. Najpierw do sklepu z telefonami po karty SIM z internetem, potem do meliny z alkoholem. Na wyspie jest tylko jeden taki przybytek, w ofercie ma whisky Robinson w dwóch rodzajach opakowań i piwo Bintang. Przy okazji kupuję papierosy i wracamy na przystań. Herrmann już czeka więc i ja wskakuję. Po godzinie podróży wzdłuż wybrzeża skręcamy w kierunku wyspy. Nasz resort Daroyen Village Homestay jest prawie niewidoczny z morza, schowany za kępą mangrowców. 20191106_082100aPrzybijamy powolutku do brzegu, miejscowe chłopaki rzucają się do bagaży a my wysiadamy do wody. Woda jest ciepła i sięga do kolan więc nikt nie narzeka.
Herrmann rozlokowuje nas w domkach, te najbliżej wody zajmujemy my , obok Halina z Wojtkiem. Trochę w głębi lądu mieszkają Kasia i Basia.20191104_135305a
To drewniane proste domki, optymista nazwałby je bungalowami , pesymista – budkami. Na tarasie stoi krzesełko , w środku leży cienki materac , w kącie stoliczek. Z góry wisi moskitiera. Prostota i umiar , można powiedzieć – feng shui w wersji ultra. Toaleta i salon kąpielowy mieszczą się w budyneczku między domkami Basi i Kasi. Mimo spartańskich warunków humory dopisują – jest gdzie mieszkać i się wymyć , pogoda jest zabójcza, gorąco, ale dzięki bliskości morza odczuwalna jako bardzo przyjazna. Wszystkie domki są podobne, tylko Basi trafia się rezydencja VIP, z toaletą i umywalnią w środku. Umywalnia/łazienka , w stylu indonezyjskim z mandi , czyli pojemnikiem na wodę budzi niejakie zdziwienie wśród mniej bywałych członków ekipy. Plastikowym nabierakiem spłukuje się ciało, mydli i z powrotem spłukuje , bez specjalnych ceremonii.20191108_130429aPodobne mandi stoi w toalecie obok, nie ma bieżącej wody, użyte papiery higieniczne wrzuca się do kosza.Woda w mandi uzupełniana jest rano, gdy jeszcze pracuje agregat prądotwórczy i zaciąga wodę ze źródła. Jest lekko słona , ale mniej niż woda w morzu.Zamykamy nasze budki na sznureczek zahaczany o gwoździk, tylko Basia w ramach pakietu VIP zamiast sznurka ma drucik. Sznureczki mają pętelki, dzięki czemu bez problemu można drzwi albo całkiem zamknąć , albo zostawić mniej czy bardziej uchylone. Zamykamy je szczelnie , w ten sposób więksi goście nam nie będą buszować po pokoju. Z mniejszymi i tak nie wygramy , bo zarówno ściany jaki podłogi są pełne szczelin, co jest szczególnie przydatne przy zmiataniu podłogi, śmietniczka na jest wcale potrzebna. Konstrukcja domku sprawia , że i od góry , pod sufitem, znajduje się wylot na zewnątrz. Mam nadzieję , że w nocy nie wlecą tamtędy nieproszeni goście.20191111_082525a
Gospodyni woła na lunch. Dzielimy się wrażeniami siedząc na twardych żerdkach jadalni. Na tych z mojej strony zresztą w ogóle nie da się usiąść, można jedynie oprzeć zadek. Jedzenie skromne : pojemnik z ryżem, miseczka gotowanych, zielonych warzyw czy raczej ziół i kilka kawałków grilowanej ryby. Ryba jest twarda, chyba wędzona i do tego grilowana, nie daje jej się przeżuć. Po jednym kawałku rezygnuję , postanawiam zostać weganem. Na deser po bananie , właściwie plantanie w cieście. Dosiadają kolejni goście – trzy młode Hiszpanki oraz para Turków w średnim wieku. Oceniamy z niechęcią , że żarcia dostali trochę więcej niż my. Ale póki co nie narzekamy, jutro będzie na pewno lepiej/więcej/smaczniej. Po lunchu czas na rozrywkę , zabieramy się do gry w karty. Niestety , pytania są raczej dla fanów polskich seriali i oper mydlanych , więc nie mam szans. Gramy godzinkę czy dwie, popijając polskie i światowe napoje , ale twarde siedzenia nie pozwalają się rozwinąć towarzysko , zresztą już dawno zapadła ciemność. Jest krótko po 20 lokalnego czasu , kiedy udajemy się na zasłużony odpoczynek , w końcu minęło już dobre kilka godzin od drzemki na promie.20191117_180939a

 

Laos 2018 # 2 Jeszcze trochę fotek

image01721aTo nie jest dzieło holenderskich mistrzów. To dzieło mistrza WojtkaDSC00093aZiemia ma kolor żółtoceglasty. Jeśli nie pada to wszystko dookoła jest tak zabarwione20181110_161014aTad Fan z jednej strony…DSC_0212ai z drugiej.20181113_094152aWodospadów tu mnóstwo, co jeden to fajniejszy.Te patyki po prawej to pułapki na ryby.20181113_144434aJeszcze ten największy. I wystarczy.image00358aZamiast parasoli coś trwalszegoDSC00230aBezpieczna przeprawa gwarantowana. Choć na to nie wygląda20181112_083444aMini prom dla jednośladów . Ale człowieka też przewiezie.Na stojąco.DSC_0469aPo kajakowaniu niektórych siły opuściłyDSC_0482aPięć ważnych przykazań. Teraz już wiemy, czego nie robić na podłodze w ubikacji

Laos 2018 # 1 Trochę fotek

DSC_0127a
Drużyna w komplecie . Nie pomylić z Ostatnią Wieczerzą DSC_0086aPierwszy wieczór i od razu pada.Właściwie leje

20181110_074325aAle w Tad Lo pogoda jak drut. W górze domki , w których mieliśmy mieszkać. Wspólnie z wężami.DSC00108aPlantacja kawy z kwitnącymi poisencjami.Fajne miejsce.20181110_110901aTo ta sama plantacja. Uroczy domek nad potokiem.IMG_2682aOdpowiedni papierosek dla dużego chłopa DSC_0146aTrochę zbaczając od turystycznego szlaku odkrywamy nowe klimaty DSC_0427aSielsko…20181113_092345ai klimatycznie.image01287aNie przeszkadzamy ?20181112_122030aMekong…DSC_0322a… zaprasza.

 

Tajlandia 2018# 1 Speedboatem do domu

20181125_105749bWszyscy śpią jeszcze smacznie , kiedy wyruszam do pobliskiego 7/eleven po papierosy i coś do picia. Na ulicach jest spokojnie , swojego biznesu pilnuje tylko gość sprzedający bilety na loterię.Rozglądam się po sklepiku za jakimś żarciem na śniadanie , ale nie wygląda to dobrze.Kiedy wracam do pokoju namawiam Żonę na wykupienie śniadania w hotelu. Bufet jest bardzo obfity, nie jestem w stanie zjeść nawet połowy tego , czego pożądają oczy. Nie wszyscy korzystają ze śniadania w hotelu. Niektórzy wolą 7/11, inni zaspali i śniadanie ich omija.20181125_113738bKilka osób , które są w Bangkoku pierwszy raz udają się na zwiedzanie Pałacu Królewskiego , inni zaś market Pratunam , celem wzbogacenia swych kolekcji odzieżowej. Płyniemy do centrum speedboatem. Ta forma przemieszczania wydaje mi się trochę szalona. Łódź podpływa z wielkim impetem pod przystań na rzece, wyrzuca pasażerów i błyskawicznie (“Quick,quick” – ponagla kasjerka ) zabiera następnych. Plusem jest to , że dość szybko dostajemy się do centrum miasta, bez korków i smogu , no i cena – ok.1,5 zł. Minusem – niski komfort jazdy – jedziemy zduszeni w tłoku, miejscowi patrzą z obawą, czy ich nie wypchniemy za burtę. 20181125_120536bPo kilkunastu minutach docieramy na miejsce. żar leje się z nieba, zanieczyszczone powietrze dusi , z miejsca mam mokry podkoszulek. Na ulicy niespodzianka – zniknęły tak liczne kiedyś kramy , oferujące na chodnikach wszystko co potrzebne i niepotrzebne. Wiem , że władze wypowiedziały im wojnę , ale nie sądziłem ,że akcja będzie tak skuteczna. Teraz po chodnikach idzie się w miarę normalnie , a nie przedziera się wąskim przejściem między budami a budynkami.

Market , który znamy dość dobrze z poprzednich wyjazdów także wydaje się inny, nie możemy znaleźć żadnego znaku, którym kiedyś kierowaliśmy się przy eksploracji bazaru. 20181124_120836bNiektórzy zostają,mając nadzieję na upolowanie czegoś szczególnego a my z Kalusiem po poprawieniu kondycji piwem w pobliski 7/11 kierujemy się do hotelu. Nie wiem dlaczego Kaluś uparł się , aby wrócić tuk-tukiem, ale nie sprzeciwiam się za mocno. Kierowca kiwa ochoczo głową , wszystko wie, zawiezie nas za jakąś niewygórowaną opłatą. Wg.mnie jedzie nie w tą stronę , w która powinien , ale siedzę cicho. Po drodze zatrzymuje się raz czy dwa aby rozpytać kumpli, ok, wszystko już wie. Wysiadamy przy hotelu Amari , do którego nas dowiózł, bardzo z siebie zadowolony.Nazwa niby podobna , ale to nie nasz hotel. Teraz to już i Kaluś godzi się na taxi , taksiarze wyglądają na bardziej rozgarniętych. I rzeczywiście , bez problemu dojeżdżamy do naszej miejscówki.

Woda w basenie jest chłodna i orzeźwiająca, po kąpieli miło jest uciąć sobie drzemkę na leżaku.20181125_203409bAle nie ma się co byczyć za długo , dziś w planie mamy jeszcze wizytę na Patpongu. To wesoła dzielnica, znana od dawna i prawie wszystkim. Centrum spotkań towarzyskich, handlu wszelkiej maści podróbami , można kupić wszystko , łącznie z dragami. Ale tego nie mamy w planie. Dwie taksówki zawożą nas do głównej uliczki. Z miejsca obskakują nas naganiacze , machając przed nosem ofertami darmowych wizyt , zapraszając do swoich przybytków. Czytam zafoliowaną ofertę, zestaw standardowy , piwo 300 bht, wejście za free. Nie ma co dalej szukać , i tak nie mamy określonego celu wizyty. Chłopak prowadzi nas do pobliskiego lokalu, wchodzimy po schodkach , jest ciemno. Dopiero po chwili oczy przyzwyczają się do mroku , siadamy na krzesełkach wzdłuż ściany. Patpong/obr. z gonomad.com/

Rozglądam się, lokal nie wygląda zbyt reprezentacyjnie , nawet w ciemności. Na podest jakieś półtora metra od nas wchodzą dziewczyny , jedna po drugiej , każda chwali się sztuczkami. Ich twarzy prawie nie widać , innych części ciał też. Może to i lepiej. Niemrawo kolebią się na scenie, obsługa wciska widzom piwo .  Szefowa rozdaje kilka rakietek do ping-ponga. Jedna z artystek usiłuje wystrzelić je w naszym kierunku, ale nasze machanie paletkami na nic się zdaje, większość piłeczek upada tuż za estradę. Tylko jedna dała radę, czuję wilgotne pacnięcie w ramię. Kolejne coś tam wyciągają z czeluści , ale nawet dobrze nie widać , czy to sznurek do snopowiązałek czy ozdoby choinkowe. Szefowa jest czujna i widzi , że zaraz straci widownię, więc podchodzi , w asyście dwóch panienek z rachunkiem. Wręcza go Kalusiowi, ale ten nie ma okularów i przekazuje dalej. Dziewczyny podskoczyły na widok sumy do zapłacenia. Czytam : 10 razy piwo ( 300 bhtx 10) +  10 razy wstęp ( 1000 bht x 10). Pomijam fakt , że jest nas tylko dziewiątka to przecież wstęp miał być za free ?  Szefowa coraz bardziej zjeżona wykrzykuje  „tyrtintausen ,tyrtintausen !” Nawet gdybyśmy chcieli zapłacić to tyle nie uzbieramy . Tłumaczymy , że wstęp miał być wolny i zapłacimy tylko za piwo. „No free , no free” wykrzykuje burdelmama.”A!a!a!” ponagla. Za nią cicho czają się przyboczne, gotowe do ataku. Blokują wyjście a są dość mocno zbudowane, jak na Tajki. Składamy się po 300 bht, podaję kasę szefowej i zaczynam się przepychać do wyjścia. O ile nasze dziewczyny miały problemy , żeby zdestabilizować szczelną obronę Tajek to przed górą mięśni  (to ja) muszą się rozstąpić . Wychodzimy , „A!A!” słyszymy jeszcze na ulicy. Cieszę się w duchu ,że nie napuściły na nas swoich kolesi z nożami czy innym sprzętem bojowym, mogłoby być grubo. Obchodzimy jeszcze stragany z Rolexami i koszulkami Armani , ale zapał do eksploracji już prysł.

Cieszymy się , że dotarliśmy cało do hotelu, mam nadzieję , że nikt nie czuje się zawiedziony pokazem…20181123_163302b

Dorota bardzo chce zobaczyć pływający targ. Najsławniejszy jest w ofercie chyba każdego taksiarza, także można zamówić wycieczkę w naszym hotelu. W czasie wieczornych obrad zostaję skierowany na odcinek zdobycia szczegółowych informacji , wracam po chwili. Trzeba wyjechać rano , bo sam dojazd zajmuje prawie dwie godziny. No cóż, Bangkok liczy 8,5 miliona mieszkańców i zajmuje sporą powierzchnię Podobno Damnoen Saduak to czysta komercja, no ale jeśli taką wizytą można uczynić choć jedną osobę szczęśliwszą to nie pozostaje nic innego jak jechać. best-floating-market/obr. z neta/

Grupa nie jest zdecydowana- jednym szkoda kasy , inni chcą się wyspać, inni nie mogą podjąć decyzji i wskutek takiego hamletyzowania sprawa się rozwadnia i w końcu temat znika. Ktoś powie – mogliście jechać sami. Tak, ale przez trzy tygodnia ekipa była jednością, wspaniale razem spędzaliśmy czas i chcemy , aby tak zostało do końca wyjazdu. A z drugiej strony – fajnie jest mieć jakieś niespełnienie , które motywuje do powrotu.

Ostatni dzień przygody to szybkie zakupy , nawet dla mnie znalazł się rozmiar koszulki – i byczenie się przy basenie. Przedłużyliśmy pobyt w hotelu więc bez stresu możemy korzystać z jego wygód.

Wieczorem taksówki wiozą nas na lotnisko , 4 godziny w Helsinkach i – witaj w domu ! image00948b

 

Kambodża 2018 # 7 Pięć gwiazdek rozjaśnia mroki nocy

image00863bPytam w recepcji , czy jest możliwość przesunięcia wymeldowania z hotelu. Mamy samolot dopiero koło północy a check-out powinien nastąpić do południa. Pani długo wgryza się w komputer, w końcu melduje, że ewentualnie jeden pokój mogłaby udostępnić do 19 i ani minuty dłużej.

Dobre i to .

Na śniadaniu chcę omówić plan na dzisiaj , mam pewne propozycje , ale po pierwszych słowach okazuje się, że panie mają już plan dawno ułożony. Widząc desperację w ich oczach rozumiem , że wszelkie modyfikacje są niemożliwe i niewskazane. Nie wiem , czemu shopping wyzwala u nich takie emocje , wycofuję się bez słowa.

Bagaże są już złożone w naszym pokoju , znajduję miejsce na foteliku , ale jest niewygodnie. Chłopaki namawiają na wyjście do knajpy naprzeciwko. Widząc , że nic mądrego w pokoju już się nie wydarzy, a wena uleciała , melduję się w barze.image00871bMiło prowadzić nieśpieszną pogawędkę w sympatycznym towarzystwie.Jeśli dodać do tego piwo tanie jak barszcz to trzeba uznać , że przedpołudnie jest udane. IMG_4450bDziewczyny wracają, ale mimo , że siedzimy tuż przy ulicy to nas nie zauważają. Jakoś się jednak dogadujemy i ustalamy, że trzeba coś zjeść. Krążymy po okolicach, podobno ktoś gdzieś widział fajną miejscówkę , ale ciężko tam trafić. Wreszcie zostajemy w pustej restauracji , która się nazywa La caverne de Kim i jak widać na wizytówce – zaprasza głównie Francuzów. Pani Kim jest jednocześnie szefem jednoosobowej kuchni, kelnerką i kasjerką. Poza nami w knajpie nikogo nie ma , ale przygotowanie od zera kilkunastu dań zajmuje pani trochę czasu. Ale nam się nie śpieszy , mamy parę godzin do dyspozycji . Po dwóch godzinach wychodzimy usatysfakcjonowani, było świeżo , smacznie i dość tanio. Kiedy mrok staje gęstszy wracamy do hotelu. Przez godzinę czy dwie siedzimy ściśnięci na walizkach w naszym pokoju. Ktoś śpi , ktoś obsługuje pilota, skacząc po kanałach tv, kolejka do łazienki nie maleje.IMG_4301bKilka minut przed siódmą ewakuujemy się z pokoju.Zza ściany korytarzyka zerka już dziewczę , gotowe do doprowadzenia pokoju do używalności , choć zostawiamy wzorowy porządek. image00910bNa dole okazuje się , że pośpiech był wskazany , jacyś Japończycy w holu przebierają nogami. Łapiemy tuk-tuki , dobre pół godziny zajmuje nam dojazd do lotniska. Lot mija szybko jak błyskawica , zasypiamy zaraz po zapięciu pasów.

Na lotnisku w Bangkoku czekają już zamówione limuzyny.Spokojnie mieścimy się do busa i osobówki. Droga mija szybko, o północy nie korków.

Hotel wita nas z daleka wielkim napisem Avani Atrium. Ta miejscówka to niespodzianka, zdecydowałem się na nią w ostatniej chwili , bo pięć gwiazdek przekracza nasz budżet . Ale wyskoczyła promocja w agodzie i klamka zapadła. DSC00533bTowarzystwo jest trochę zdezorientowane,slumsy Sihanoukville od pięciogwiazdkowego obiektu dzielą tylko dwa dni. Można doznać szoku.

Szybko się czekujemy , dostajemy pokoje na tym samym piętrze, niedaleko od siebie. Jeszcze chwilę przysiadamy w holu , aby omówić przy drinku plany na jutro . Jest już grubo po północy, kiedy rozchodzimy się do pokoi.image00917b

Kambodża 2018 # 6 Brat też nie pije

IMG_4385bHotel jest znakomicie usytuowany. Do promenady Sisovath Quay mamy kilkanaście kroków , to ścisłe centrum miasta.Aleja jest pełna ludzi , nie sądziłem , że ten festiwal to taka poważna impreza.Mnóstwo ludzi obserwuje ścigające się długie łodzie, drugie tyle usiłuje im coś sprzedać.20181122_150808bDługie łodzie są naprawdę długie, największe mieszczą ponad 60 ludzi.Każda z prowincji wystawia swoje osady w różnych kategoriach, ale nawet gdybyśmy komuś chcieli kibicować to łodzie są oznaczone tylko tajemniczymi banderami , nie do rozszyfrowania dla niewtajemniczonych. Pozostaje nam więc tylko podziwiać wysiłek wioślarzy , niektóre wyścigi są naprawdę emocjonujące. Nie mam też pojęcia , jakim systemem są rozgrywane konkurencje i czy w ogóle w grę wchodzi jakiś ranking. IMG_4361bNie ma to znaczenia, przeciskamy się w tłumie, łapiąc się za kieszenie, w takim zamieszaniu łatwo rozstanie z gotówką czy smartfonem. Z ulgą zasiadamy w restauracji na rogu, dużo przyjemniej jest patrzeć na kłębiący się tłum znad szklaneczki piwa.IMG_4365bNie mamy za dużo czasu na zwiedzanie Phnom Penh , większość z nas zresztą już tu była,pojutrze wieczorem wylatujemy do Bangkoku.

Posiliwszy się idziemy jeszcze do Central Marketu , bardzo charakterystycznego , owalnego budynku oddalonego tylko kilkaset metrów od naszego hotelu.Zbliża się 17 , stoiska powoli pustoszeją , trochę się spóźniliśmy. Kręcimy się trochę po bazarze ,ale raczej na poważne zwiady trzeba przyjść jutro. Panie są lekko rozczarowane, panowie chętnie wstają z ławeczek , na których przesiedzieli ostatnią godzinę , omówiwszy fenomen kobiecego zauroczenia grzebaniem w nieświeżych ciuchach.

DSC00504bWracając do hotelu zdajemy sobie sprawę, że i wieczorem nasza okolica to centrum PP. Klub koło klubu, bary z damską obsługą , salony masażu – co kto chce. My chcemy jednak odpocząć w hotelu, odwiedzamy po drodze markecik. Ceny są wyższe niż na prowincji , nie mam mowy o butelce za 3 USD.

O 18 zaczyna wieczorny spektakl nad rzeką , płyną przedziwnie oświetlone statki, gapie podziwiają też spektakl na niebie , fajerwerki strzelają  dobrą godzinę. Mamy to szczęście , że nasz hotel jest dość wysoki i z tarasu widokowego świetnie widać cały spektakl. Jest tylko jedna niedogodność – jest tam tylu widzów, że nie można wetknąć nawet szpilki. Pocieszamy się , że niedługo Sylwester i szwagier znowu odpali w ogródku zestaw fajerwerków z Biedronki.IMG_4250bJeszcze raz ponawiają fiestę o 22 , ale to słyszymy ją tylko przez sen.

Wczoraj umawialiśmy się na wyjazd na Pola Śmierci i do Szkoły 21 Tuol Sleng, będąc w PP trzeba zobaczyć te miejsca.Jest pięcioro chętnych , więc czuję się w obowiązku im potowarzyszyć, choć widziałem je już dwa razy.To akurat dwa tuk-tuki po 3 osoby.

Ale na śniadaniu okazuje się , że Halina nie dołączy.Czuję się więc zwolniony ze zwiedzania , pakują się do jednego pojazdu. Niepotrzebnie tylko zrywałem się tak wcześnie.DSC00458bHumor poprawia mi mocca w knajpce za rogiem. Patrzę na pustawy bulwar , ludzie zaczną przybywać za dwie – trzy godziny. Nie ma też wszechobecnych posterunków wojska, tajniaków no i tysięcy skuterów , poupychanych po uliczkach. image00899bSprytni właściciele posesji wynajmują im miejsce za parę groszy , grodząc swoją część ulicy taśmami.

Powoli ekipa zaczyna się zbierać. Jaki plan na dzisiaj ? Oczywiście shopping !

Dziewczyny wyczytały w przewodnikach adresy ulic, gdzie zgromadzili się wytwórcy rzemiosła, czeka na dokładne spenetrowanie także Central Market.

My z Kalusiem udajemy się na naszą promenadę , robi się coraz ciaśniej. Siadamy na murku gapiąc się na przechodzących ludzi. Klikam im zdjęcia, jedni są obojętni , inni wręcz przeciwnie – pozują , eksponując odświętnie ubrane pociechy. DSC00484bWreszcie temperatura skłania nas do poszukania jakiegoś schronienia . Może masażyk ? Czemu nie , za 10 USD spędzimy godzinkę w miłym towarzystwie silnych dziewczyn. Jest jeszcze dość wcześnie , nie wszystkie przybytki już działają, , trzeba trochę pochodzić , ale się opłaciło.

Jesteśmy zadowoleni z usług, wracamy do hotelu odprężeni , AngkorBeer w pobliskim barze do końca wygładza zwoje mózgowe.

Ekipa kompletuje się krótko po południu.

Jaki plan? Naładowani energią chcą zwiedzić Pałac Królewski i Srebrną Pagodę. Są oddalone o kilkaset metrów od naszego hotelu , nawet mimo tłumu na ulicach można tam dojść na piechotę w kilka minut.

Ruszają, ja zostaję w hotelu, aby popracować nad relacją w spokoju. Niezbyt mi się to udaje, bo przychodzi zniechęcony Kaluś.Pałac Królewski z okazji święta jest zajęty przez ekipę rządową. 20181123_143707bWokół przechadzają się dostojnicy a bram strzeże wojsko. Wstęp wzbroniony. Podobnie rzecz się ma ze Srebrną Pagodą. Na pocieszenie ekipa jest kierowana do sekcji VIP widowni regat . Białe , wyściełane krzesełka kuszą , ale Kaluś jest odporny na kuszenie , ale nieodporny na koszmarny upał lejący się na głowy, więc wybiera moje towarzystwo. Jako załącznik przyniósł słuszną flaszkę whiskacza, którą opróżniamy nie niepokojeni przez nikogo. Omawiamy sprawy bieżące, przeszłe i przyszłe , ważne i nieważne , czas szybko mija . Kaluś wychodzi , dla mnie 13 to zdecydowanie za wcześnie na alkohol, udaję się na drzemkę celem odparowania .

     Moja Żona, która pojawia się za jakiś czas  jednym rzutem oka ocenia mój stan , pojawiają się groźby mniej lub bardziej karalne , zapowiedzi mrocznej przyszłości naszego związku i mniej czy bardziej jasne oceny mojej przydatności do społeczeństwa, a rodziny w szczególności . Twój tata nie pił, mama nie pije…I brat też nie pije – wtrącam nieopatrznie. Odpowiedzią jest trzaśnięcie drzwiami a ja kładę się z powrotem do łóżka. Przypominam sobie , że w ubiegłym roku takie afery zdarzały się prawie codziennie i z błogim uśmiechem zasypiam.     fbaa36b34c467bc04cc84ff5cb87e77385d86c6d0d017fa3990d1886fbac3affGodzinna drzemka dobrze mi robi, zabieram się do pisania , grupa zbiera się na kolację a potem na sympatyczny wieczór w pokoju , ale beze mnie . Wesołe krzyki i odgłos tłuczonego szkła  słychać do późnych godzin nocnych . Jak ładnie można się bawić bez alkoholu … muszę kiedyś spróbować .
Moja żona przerzuciwszy  złe myśli na mnie ma teraz świetny humor a teraz nasze małżeństwo będzie teraz wyglądać tak, jak na obrazku :

DuJFoB9XcAEzPLZ

Z rozrzewnieniem wspominam samotne wyjazdy.

image00876b

Kambodża 2018 # 5 Pozostały tylko lwy

20181122_073007bJeszcze wieczorem zamówione tuk-tuki czekają przy hotelu , jest też samochód , którym jadę z Wojtkiem. Po drodze jeszcze raz oglądamy przerażające śmietnisko , ciągnące się aż do miasta. Wszędzie rozbabrane budowy , oklejone bannerami z chińskimi napisami , Chińczycy mają też swój sklep ,  z produktami tylko Made in China.Przejeżdżamy koło lwów, są zakurzone i brudne, ale trwają. Ta część miasta wygląda na nietkniętą przez zmiany. Chińczycy dostali niedawno carte blanche na rozbudowę wybrzeża Kambodży , mówi się także o tym , że na 10 lat mają wydzierżawić 100 km wybrzeża , aby stawiać tam swoje bazy wojskowe i budować porty marynarki wojennej. Hojne dotowanie gospodarki Kambodży powoduje , że władza rządzącej od 32 lat junty wojskowej ( powiązanej zresztą z niedobitkami Czerwonych Khmerów) wydaje się przez następne kilkadziesiąt lat niezagrożona. Tym bardziej , że w kolejce do rządzenia krajem czekają synowie i córka obecnego premiera Hun Sena.20181119_110254bCentralny market stoi jak stał, ruch wokół niego jest tak samo zwariowany, pojazdy jeżdżą we wszystkich kierunkach.
Wspólne wędrowanie nie ma sensu , umawiamy się za godzinę przy wejściu.20181119_110810bDziewczyny kupują jakieś drobiazgi , trochę pamiątek i prezentów, panowie spędzają czas w pobliskim barze.20181119_112106bKiedy zbieramy się przy wyjściu kierowcy już do nas machają . Jasne, w tym tłumie to my się wyróżniamy , nie oni.Po drodze do hotelu zahaczamy o market. Łyk gorącej kawy i ciasteczko dodają wigoru , a alkoholowe zakupy poprawiają humor.

Proszę naszego kierowcę, aby jechał ulicą przy plaży , przez okolice , które znamy z poprzednich wojaży. Krajobraz jak po wojnie – hoteliki zrównane z ziemią , nasz ulubiony supermarket , w którym byliśmy codziennymi gośćmi – zniknął.Gruzowiska ciągną się przez kilkaset metrów , aby ustąpić miejsca śmietniskom na skraju miasta. 20181119_125931bMam cały czas nadzieję , że to etap przejściowy i wszystko będzie jeszcze przepiękne, ale nie wiem , czy będę chciał to kiedyś sprawdzić.

Shopping nie wypadł zbyt okazale , ale nie przeszkadza nam to w plażowaniu. Asia i Tomek postanawiają spędzić popołudnie aktywnie , wypożyczając supa. Sub to rodzaj kajaka , na którym się stoi i napędza jednym wiosłem (stand up paddle (SUP), czyli wiosłowanie na stojąco ) . Nie jest to prosta sprawa , ale dają radę .image00494b Ja , po doświadczeniach z surfingiem , kiedy przez pierwszą lekcję ćwiczyłem ślizg, czyli ześlizgiwałem się do wody zaraz po powstaniu z kolan, patrzę na takie wynalazki z głęboką rezerwą.

Po godzinie zdają sprzęt i dość usatysfakcjonowaniu opowiadają swoje przeżycia. Zdążamy o tym zapomnieć , kiedy z awanturą przybiega mąż pani , która wypożycza sprzęt i żąda 80 USD za skrzywienie wiosła. Owszem , wiosło jest plastikowe i mogło się wypaczyć przy odpychaniu od dna , ale Tomek zdecydowanie temu zaprzecza. Zdał sprzęt, pani nie kwestionowała jakości , spadaj gościu. I spadł, mrucząc jakieś zaklęcia pod nosem.IMG_4110bWeekend ściągnął na plażę rzesze miejscowych , bawią się przy lokalnym rapie. Przystajemy chwilę, ale to nie nasza muzyka. Tylko Tomek się wkręcił, wymachuje rękami i kręci piruety , lokalesom bardzo się to podoba. Mam obawy , czy ta wzajemna fascynacja nie przerodzi się w coś , nad czym trudno będzie zapanować i wyciągam go za rękę z kółeczka , w którym wodzi rej.

Jeszcze tylko wieczorna sesja nad rzeką i idziemy spać.

Kolejny dzień spędzam przy basenie , usiłując sklecić początek relacji . Moje pomoce – tablet i zwijana , gumowa klawiatura , którą kupiłem specjalnie na wyjazd nie zdają egzaminu, piszę więc na smartfonie. Niezbyt to wygodne , bo oczy bolą po kilku zdaniach , ale jakoś brnę.

Co jakiś czas wskakuję do basenu dla ochłody , sprawdzając uprzednio , czy nie kąpią się w nim chińskie dzieciaki bez pampersów.

Pora wyjeżdżać, zutylizowaliśmy cały alkohol w promieniu kilometra czy dwóch , jutro rano autobus zawiezie nas do Phnom Penh.IMG_4144b

Kambodża 2108 # 4 Kiedy dwie znaczą trzy albo siedem

DSC00420bWstaję , jak zwykle,  najprędzej , o 6 rano jest już jasno a nie lubię się wylegiwać w łóżku. Przez godzinę czy dwie wyłaniają się kolejni Podróżnicy. Noc minęła spokojnie , choć nad ranem przemknął mały deszczyk. Na rejs jesteśmy umówieni na 10 , co bardziej nerwowi ponaglają do wyjścia. Śniadanie jemy na końcu plaży , co ma dziś swoje uzasadnienie – stąd będziemy startować na wycieczkę. image00391bAngkor Beer smakuje wyśmienicie , po chwili pojawiają się kolejne zamówienia – jajka na bekonie , musli ze świeżymi owocami ( hitem jest mango , ale i arbuz niewiele mu ustępuje ) i jogurtem, pankejki polane miodem … Jakoś nie ma chętnych na azjatyckie menu.

Kończymy o czasie i rozglądamy się za naszym kapitanem . Zamiast niego woła nas sternik , aby już wskakiwać na łódź. Menadżer , z którym wczoraj ubijaliśmy interes zjawia się za chwilę, kasuje pieniądze i znika.

Odpływamy.image00451bGodzinkę płyniemy na pierwszą wyspę , to Krew Kota , czyli po khmersku – Koh Ta Krev.DSC00442bWyspa nie jest bezludna, stoi kilka bungalowów, jest jakiś hostel , kilka domków mieszkańców. Dziewczyny rzucają się na rozłożone w cieniu hamaki , chłopaki udają się do knajpki , odświeżyć gardło. IMG_3908bKiedy wracamy wszyscy już są w wodzie. Przypływa coraz więcej łódek , robi się tłoczno.Nie ma co siedzieć w tłumie, rzucamy hasło do odwrotu.

Kolejna wyspa to podobno raj dla snurkujących , rafy i mnóstwo ryb. Kilka osób wskakuje z rurkami do wody, nie jestem przekonany , ale schodzę. Cofam się , kiedy do nogi przykleja mi się torebka foliowa. Pogadujemy sobie na łodzi, Halinka częstuje batonikami energetycznymi. Basia się certoli : “Nie wypada” . Wypalam : “Bo musisz odwinąć papierek , wtedy wypadnie ! ” Po chwili żałuję ,że ją przekonałem , bo to był ostatni wafelek.

Pływacy wdrapują się na łódź , jeden widział rybę, ooo, taką wielką, inny kawałek rafy, ale mojego worka nikt nie widział. Wracamy do domu. Asia się gorączkuje , że miały być trzy wyspy, a zaliczyliśmy tylko dwie. Nikt nie podejmuje tematu, niektórzy nawet uśmiechają się pobłażliwie. Prawdę mówiąc , to postawiliśmy nogę tylko na jednej a takich , które można obejrzeć z daleka jest w zasięgu wzroku kilka , więc w sumie to tour mógłby się nazywać “7 wysp” , kwestia fantazji.

image00434bDo kolacji siedzimy na plaży , korzystając ze słońca. Wracając zahaczamy o sklepik z alkoholem . Ogałacamy go z Mekongu ,prosimy właściciela , aby na jutro zadbał o uzupełnienie zapasów.

Zaczyna padać wieczorny deszczyk , dziewczyny zarządzają babskie party , idą nad rzekę. My chcąc ,nie chcąc zostajemy koło domku Nie nudzimy się , popychamy pierdoły przy butelczynie sympatycznego napoju. Do bungalowu naprzeciwko wprowadziła się Angielka, o urodzie dość nienachalnej , o ile mogę to ocenić bez okularów . Właśnie skończyła telefoniczną konferencję z narzeczonym ( mężem ?) i wygląda na osobę, która  ma za sobą program obowiązkowy i wolny wieczór…. Wypychamy Tomka , aby  zaproponował jej drinka, po chwili walki z wrodzoną nieśmiałością  podaje jej szklankę i uśmiecha się miło. W tym właśnie momencie , ni stąd ni zowąd wyrasta jak spod ziemi jego Żona… Deszcz pada coraz mocniej, ale jej , podpartej pod boki , nie przeszkadza żądać wyjaśnień , rzucać nieuzasadnione tezy i wskazywać kierunki , w których zmierza ich małżeństwo. Nie czekając na odpowiedź, zabiera nam flaszkę z resztą napoju i udaje się do koleżanek. Tomek nie zdążył wydusić słowa. Pocieszam go , że znając życie , gdybym to ja podszedł do Angielki to w miejscu jego Żony pojawiłaby się  moja. Nasza koleżanka z Albionu już trakcie wymiany zdań wycofała się taktycznie do pokoju , więc na zadzierzgnięcie międzynarodowych stosunków nie było szans. Na pociechę udaję się do lodówki po kolejną flaszkę.image00445b

Jutro Basia z Marią planują udać się do miasta , niespecjalnie nalegają na towarzystwo a i nikt się nie wprasza.

Wstają wcześnie , idą plażą jak się da daleko.

Po śniadaniu nasze pozostałe dziewczyny chcą ruszyć ich śladem , kiedy pytają , czy jakiś facet z nimi pójdzie to nie ma chętnych. Nagle każdy znajduje jakieś niecierpiące zwłoki zajęcie , na przykład zamawianie browara i muszę się ruszyć ja. Spacer w pełnym słońcu , w południe , po nieosłoniętej plaży przerabialiśmy już na Sulawesi , więc staramy się zabezpieczyć kremami czy lekkimi ciuszkami. IMG_3884bChcemy dojść do miasta , ale już po kilku kilometrach stwierdzamy , że to się nie uda. Zasiadamy w odległej knajpce na kawie , chwila oddechu i można wracać.

Nonszalancko zdejmuję klapki i idę brzegiem morza, co po kilku kilometrach skutkuje gigantycznym odciskiem na podbiciu. Kulejąc , podążam za dziewczynami. Staram się nie stracić dystansu , ma to swoje głębokie uzasadnienie. Kiedy one idą przodem , ubrane tylko w bikini , miejscowi , biesiadujący na plaży zwracają uwagę tylko na nie , a nie na mnie. IMG_3828bNie brakuje mi uwagi lokalesów, moja figura solidnie zbudowanego , białego facet budzi w nich zawsze zaciekawienie i komentarze , połączone z uśmieszkami. Teraz ślinią się nie dla mnie a ja napawam się anonimowością. Dziewczyny też się jakby prostują, wygląda na to , że nie zauważają tej sytuacji ,rzucają obojętne spojrzenia , pogrążone w rozmowie . Jako wybitny znawca kobiecej duszy wiem , że rejestrują wszystko dokładniej niż Go-Pro.20181117_110958bMaria i Basia docierają do nas po południu i opowiadają przedziwne rzeczy , podnoszące włosy na głowie. Doszły do rzeki , kiedyś wpływającej do morza , teraz koryto jest  całkiem zasypane przez śmieci. Całe kwartały ulic, które znamy z poprzednich wyjazdów są zburzone. Chyba nie ma sensu opuszczać naszej plaży,jednak na jutro planujemy shopping. Sami się przekonamy o stanie rzeczy.20181118_141811b