Laos 2018 # 4 Torcik z delfinami

image01725bKolejny dzień zapowiada się ciekawie, dziś popływamy kajakami. Ale jeszcze przy śniadaniu rozmawiam z Bounem na temat tortu dla Marii , która ma dziś urodziny. Obiecuje przygotować coś specjalnego na wieczór.

Kajaki już czekają na nas na rzece przy domkach. Podręczne rzeczy chowamy w plastikowych workach . Rzeka wygląda na spokojną , ale licho nie śpi. Kajaki są dość płytkie i ,mówiąc szczerze – niezbyt wygodne. 20181113_085829bPłyniemy wśród wysepek i kęp drzew około godziny  , dobijamy do brzegu niewielkiej wysepki , na wsi. Pozostawiamy kajaki i idziemy do wodospadu. Krajobraz jest sielski ,ale osiągnięta po kilkudziesięciu minutach marszu kaskada nie robi specjalnego wrażenia. DSC00335bPo drodze czeka nas przeprawa przez drewniany mostek , Phan nalega, aby przechodzić pojedynczo , drewniane klapki groźnie trzeszczą .DSC00326bDo kajaków wskakujemy w innym miejscu , czeka nas kilkukilometrowe wiosłowania .  Nurt jest wartki , nasza flotylla się rozproszyła ,w pewnej chwili  orientujemy się , że nikt za nami nie płynie. Okazuje się , że nastąpiła  wywrotka . W chwili przetasowań międzykajakowych łódka Phana i Kalusia wywróciła się i obaj znaleźli się w wodzie . IMG_3416bWartki , choć niewidoczny nurt spowodował , że udało im sìę chwycić nadbrzeżnych gałęzi dopiero po kilkuset metrach. Do nas , z przodu , przypłynęło najpierw tylko wiosło , dopiero za kilkadziesiąt minut cała reszta ekipy. Trwają spory – Phan twierdzi , że gdyby nie jego stalowe nerwy i żelazny uścisk to na Wszystkich Świętych byśmy  przyjeżdżali zapalać świeczkę Kalusiowi nad brzeg Mekongu . Ten zaś twierdzi , że wczepiony w nadbrzeżne gałęzie rękami i nogami jeszcze zdołał chwycić nie tylko Phana , ale i dryfujący kajak. Ale jakby nie patrzeć , to niewielu Polaków może się poszczycić pływaniem w Mekongu . Fakt – kamizelka bardzo się przydała.DSC00311b

Tak czy inaczej przygoda skończyła się dobrze , kontynuujemy wiosłowania.  Po godzinie wygrzebujemy się na brzeg . Większymi łodziami płyniemy do miejsca, gdzie można spotkać endemiczne delfiny rzeczne . Zostało ich już tylko kilkanaście sztuk , ponoć więcej żyje po kambodżańskiej stronie rzeki Irrawady.

image01300bW towarzystwie kilku innych łódek wpatrujemy się w gładką toń rzeki.Raz po raz ktoś podekscytowany wskazuje palcem , ale to fałszywe sygnały .Ekipa zabiera się za przygotowanie lunchu . Delfiny jednak się pojawiają, raz po raz widać ich płetwy grzbietowe. Nie wyskakują nad wodę jak delfiny morskie , popularne obrazki wprowadzają w błąd.  

Osobiście jestem tym spektaklem średnio usatysfakcjonowany , to trochę naciągana atrakcja dla turystów . Mam tylko nadzieję , że istnieje jakìś program ochrony czy  zwiększenia populacji tych sympatycznych zwierzaków.

Przypływają kolejne łodzie, postanawiamy ich wkręcić i głośnym , chóralnym okrzykiem wskazując ręką losowy kierunek oznajmiamy obecność delfinów.Widok rzucających się na jedną burtę Japończyków – bezcenny .

Wychodząc na brzeg musimy przejść parę kroków w wodzie co wystarczy, aby na Halinie  znalazły schronienie pijawki . Trochę obrzydliwe, ale niegroźne .  

Na ciężarówkę zabierającą nas i kajaki musimy trochę poczekać , upał powoduje  , że oczy same się zamykają . Wreszcie przyjeżdża , przed nami ostatni punkt programu – wodospad Khone Phapheng , jeden z największych na świecie . DSC00368bWedług informacji przy wejściu nie jest może najwyższy , ale na pewno najszerszy , ma ponad 10 km.DSC00381bRzeczywiście, widok widok grzmiących kaskad zapiera dech w piersiach. Również park , otaczający wodospady jest ładnie utrzymany , na koniec pijemy kawę w sympatycznej knajpce i możemy wracać . W Nakasang przyprawiamy się na naszą wyspę Don Det i jesteśmy gotowi na urodzinowe przyjęcie Marii .

Przy stole rozmawiamy o różnych sprawach. Ja mam taki dość uciążliwy dla współtowarzyszy podróży zwyczaj egzaminowania ich z nazw miejsc , w które odwiedziliśmy. Zadziwiające zjawisko – czy będąc w Wietnamie, Tajlandii, Indonezji , w parę osób czy paręnaście – nigdy jeszcze nie zdarzyło się, by ktoś umiał przypomnieć sobie nazwę miejsca , gdzie byliśmy poprzedniego dnia. Dopiero wałkowanie nazwy przez kilka dni przynosi efekt , ale nie u wszystkich i nie na długo. Zastanawiam się , jaki jest  powód tego , że ja pamiętam wszystkie nazwy a oni nie i znalazłem dwa – po pierwsze przygotowuję te wyprawy przez kilka miesięcy, wymieniając korespondencję czy śledząc mapy , więc nazwy chcąc nie chcąc wbijają się w pamięć. Po drugie – zapamiętywanie nazw- miejscowości , ulic czy  hoteli jest niezbędne w czasie samotnych wędrówek. Kilka ich po Azji zrobiłem i naprawdę trudno byłoby mi przeżyć nie znając nazwy miejscowości do której się udaję albo nazwy hotelu , z którego wyszedłem.  Rozmowa utknęła w martwym punkcie, Maria trochę weksluje temat , rzucając uwagę , że  teraz w szkołach nacisk kładzie się nie na wiedzę a na umiejętność znalezienia informacji.A ona oczekiwaną przeze mnie informację może znaleźć bardzo łatwo. Nie chcę się kłócić , bo to w końcu jej urodziny, ale myślę sobie , że rozmowa z kimś takim , kto cała wiedzę ma w googlach nie może być wartościowa poznawczo. Może w takim razie  niech dzieciaki w ogóle nie chodzą do szkoły tylko przez tydzień nauczą się tych kilku liter , potrzebnych do wpisania w przeglądarkę adresu googli czy wikipedii ?

Kończąc ten temat – jestem za świadomym wędrowaniem. Nie WIDZIEĆ  , ale PATRZEĆ i PAMIĘTAĆ. image01718bTort , właściwie torcik , trochę się spóźnia , w tym czasie umilamy sobie oczekiwanie drinkowaniem .IMG_3550b Przywieziony z Polski spirytus został poprzedniego dnia zmiksowane na sposób lokalny – z rumem , sokiem z limonki, miodem i colą . Mimo , że smak udało się osiągnąć , to moc miał zdecydowanie wyższą od wzorca. Boun i Phan , częstowani napitkiem , dostają dużych oczu , dolewają coli za każdym łykiem. Także i dla mnie okazuje się zdradliwy , nie doczekawszy się krojenia tortu udaję się do domku.20181112_165819b

Reklamy

Laos 2018 # 3 Wyssani przez Mekong

DSC00206bRano ruszamy busem na południe , do Champasak . Boun snuje plany na najbliższe dni, ale słabo go rozumiem a plany i tak traktuje mocno elastycznie , więc raczej go  słyszę niż słucham.

Po godzinie jazdy zatrzymujemy się u podnóża sporego wzgórza, na szczycie którego stoi ładna świątynia Buddy – Phou Ngoi . Kilkaset stopni górę to spory wysiłek , Kaluś zostaje w połowie drogi , w altance przeznaczonej dla krótkodystansowców. Z góry rozpościera się piękny widok na Mekong. Piękna, szeroka, majestatyczna rzeka. DSC00163bPhan opowiada trochę o religii i powstaniu tego obiektu , ale mimo wczesnej pory jest już mocno gorąco i ze skupieniem się są problemy. Wielki gong kusi Tomka , bije w niego kilka razy , odgłos jest głęboki i donośny.

DSC00176bKilka kilometrów dalej ponownie się zatrzymujemy. Duży, stojący w szczerym polu budynek to ostatnia rezydencja króla Laosu . Po inwazji Francuzów został internowany we Francji i tam zmarł. 20181111_104733bDom stoi od tego czasu pusty.

Boun, człowiek pobożny , chce zatrzymać się w kolejnym Wacie , ale protestujemy . Za kilkanaście minut dojeżdżamy do kolejnej miejscówki o nazwie View@Champasak Resort. Nieduży , zgrabny ośrodek z ładnym i bungalowami i fantastycznym widokiem na Mekong. Po zajęciu bungalowów spotykamy się w restauracji , wszyscy snują się niemrawo, Mekong jak wampir wysysa energię. Wszystko staje się mniej ważne, jest wiele opowieści podróżników o tym , że mieli nad rzeką spędzić dzień-dwa, ale bujanie się w hamaku z butelką BeerLao , gapiąc się na leniwe wody jest bardzo przyjemne i nie ma potrzeby wykonywania żadnych dodatkowych ruchów.image00011b Proponuję , żebyśmy udali się na chillout do domków, na co wszyscy wstali i bez słowa wrócili do bungalowów . To się nazywa trafnie odczytać potrzeby społeczeństwa.

Po lunchu Boun zaprasza nas na rowery . 12 kilometrów stąd mieści się słynny Wat Phuo. To starsza nawet od Angkoru świątynia i obok niego najważniejsze miejsc Khmerskiego hinduizmu. Początki jej sięgają V w.choć do dziś zachowały się te z X-XI wieku. Jak zwykle koniec dnia jest nerwowy , przyśpieszamy kroku zwiedzając nieduże muzeum i za kilkaset metrów ukazują się ruiny. Akurat trwa sesja zdjęciowa młodej pary , zapraszamy druhny do wspólnej fotki. DSC00198bZgadzają się bez specjalnej ochoty , uśmiechając się półgębkiem . Do najważniejszego kompleksu prowadzą schody których długość odbiera radość życia. Zostaję z Kalusiem na dole.image00620b Widok z góry jest podobno spektakularny , ale robi się coraz ciemniej. Nie wracamy więc rowerami , jeżdżenie drogami Laosu po nocy to spore ryzyko.IMG_3071bZamawiamy kolację w resorcie , kelner 3 razy wraca z pytaniami ,  chłopak się całkiem pogubił  a i pozostała obsługa to też nie szybkobiegacze. Po godzinie schodzą pierwsze zamówienia a Tomka i mojego wciąż nie ma. Idę z interwencją do właściciela, Taja. Jest zdziwiony bo kuchnia już zamknięta a personel zadowolony z pracowicie spędzonego dnia oddaje się uciechom . Niestety , kucharz musi wrócić na posterunek Tomek dostaje swoje danie a dla mnie zostaje kilka liści sałaty z okruchami  chleba.Zbliża się północ, trzeba iść spać , bo jutro znowu ciężki dzień.DSC00208bDziś skok do ostatniej naszej miejscówki , posiadłości Bouna na wyspie Don Det , w Krainie 4 000 Wysp . Boun zapewnia , że tam na pewno będziemy zadowoleni z obsługi. Snuje opowieści o fantastycznym wystroju bungalowów ale przewidująco nie dzielę się tymi rewelacjami z ekipą. Kilkudziesięciokilometrowy odcinek na południe pokonujemy busem , ostatnie zaś kilkanaście kilometrów na rowerach. W Nakasang  , gdzie mieści się przystań promowa ładujemy je na bus , czule się z nimi żegnając . IMG_2541bPod koniec pedałowania okazało się bowiem , że rowery odwdzięczają się za dobre traktowanie bezusterkowością i miękkim siodełkiem . Nawet biegi posłusznie ustawiają się na optymalnych pozycjach. Nie zdążyliśmy się niestety pożegnać z sympatycznym operatorem technicznego busa. Muszę pamiętać o przekazaniu dla niego pożegnalnego tipa przez kolegów.DSC00244bZ bagażem ładujemy się na łódkę i za parę minut ładujemy w Don Det. 5 bungalowów Bouna stoi frontem do Mekongu. Domki są niezbyt duże , ale dość czyste . Dobrze jednak , że nie wzbudzałem nadmiernego apetytu i wszyscy są zadowoleni z przydziałów.  

W jednym muszę przyznać Bounowi rację – obsługa jest niebo lepsza niż poprzednio. Szefową kuchni jest jego żona i chyba została poinstruowana, że chcemy zjeść smacznie i szybko . Z naciskiem na szybko. Ledwo zdążyliśmy się po wypakowaniu walizek zgromadzić a przy stole pojawia się piwo , napoje a za chwilę zamówione dania. I tak miało być – szybko i smacznie .

Teraz czas na sjestę i rozpoznanie terenu , wieczorem czeka na impreza na wyspie. Brzmi tajemniczo , sam nie mam pojęcia , co przygotował Boun . Wyruszamy późnym popołudniem . Łódź jest duża i mamy sporo miejsca. Płyniemy leniwie , gapiąc się na przybrzeżnej życie. Zabudowania są różne , ale w większości to drewniane chaty na palach.20181112_115021b Dobijamy do brzegu , nie ma pomostu więc wskakujemy do wody i zmoczeni po pas wkraczamy do wioski. Nie wygląda na turystyczną atrakcję dla zblazowanych turystów, toczy się normalne życie.  Produkcja lokalnego alkoholu niestety właśnie się zakończyła, towar wyjechał a nam pozostaje testowanie mikroskopijnej próbki. Phan z napięciem w oczach podaje nam napój w nakrętkach , pełniących rolę kieliszków i obserwuje reakcję” Be careful , its very strong ” – ostrzega. Gorzałka nie ma zbyt wielkiej mocy i jest bardzo ciepła. Nie chcemy mu sprawiać przykrości i kiwamy z uznaniem głowami.DSC00274b Nieco dalej pani wyplata koszyczki do ryżu , jeszcze dalej trafiamy na większy biznes – produkcję makaronu ryżowego. Stoi kilka prostych maszyn , kucające na podłodze panie skręcają wstążki makaronu w kunsztowne gniazdka. IMG_3203bPotem gniazdka po kilkadziesiąt sztuk są pakowane w liście bananowca i rozwożone po okolicznych miejscowościach. DSC00280bW planie mamy jeszcze naukę wyplatania sieci , ale lokalny ekspert jest kompletnie pijanych , choć przytomny. Leży bezwładnie na posłaniu i miło się do nas uśmiecha .

Opuszczamy wioskę obdzieliwszy słodyczami biegające dzieciaki . Innym dzieciom , w szkole , nauczycielki zabraniają przyjmowania słodyczy. DSC00268bDzieciaki wyglądają porządnie szkolnych ubrankach, część z nich ma właśnie zajęcia na przyszkolnym ogródku , wyrywają chwasty, podlewają sadzonki , sadzą nowe. Bardzo budujący widok.

Powtórnie zamaczamy nasze ciuchy  wskakując do łódki , płyniemy na pobliską wyspę , a właściwie łachę piachu pośrodku rozlewiska. 20181112_163421bStoją już  krzesełka i stolik zastawiony sympatycznymi, lokalnymi napojami. Wojtek zostaje barmanem , po jego drinki ustawiają się kolejki chętnych. 20181112_164753bDla mnie Boun osobiście szykuje wiaderko napoju wg.lokalnej receptury na idealny drink. Wiaderko jest bardzo praktyczne , do kilku słomek przysysają się kolejni chętni. IMG_3279bMimo niezbyt dużej mocy  ilość alkoholu robi swoje i za chwilę można podjąć zajęcia praktyczne.20181112_164056bChłopaki uczą zarzucania sieci , co właściwie polega na trałowaniu dna rzeki . Czasem sieć zaczepia się o rośliny , trzeba ją odczepić , nurkując w mętnej , brązowej wodzie. Potem jeszcze chwila wędkowania i ciemną nocą wracamy do domu.image01264b

Laos 2018 # 2 Sekretne życie przerzutek

image00048bŚniadanie także jest bardzo smaczne , szef kuchni, białas,dogląda osobiście wszystkiego. Jest świeże pieczywo, owoce no ì cała gama potraw  – lokalnych i europejskich. Plan na Laos jest taki : objeżdżamy rowerami z niewielką pomocą busów Bouna Płaskowyż Bolaven ( Bolaven Plateau) a potem skokami udajemy się na południe , do granicy z Kambodżą.

Nowy-3Przed hotelem czekają już na nas dwa busy- jeden z rowerami i kaskami a drugi pasażerski , którym przyjechaliśmy wczoraj. Okazuje się , że rowerów jest tylko 8 , co tylko na początku jest rozczarowujące. Basia od razu wskakuje do busa ,  Marioli nie pozostaje nic innego jak podążyć za nią. Przymierzam kaski , chłopaki z obsługi chętnie pomagają , jeszcze regulacja siodełek i ruszamy. Rowery wyglądają nieźle, ale przerzutki sprawiają wrażenie , że żyją własnym życiem. Przy jakiejkolwiek zmianie przełożenia ustawiają się losowo, piłując niemiłosiernie. Jedziemy gęsiego za Phanem przez zatłoczone miasto, które ciągnie się i ciągnie. Co gorsza ulica prowadzi pod górę ,więc dysząc wdychamy spaliny tysięcy pojazdów. Po kilku kilometrach robimy postój, Mariola zasiada na moim rowerze a ja wskakuję nie bez ulgi do busa. Długo nie posiedziałem, bo po kilkunastu minutach zatrzymuje nas Justyna. Wygląda jakby miała dostać zawału a końca drogi pod górkę nie widać. Chcąc nie chcąc zasiadam na jej rower i walczę jeszcze kilka kilometrów . Jedyna pociecha, że przerzutki już zaczęły współpracować. Na kolejnym postoju , w wiosce kowali , następni porzucają rowery , co okazało sìę błędem – po kilkudziesięciu metrach osiągamy szczyt wzniesienia i pozostaje nam obserwować z zazdrością twardzieli mknących bez wysiłku , z uśmiechem,  w dół.

image00167bPo kilku kilometrach ładujemy się wszyscy busa, kończy się dobra drogą i pojedziemy szutrową. Kierowcy pracowicie pakują rowery, część na pakę , część na dach. Po kilkunastu minutach dojeżdżamy do miejsca zwanego Huay Champ.Tu jemy lunch , gapiąc się na kąpiące się w rzece dzieciaki. Przyjemne miejsce , restauracja jest spora, ale poza nami jest tylko kilku Chińczyków.

20181109_124143aNajedzeni wyruszamy do skansenu . Zaczyna popadywać deszcz , ale posłusznie zbaczamy kawałek , aby po krótkim spacerze przez las dojść do całkiem przyjemnego wodospadu. image00128bNie bawimy tu długo , wygania nas coraz gęstsza ulewa.

image00132b/zdj.Wojtek/

Wioska do której docieramy jest prawie niezamieszkana. Kilka tradycyjnych domków, każdy z innej części Laosu , moknie w deszczu.Ale przewodnik opowiada ciekawe rzeczy – jeden z domków ma otwór na wysokości moich kolan. Był wykorzystywany przez zakochanych lub jeszcze przed zaręczynami do zapoznania młodych. Przez otwór przechodzi tylko ręka i to musiało im na razie wystarczyć. Kolejna chatka  pochodzi z okolic o nieco luźniejszych obyczajach. Jest malutka i stoi na wysokich palach. To miejsce w którym zakochani mogą zamieszkać na próbę. Po kilku dniach , tygodniach czy miesiącach , jeśli znajdą nić porozumienia przeniosą się do większego domostwa .Małą zajmie kolejny kawaler, testujący wybrankę.

image00137bJest już dość późno a kiedy dojeżdżamy naszego resortu jest całkiem ciemno. Gdyby nie wielki napis przy drodze nie pomyślałbym , że to miejsce do zamieszkania. Dostajemy bungalowy obok siebie , przechodząc spory kawałek wąską ścieżką przez gęsty las. Gdzieś blisko huczy wodospad , dodając grozy temu miejscu. Pokoiki są nędzne , wyposażenie podstawowe , u jednych nie ma wody, u innych prądu , komuś nie domykają się drzwi… Boun ma nieszczęśliwą minę , woła obsługę ale ona nie jest bardzo pomocna. DSC00072bProponuje przenosiny do wyżej położonych domków , których zarysy widać na tle ciemnego nieba kilkaset metrów dalej. Nikomu się nie chce jednak przenosić, w końcu to tylko jedna noc .Rezygnujemy też  z nierównego pojedynku z rzeczami martwym i schodzimy lasem do głównego budynku na kolację. Co prawda Boun delikatnie sugerował raczej stołowanie się gdzieś w miasteczku , ale nie chce nam się nigdzie dalej ruszać. O dziwo, jedzenie jest znakomite. Pojawia się jakiś alkohol , po dwóch stronach wymiękam i idę spać choć jest dopiero 20. Zawsze pierwsze dni wycieczki mam ciężkie- zmęczenie , jet lag i wielki stres to mieszanka , która eliminuje mnie z imprezy bardzo szybko.

Budzę się koło północy , koledzy się nie ograniczają emisji decybeli. Wychodzę na taras , w łóżku zastępuje mnie Dorota. Rozmawiamy chwilę , Asia udaje się na spoczynek. Po chwili słychać jej głośny krzyk , daje wyczuć także spory ładunek paniki : ” Tomek , chodź szybko !!” Tomek podnosi się leniwie ale zaraz wyskakuje z domku jak oparzony.

„O k…a, o k….a, ja nigdy nie przeklinam ale k…a. „

Co się dzieje ?

Pająk ! Pająk – gigant ! – rozkłada szeroko ręce. Wielki jak głowa dziecka. Jeszcze takiego w życiu nie widziałem !

20161030_175755Rzucamy się do ich mieszkanka, ale pająka już nie ma.Asia twierdzi , że przemknął między nogami i siedzi pod jej łóżkiem. Zaopatrujemy się w latarki i próbujemy podnieść łóżko. Jest bardzo ciężkie, mimo zdjęcia grubego materaca podnosimy je tylko na kilka centymetrów. Rzucam uwagę, że może pająk trzyma je od dołu , ale Wojtkowi udaje się oświecić podłogę. Jest nawet całkiem czysto a pająka nie widać.

Szukamy dobrego wyjścia z tej sytuacji , ale wielkość mutanta rośnie z minuty na minutę i wygląda na to , że nawet spanie na jednym łóżku nie wyklucza radosnego trójkącika  nad ranem.

Zmęczeni wrażeniami idziemy spać , dopilnowawszy , żeby Asia i Tomek zamknęli drzwi na klucz.

20181110_074525bRanek jest piękny , po nocnych atrakcjach nie ma już śladu. Ładujemy bagaże do busa , Boun mimochodem wspomina , że bungalowy , które nam oferował w ramach zastępstwa są od kilku lat nieużytkowane z powodu plagi węży…

Trochę nam to poprawia humor a i wodospad w porannym świetle wygląda olśniewająco.

Rowerami ruszamy w drogę zaraz po śniadaniu , trasa jest płaska bo jesteśmy już na krawędzi dawno wygasłego  wulkanu noszącego teraz nazwę Bolaven Plateau.

DSC00092bMijamy sympatyczne wioski, dzieciaki krzyczą pozdrowienia i machają łapkami. Cukierki oczywiście jadą w busie , więc tylko odmachujemy im niemniej radośnie. Jest gorąco , ale na tej wysokości, około 1000 m npm temperatura nie jest uciążliwa.

Po kilkunastu kilometrach droga robi się bardziej nierówna i przesiadamy się wszyscy do busa. Po drodze machamy do naszych znajomych Holendrów , którzy pedałują w równym tempie , wpatrując się w kierownice. Pod górę, w upale , rowerami objuczonymi bagażami… szacunek.

Na lunch przystajemy  na plantacji kawy. Region Bolaven to znakomite miejsce do prowadzenia tej uprawy . Sinouk Coffee Resort to piękne miejsce , spacerujemy alejkami i podglądamy rośliny we wszystkich stadiach jej rozwoju – od sadzonek, poprzez coraz wyższe krzaczki , pięknie kwitnące i owocujące. Ziarna w różnych stadiach obróbki suszą się na słońcu.Kawa jest rośliną wymagającą , obok odpowiedniej temperatury, właściwej gleby i odpowiedniego ciśnienia powietrza w okresie rozwoju należy ją chronić przed nadmiernym nasłonecznieniem. Sadzi się w związku z tym między nimi wyższe rośliny o większych liściach , przeważnie poisencję, zwaną u nas gwiazdą betlejemską.

DSC00105bLunch to potrawy lokalne , z niewielką zawartością mięsa a często wręcz wegetariańskie . Zresztą , w wieczornych dyskusjach ustaliliśmy już , że wieprzowina w tych warunkach – niewłaściwie przechowywana,a już prawie na pewno nie badana ,nie jest dla zdrowia obojętna. Wołowina , choć zdrowsza jest twarda jak podeszwa a owoce morza z racji braku morza w tej okolicy należy sobie darować. Pozostają więc warzywa i słodkowodne ryby. No i ryż , podstawa. No i zimne BeerLao . Podstawowa podstawa. Ja osobiście staję się fanem zup – Tom Yam, Khmer Soup czy Nooddle Soup są nieoczekiwanie moimi hitami.

W czasie posiłku dojeżdżają Holendrzy w całkiem dobrej formie , zostają tu na noc , my ruszamy busem dalej. Po kilkunastu kilometrach zatrzymujemy się przy kolejnej plantacji kawy. Ta jest olbrzymia , ponad 1000 ha, założona przez inwestora z Tajlandii . Aby objąć choć w części jej ogrom zbudowano taras widokowy. Dłuższą chwilę napawamy sìę widokiem równych rzędów owocujących roślin.

20181110_135816bJest popołudnie, czas się zbierać bo słońce zachodzi codziennie o 18.

Wsiadamy na rowery , ten odcinek ma być lekki , łatwy i przyjemny , ale początek jest trudny. Jesteśmy w Paksong , całkiem dużym mieście , przecieramy się gęsiego wśród pojazdów, do tego zaczyna kropić deszcz i na drodze robi się ślisko. Phan udziela nam instrukcji, ostrzega przed ostrymi zakrętami i zjazdami. Ruszamy w dół  ruchliwą , szeroką wylotówką z miasta, coraz szybciej i szybciej. Deszcz co prawda tylko mży ,ale kurz na drodze zamienił się w błoto i trzeba zachować spory odstęp za poprzednikiem aby ciuchy nie zamieniły się w błotną zbroję.

Zaraz za mostem zjeżdżamy z drogi i nie utwardzonym traktem dojeżdżamy wodospadu Tad Young. 20181110_152324bOlbrzymi wodospad robi wrażenie , dojście do platformy widokowe wymaga co prawda pokonania kilkudziesięciu śliskich schodków,  ale widok jest tego warty.IMG_2895b

Ostatni punkt naszego dzisiejszego programu to wodospad Tad Fan. Dwa jęzory wody spadające z kilkuset metrów w dół to  niesamowity widok.

DSC00147bNie mamy czasu się nim rozkoszować bo robi się ciemniej a Boun chce nas jeszcze po drodze do naszego hotelu w Pakxe zawieźć na wzgórze , górujące nad miastem.  Zdążymy w ostatniej chwili przed zmrokiem i podziwiamy zachód słońca w cieniu Buddy.

DSC00154bNasz hotel w Pakxe w porównaniu do poprzedniej miejscówki nabrał sporo blasku. Dostajemy też dużo lepszy pokój , z oknem. Widok na miejski bałagan nie porywa, ale przynajmniej można zapalić.

Nie mamy szczególnie sprecyzowanych planów na wieczór , spędzamy go na biesiadzie na dachu przy smacznym jedzeniu i napojach z Polski.DSC00157b

Laos 2018 # 1 Przystanek Pakxe

20181108_171956Laos i Kambodża to cel naszej tegorocznej podróży. Jedziemy w dziesiątkę, pięcioro to starzy bywalcy tamtych okolic, reszta to świeżaki.  Mam nadzieję, że spodoba im się plan , który ułożyłem – trochę aktywności , trochę zwiedzania, kilka dni plażowania , no i shopping w wielkich miastach. Sporo pracy włożyłem w te przygotowania i wierzę , że wysiłek się opłaci. Ale i tak wiele zależy od uczestników .

Moja dewiza: nieważne dokąd – ważne z kim.

Do Warszawy jedziemy busem Kalusia, pozostałe cztery osoby jadą swoim samochodem.Mamy samolot dopiero o 13 ale wyjeżdżamy o 5 rano, nie wiadomo co zdarzy się po drodze.Wydaje się że będziemy szybko na lotnisku, ale pod Pruszkowem zatrzymują nas korki – wypadek, roboty drogowe, objazdy. Kaluś zarezerwował parking przy lotnisku, niestety koleś nas nie przyjmuje, popsuł się bus , którym odwożą klientów , obok jest następny  trzy razy droższy , korzystamy z trzeciego. Zbieramy się na lotnisku w komplecie i lot Finnairem do Helsinek rozpoczynamy o czasie.W Helsinkach na przesiadkę mamy tylko godzinę, jeszcze tylko 9 godzin do Bangkoku i Azja stoi przed nami otworem. Finnair jest w porządku, jego największą zaletą jest dużo miejsca na nogi. Żarcie takie sobie, niezły jest też program rozrywki pokładowej , choć tylko rzucam okiem.

Finnair_A350_Economy_cabinJest 8 rano, samolot do Ubon Ratchathani mamy dopiero wieczorem ,więc spokojnie , bezpłatnym autobusem ruszamy do drugiego portu lotniczego w Bangkoku – Don Mueng, skąd odlatują samoloty Air Asii. Niestety, nie można jeszcze się zaczekować, jest za wcześnie. Podobno jest tu przechowalnia bagażu, ale jej znalezienie zajmuje nam  dobre pół godziny, układ lotniska jest skomplikowany a oznaczenia bardzo słabe.W końcu zdajemy bagaże i po kawie wsiadamy do autobusu A17, który dowozi nas po godzinie w okolice Khao San.Jest piekielnie gorąco, smog i wysoka wilgotność dają nam w kość.  Szkoda,ze Finnair zmienił nam połączenie, pierwotnie na przesiadkę mieliśmy tylko trzy godziny a teraz czeka nas spacer w upale prawie cały dzień.Jest południe, turystów nie widać za wielu . DSC04101Dziewczyny zatrzymują się przy każdym stoisku ,więc decydujemy się rozdzielić , zostajemy z Kalusiem w jakiejś knajpce na piwie. Wentylator daje trochę ochłody, jest lepiej niż na ulicy. Khao San też się zmieniła, nie ma już prawie wcale stoisk z różnościami ,tarasującymi ruch. Ludzi na ulicach przybywa, reszta ekipy dołącza i wracamy tym samym autobusem na lotnisko. Odbieramy bagaże i czekujemy się w automacie , skanując kod biletu z komórki.Pierwszy kontakt z obsługującym nas transwestytą jest dla niektórych sporym zaskoczeniem.

20181107_192908aKrótki lot AirAsią umila nam posiłek, smaczne curry dostajemy jako jedyni w samolocie. Do hotelu ”Excella” w Ubon dostajemy się busem, udaje nam się wszystkim zmieścić do jednego,choć jest to okupione koniecznością trzymania bagażu na kolanach. Hotelik jest bardzo przyjemny , ale spędzimy tu tylko jedna noc więc nawet nie ma sensu rozpakowywać walizek. Będę musiał jedynie na przyszłość zwrócić uwagę na to , aby dwóm dziewczynom wybierać pokój z dwoma łóżkami. Także Kaluś i Justyna woleliby pokoje Twin. excellaPo sympatycznym śniadaniu w hotelu oddajemy się w ręce chłopaków z  Green Paradise. Podjeżdżają busem , wygadany Phan i milczący kierowcą. Do granicy jedziemy godzinkę. Po wpłacie 5 Usd  opłaty wyjazdowe przechodzimy tunelami do posterunku laotańskiego. Tu procedura jest bardziej skomplikowana , wypełniamy druki, dołączam fotkę i kierują nas do poczekalni. Za chwilę dochodzi holenderska para , która podróżuje po Azji rowerami.Z niedowierzaniem słuchamy ich opowieści , upał jest taki , że nie chce się ruszyć palcem a co dopiero pedałować. Ale wiemy też , że i nas czeka spory wysiłek w najbliższych dniach. Mamy tylko nadzieję, że w górach powietrze będzie bardziej rześkie. Odprawa na granicy kończy się fotką do kamerki, jeszcze tylko pobranie odcisków palców, wbicie pieczątki i można ruszać.

Kiedy lokujemy się w naszym busie okazuje się, że milczący kierowca to Boun , właściciel firmy. Chętnie słuchamy opowieści Laotańczyków , choć mamy trudności że zrozumieniem ich wersji angielskiego . Trzeba się jeszcze trochę osłuchać i powinno być lepiej. Hotel “Pakxe” w Pakxe w którym nas zakwaterowano nie jest obiektem najwyższej klasy, ale nie przyjeżdżamy tu dla pławienia się w luksusie. Pokoje są różne, nasz jest malutki i zamiast okna ma obrazek z rolnikiem , zbierającym ryż.w1b /zdj.Wojtek/

Grupa rzuca się do pobliskiego kantora , aby wymienić walutę na kipy . Mój sposób na przeliczenie kipów na pln to odrzucenie trzech zer, podzielenie reszty przez 2 i odjęcie 20% . Brzmi skomplikowanie ? 10 000 kipów to 4 pln...

laokipaNie ma za dużo czasu na wypoczynek ,  Boun zaprasza mnie swojego biura skąd wychodzę lżejszy o niezbyt okrągłą, choć pokaźną sumkę. Niezbyt lubię te chwile płacenia z góry , niepokój , czy nie zostaniemy na lodzie będzie mi długo towarzyszył. Oglądam rowery przygotowane naszą południową eskapadę , wyglądają nieźle .

Tymczasem reszta ekipy za radą szefa odwiedziła pobliski Wat , market i pospacerowała nad rzeką , obserwując zachód słońca i piaskarzy , wożących piach z dna rzeki wypełnionymi po brzegi burt łodziami.image00040b/zdj.Wojtek/

Naprzeciwko hotelu jest salon masażu, umawiamy 10 łóżek na wieczór i w międzyczasie idziemy na kolację na dach naszego hotelu. Rozpościera się piękna panorama na miasto , ale nie cieszymy się nią zbyt długo bo burza zagania nas pod daszek knajpy. Jedzenie jest wspaniałe , dużo lepsze od tego , które znamy z północnego Laosu.

image00045b/zdj.Wojtek/

Wywiązuje się dyskusja , wywołana przez jedną z koleżanek – co zrobić z papierem w toalecie. W Azji generalnie nie używa się papieru – rury kanalizacyjne są bardzo wąskie – w każdym przybytku za to ze ściany wypuszczany jest gumowy wąż, służący do podmywania się. Dziewczyny , szczególnie Europejki mają z tym problem i korzystają z własnego papieru . Użytego papieru nie należy spuszczać w toalecie a wrzucanie go do kosza też budzi wątpliwości. Aby przeciąć dywagacje proponuję papierki odnosić do recepcji. Pomimo pewnych wątpliwości ( ” A co , jeśli recepcjonista odmówi motywując, że taki wzorek to on już ma “) uznajemy , że to dobre rozwiązanie. Gdy więc spóźniona Asia wpada i pyta , co właściwie należy zrobić z papierem chóralna odpowiedź brzmi – odnieść do recepcji ! Mina Asi bezcenna…

20181108_150807a

Stambulskie zaskoczenia

DSC00062a

Czystość
Spodziewaliśmy się raczej wschodniego bałaganu a zaskoczyła nas czystość na ulicach. Oczywiście nie jest perfekcyjnie jak w Singapurze , ale bardzo do przyjęcia. Co kilka dni polewaczki wcześnie rano zmywały ulice, co jest o tyle dziwne, ,że w mieście brakuje wody. A jeśli spłukują wodą morska to żal tych właścicieli samochodów,pozostawionych na noc na ulicach, które dostają regularnie sporą dawkę soli.
20180428_100629aNa mnie największe wrażenie zrobił system koszy na śmiecie. Na zewnątrz nie rzucają się w oczy , ale najciekawsze dzieje się wieczorem , kiedy są opróżniane. Konieczna jest ciężarówka, która wyciąga trzymetrowy kosz ( warto zobaczyć to wideo!) , którego większa część,jak góra lodowa, jest wpuszczony w ziemię.  Efekt – kosze nie śmierdzą , nie wabią much no i są bardzo pojemne, nie zajmując miejsca na chodniku. Chodzi mi też po głowie myśl ,że jest to jakiś sposób na skądinąd popularną w pewnych kręgach metodę  lokowania materiałów wybuchowych w koszach na śmieci. Podobno u nas prowadzone są eksperymenty z głębokimi koszami , gorąco popieram , precz ze śmierdzącymi kontenerami !

Koty
20180502_100714a
Stambuł jest miastem kotów, to wiadomo od dawna choćby z powieści Orhana Pamuka , ale zaskoczyła mnie dbałość o zwierzaki. Na Wschodzie kotów jest mnóstwo, ale nie widziałem , aby na trawnikach czy chodnikach stawiano bezpańskim kotom miski z wodą czy karmą. Widziałem też kilka domków, całkiem zgrabnych z full wypasem , jedzeniem i piciem obok.
Psów jest dużo mniej , jest trochę yorków na smyczach , ale wrażenie robią wielkie , wielorasowe psy śpiące na chodnikach. W ogóle nie przeszkadza im ruch uliczny i nie są agresywne. Być może są wysterylizowane, bo wszystkie mają kolczyki w uszach.

Makijaż

20180503_104156aMłode Turczynki są w większości ładne , ale wszystkie są bardzo zadbane. Perfekcyjny makijaż, podkreślone czarne oczy , stonowane usta … pewnie przed wyjściem poświęcają sporo czasu na dodanie urody. Ale efekt jest wart tego czasu.
DSC09665a

Meczety
DSC09663aZadziwia mnie ilość meczetów, są wielkie i malutkie, wiekowe i w budowie. Jest to o tyle dziwne, że społeczeństwo tureckie nie jest przesadnie religijne, Ataturk walczyło świeckość państwa bardzo skutecznie,i w meczetach czasem tylko bywało więcej niż kilku modlących się.
Widać też dbałość o zabytki .Są dobrze utrzymane i wkomponowane w tkankę miasta.W wielu miejscach są prowadzone prace renowacyjne , także z udziałem środków zagranicznych.
Obcokrajowcy
DSC09739aJest ich sporo , Stambuł to tygiel narodów , ale , paradoksalnie , nie rzuca się to w oczy. Największe społeczności to imigranci z dawnych republik radzieckich i przybysze z południowych regionów dawnej Jugosławii.Mają urodę podobną do tureckiej , są ciemnowłosi i niewysocy , łączy ich też wiara i na ulicy trudno ich zidentyfikować. Łatwiej to zrobić w dzielnicach taka jak nasza,bo zajmują się przede wszystkim handlem.
Sporo jest Rosjan , a zwłaszcza Rosjanek. To przede wszystkim na ich potrzeby Turcy szyją wymyślne suknie z mnóstwem cekinów i ozdóbek, na widok których nasze panie odwracały się z zażenowaniem.
Napoje
DSC09595aNasze odkrycie to herbata. Jacek , który twierdzi, że nie pije w domu herbaty w ogóle za jednym posiedzeniem zamawiał dwie czy trzy.Przepiękny kolor i smak, fantazyjne szklaneczki w kształcie tulipanów – to wszystko sprawiło , że wrócimy tu choćby dla niej.
Hitem był także świeżo wyciskany sok z granatów. Jest ostry, mocny, kwaśny , ale orzeźwia i pobudza.Miejscowi preferują mix z sokiem z pomarańczy , jest wtedy łagodniejszy.
20180503_110318aLatających lodów nie próbowałem , podobno trzeba je kroić nożem, ale samo przygotowanie prezentuje się spektakularnie.
Istanbul kart
DSC09632aDla mnie , mieszkańca niedużego miasta, karta była objawienie. Łatwość nabycia, łatwość doładowywania i korzystania z niej były nie do przecenienia. Pewnie np. wrocławiakom, korzystających na co dzień z Urban kart sprawa wyda się banalna,
ale przy mnogości opcji transportowych w Stambule jeden bilet na wszystkie środki jest bardzo praktyczny. W Hongkongu na tej zasadzie funkcjonuje Octopus cart, można za jej pomocą robić także drobne zakupy i pewnie stambulska wersja będzie zmierzać w tę
stronę.
Włosy
20180505_125006aA właściwie przeszczepy włosów. W Stambule jest to bardzo popularny zabieg. Turcy generalnie mają bardzo gęste , czarne włosy i o nie dbają , fryzjerzy cały dzień mają sporo roboty , więc mężczyzna , który gubi włosy czuje pewnie upokorzony utratą tego atrybutu męskości. Miejsca pobierania cebulek z tyłu głowy odznaczają się białym bandażem , zaś miejsca docelowe to czerwone kropki z przodu czaszki. Tyle obandażowanych głów widziałem ostatnio w szkole, kiedy dzieci miały wszawicę . Ania mówiła , że rozwija się turystyka „włosowa” , przeszczep kosztuje już od 1000 Euro. I tyle też zaoszczędziłem na swojej łysinie.
Erdogan
DSC09765aZa kilka dni miał się odbyć wielki festyn przedwyborczy z udziałem prezydenta Erdogana.W chwili naszego przyjazdu tylko na placu Taksim można było zobaczyć samochód opancerzony i kilku żołnierzy , potem z każdym dniem atmosfera gęstniała.
W kulminacyjnym momencie , dwa dni przed fiestą , policyjne patrole z palcami na spuście karabinów widać było wszędzie. Zasieki z napisem Polis, które na co dzień niewinnie stoją oparte o mury domów teraz rozkładały się dumnie w centrum miasta.
Wzmożono kontrolę, umundurowani i tajniacy obmacywali przechodniów , zaglądając do torebek,niektórych zapraszając na pogawędkę na boku. Przedwyborcze plakaty z prezydentem Erdoganem wisiały wszędzie . 20180505_115922aJest zrównywany z z twórcą nowożytnej Turcji – Ataturkiem , ale niewykluczone, że proporcje zdjęć na plakatach wkrótce się zmienią. Jeśli więc ktoś pyta- czy tam jest bezpiecznie ? odpowiadam – tak , przy tej ilości policjantów i żołnierzy trudno nie czuć się bezpiecznie.
Ale to idzie w kierunku dyktatury, widok jakiegoś dostojnika udającego się do cukierni na ciastko w otoczeniu pięciu bystrookich młodzieńców w garniturach i dwóch czujnych żołnierzy w pełnym uzbrojeniu, z palcem na spuście na długo zostaje w pamięci.20180429_132349a

Tydzień w Stambule 2018 # 6 Pożegnalna ryba

20180429_130748bDziś w planach mamy Kadıköy , byliśmy tam już,  ale uliczki odchodzące od Istiklal wyglądały bardzo zachęcająco. I rzeczywiście, krążymy zaułkami , jest mnóstwo przytulnych knajpek , celem naszym staje się wieża Galata.
DSC00008bTrochę błądzimy , ale wreszcie jest . Stoi na niewielkim placyku , otoczona masą chętnych do zwiedzenia. Oczywiście z tego rezygnujemy, choć podobno widok jest spektakularny. I podobno jest winda. Podobno.Wracamy pieszo przez most Galata.
Wzdłuż barierek jeden przy drugim stoją wędkarze .Niektórzy wyławiają małe srebrne sardele na własny użytek , inni na sprzedaż a jeszcze inni wynajmują wędki chętnym. DSC00023bKulimy się , aby zarzucany haczyk nie urwał nam ucha, bo wszyscy wędkarze są tak skupieni na swojej robocie , że nikt nie patrzy, czy ktoś nie przechodzi za nimi. Pod nami , na niższej kondygnacji mostu ulokowano restauracje specjalizujące się w owocach morza. Nie zamierzamy z korzystać , na rybny obiad jedziemy do Üsküdar, części azjatyckiej miasta.Wypatrzona kilka dni temu restauracja jest prawie pusta.Rozanielony kelner zaprasza nas do witryny , gdzie z dumą pokazuje swój Numer 1 na dziś – turbota. Rzuca jakąś cenę z księżyca , ale nie to jest kwestią przesądzającą . Ryba jest po prostu ohydna, na ciele ma masę brodawki , które wyglądają jak wągry. Opowiadam przy stoliku o swoich wrażeniach , rozwijając wątek twórczo ale muszę przestać , bo nic byśmy dziś już nie zjedli. Nieco rozczarowany kelner przynosi nam nasze dania. Nic specjalnego a ceny bardziej europejskie niż azjatyckie.
20180428_192726bWieczorem jeszcze seans z sziszą , lokal jak zwykle pełny, skupieni na pufaniu bywalcy delektują się dymem , kobiet jest kilka, raczej turystki niż miejscowe.
Ostatni dzień spędzamy w podgrupach – Mariola z Jackiem idą na miasto , my z Dorotą po krótkim wypadzie do bazaru Egipskiego zalegamy na dachu hotelu , łapiąc promień słońca.
Samolot nie dość , że nie podaje nic do jedzenia ( LOT) to jeszcze ma solidne spóźnienie, ledwo zdążamy na samolot do Wrocka.

Wszędzie dobrze , ale w domu….

Tydzień w Stambule 2018 # 5 Topkapi i inne cuda

20180503_104141bWieczorny relaks zrobił swoje, rano jestem gotów na nowe podboje. Po śniadaniu Ania już czeka w lobby, załatwiła nam wejściówki do Hagia Sofii i Topkapi więc podjeżdżamy kilka przystanków do centrum. Kilkusetmetrowa kolejka do kasy dziś nam niestraszna,idziemy prosto do wejścia, patrząc z wyższością na frajerów z kolejki.Hagia jest olbrzymia, choć nieco mniejsza od Błękitnego Meczetu.I ma tylko 4 minarety a Sultanahmet 6 , ale to ona właśnie została ikoną kultury. Nazywamy potocznie Hagię Sofię meczetem ,ale właściwie w 1953 Ataturk przekształcił ją w muzeum.DSC09916b Ostatnio daje się zauważyć pewne znaki , które wskazują że przywódcy Turcji chcą przywrócić świątyni dawną funkcję. Z oburzeniem przede wszystkim społeczności greckiej i rządu greckiego ( Hagia Sofia była na początku kościołem ) spotkało się zorganizowanie czytania Koranu na zakończenie ramadanu.
DSC09895bByłem już tu raz czy dwa i wygląda to tak samo – wszędzie rusztowania , pozamykane fragmenty budynku, krzątający się robotnicy.Ale warto znowu zadziwić się ogromem budowli , widok od zewnątrz nie robi takiego wrażenia.
topkapiNazwę „Topkapi” usłyszałem pierwszy raz w dzieciństwie , kiedy interesowałem się kinem a na ekrany wchodził film z Meliną Mercouri pod tą nazwą. Od tego czasu jest dla mnie symbolem tajemniczego Orientu , nazwa jest krótka i wpadająca w ucho.
Od Hagii Sofii to kilka minut drogi.Budowę pałacu rozpoczął Mehmed Zdobywca w XV w, kolejni władcy go rozbudowywali do tego stopnia , że przekształcił się w miniaturowe miasto , z własnymi meczetami , bibliotekami , stajniami, szkołami a nawet mennicą.Rzeczywiście obiekt jest olbrzymi , szkoda , że zamknięty jest Skarbiec. Chętnie bym obejrzał jeszcze raz kosztowności i ozdoby kapiące złotem i lśniące kamieniami szlachetnymi a najbardziej miniaturowe ryciny i ilustracje Baśni z 1001 nocy. topkapi2Mimo upływu kilkudziesięciu lat mam je ciągle w pamięci.Sumiennie odwiedzamy wszystkie dostępne sale , nie robią już wielkiego wrażenia bo są prawie puste, tylko w zbrojowni szczęka mi opada na widok dwumetrowego miecza , który w rękach węgierskiego herosa musiał siać spustoszenie wśród wrogów.
Nie będę opisywał wszystkich obiektów , zainteresowani mogą je znaleźć łatwo w necie lub drukowanych przewodnikach.
Wycieczka po Hagii i Topkapi zajmuje nam kilka godzin , warto coś przekąsić.
Ania prowadzi nas do lokalu po przeciwnej stronie placu. To Sultanahmet Koftecisi , restauracja z bardzo skromnym menu , obejmującym tylko kilka pozycji. Specjalizuje się w kőfte czyli małych klopsikach w różnych wariacjach.kofte1Ta wąska specjalizacja spowodowała , że doskonalone od pół wieku klopsiki są niedoścignionym wzorem dla najlepszych. Mimo , że klientów zawsze jest dużo to w kolejce nie czeka się długo.
Kiedy klient zje swoją porcję natychmiast zjawia się kelner z rachunkiem i znacząco chrząka , aby opuścić lokal i zwolnić miejsce dla następnego gościa.
Najedzeni i napici jesteśmy gotowi na realizację drugiej części dzisiejszego programu czyli spacer do Meczetu Sulejmana (Süleymaniye Camii) . Podjeżdżamy tramwajem kilka przystanków i wysiadamy opodal Uniwersytetu.
uniwersytetPo drodze zaglądamy do kolejnego meczetu ,Meczetu Bajazyda , ale doprawdy to już przesada. Nie mówię tego głośno aby nie urazić naszej przemiłej przewodniczki ale wszystkie te świątynie zlewają się jeden , niekończący się obiekt i na samą myśl o kolejnym robi mi się jeszcze bardziej gorąco. Na szczęście obok znajdują się fajne pozostałości akweduktu Walensa , bardzo dobrze zachowane , spędzamy dobrą chwilę na kontemplacji. DSC09960bW związku z permanentnym brakiem wody w Konstantynopolu sprowadzano ją akweduktami z gór , wszystkie elementy tego przedsięwzięcia – akwedukty i kanały miały długość ponad 250 km. Ale brak wody i dzisiaj dokucza miastu – pobliska toaleta jest nieczynna z powodu braku wody, jak głosi informacja na drzwiach.
Ania wpada na świetny pomysł , aby w drodze do Sulejmanyie wstąpić na bozę. To dziwny napój , ni to jogurt ni to płynny budyń , smaczny i podobno bardzo rozgrzewający w zimie. DSC09964bAle chyba nas już bardziej rozgrzać nie można , mimo popołudniowej pory jest bardzo gorąco i dodatkowa rozgrzewka nie jest odczuwalna. Sam napój cieszy zmysły ale i lokal sprawia miłe wrażenie .Vefa Bozacisi działa od połowy XIX w. i bozę robi perfekcyjnie. Nobliwi panowie za ladą ładnie komponują z wystrojem no i są jakby przedłużeniem tradycji. Restauracja produkuje bozę także już na potrzeby handlu , ale picie w tym lokalu dodaje +5 do smaku.
Kawałek pod górkę i jesteśmy u wrót Meczetu Sulejmana .Jego twórcą jest najlepszy architekt Sinan ( tak , ten sam który wybudował meczet Mihrimah ) . Widok jest przepiękny, jesteśmy w końcu na całkiem solidnym wzgórzu. Meczet jest drugim co do wielkości po Blue Mosque.
DSC09976bNie zamierzam wchodzić do środka. Zobaczyć jeden meczet to widzieć jakby wszystkie, a widzieliśmy już ich kilka. Wystarczy. Zamiast tego oglądam sobie panoramę miasta i ludzi. Dużo miejscowych , turystów prawie nie ma . Nie widać też facetów w krótkich spodniach ( to ja) , w ciągu całego pobytu spotkaliśmy raptem kilku i to bardzo młodych. W ogóle nie widać za kobiet z obnażonymi ramionami. T-shirt to największa ekstrawagancja , jaka jest dopuszczalna wśród pań.
Ze wzgórza schodzimy wprost na egipski bazar , w którym dominują przyprawy . Kolorowe kopce przyciągają wzrok, czasem można dostrzec sklepik z baklavami , kapiącymi od miodu. Wąskimi uliczkami w tłumie ludzi przeciskamy się do wyjścia.
DSC09734bJeszcze tylko pożegnalna kawa w jednej z restauracji i rozliczamy się z Anią. Bardzo jesteśmy zadowoleni z jej usług,ma wielką wiedzę, znajomość miasta , no i mówi po turecku.Zarobione pieniądze chce wydać na łąkę w Macedonii, pokazuje zdjęcia.
Rzeczywiście , wygląda pięknie , kawał ukwieconej ziemi z widokiem na jezioro Ohrydzkie. Powodzenia !
Mariola rzuca propozycję , abyśmy wybrali się wieczorem na sziszę. Propozycja zostaje zignorowana, w grupie są ludzie o większym ego od jej i sprawia im satysfakcję możliwość narzucania swojej woli.
Pojednawczo proponuję , że zajdziemy tam jutro , jako podsumowanie naszej wyprawy. Jacek chce przed odjazdem jeszcze zjeść dobry , rybny obiadek a Dorota marzy o całodziennym pławieniu się w słońcu na dachu hotelu więc musimy sobie ułożyć plan na  ostatnie dni.
Dzisiaj jeszcze , Dorota proponuje Marioli saunę w piwnicy. Relaksujemy się solo, wieczorkiem idziemy na obiad do pobliskiej , całkiem sympatycznej restauracji.restaurant

Tydzień w Stambule 2018 # 4 Zostaję bejem

DSC09980b

Ania jest osobą wszechstronnie uzdolnioną, jest etnografem i antropolożką, doktoryzuje się w Stambule i Oslo , w wolnym czasie jest przewodnikiem. Przez kilka lat pobytu w Turcji bardzo dobrze poznała Stambuł , mam nadzieję , że pokaże nam miejsca do których sami byśmy nie trafili.
I rzeczywiście – proponuje przeciwny  do już znanego nam kierunek, jedziemy tramwajem i metrem na zachód , pooglądać pozostałości starych murów obronnych i bramę Edirnekapi.
Mury miasta budowano od zawsze , ale prawdziwy system obronny stworzony został za panowania cesarza Teodozjusza II (401-450), który władcą imperium został w wieku 7 lat.
mihrimahTo na jego rozkaz zbudowano słynne Mury Teodozjusza . Rozciągają się one na długości prawie 7 km km od morza Marmara do Zatoki Złotego Rogu.Na mury wstęp jest zabroniony, ale z Anią znajdujemy ścieżkę , całkiem stromą i tylko trochę niebezpieczną i wchodzimy kilka metrów w górę. Widok na zatokę jest przepiękny, choć mgiełka nie daje o sobie zapomnieć. DSC09751bSchodzimy i przez bramę Edirne ( Edirnekapi Surlari) wracamy do starej części miasta wprost do meczetu sułtanki Mihrimah ( Mihrimah Sultan Camii ).To właściwie pierwszy , duży meczet który zwiedzamy , jest bogato ozdobiony i robi spore wrażenie . Jest zbudowany przez najsłynniejszego budowniczego epoki ( XV-XVI w) – Sinana.
DSC09753bWarto dodać , że księżniczka Mihrimah jest jedną z głównych bohaterek znanego także i u nas tureckiego serialu „Wspaniałe stulecie”.
DSC09759bWąskimi uliczkami zmierzamy w kierunku Złotego Rogu.Jest prawie całkiem pusto , jaka ulga w porównaniu z zatłoczonym śródmieściem.Domki są niewysokie , stare i urocze, prawdziwy klimat Orientu.
DSC09907bMuzeum Chora , do którego dochodzimy po kilkunastu minutach to kościół, zamieniony w XVI w. na meczet. Odbyło się to prawie bezboleśnie, chrześcijańskie mozaiki po prostu zamalowano. Teraz trwają prace nad przywróceniem pierwotnej wersji zdobień , co oczywiście nie udaje się w pełni , ale efekt jest i tak bardzo satysfakcjonujący. Mozaiki przedstawiają sceny z życia Marii i Chrystusa, w przedsionku umieszczono portrety Proroków i świętych Starego i Nowego Testamentu.
DSC09769bRuszamy dalej , błądząc wśród krętych uliczek. Czas na odpoczynek , docieramy do miłej restauracji Molla Aşki, której głównym atutem jest piękny widok z tarasu na miasto . Popijamy herbatę i sok z granatów, turecki specjał.
20180501_124230bNaszym kolejnym celem jest meczet Eyupa , bardzo zatłoczone miejsce. Jest gorąco ale tłumy wyznawców , pielgrzymujących do grobu Eyupa, towarzysza Mahometa ,chętnie ściągają w to miejsce .
DSC09838bNaszym hitem jest parada chłopców , ubranych w sułtańskie kostiumy. To ich święto , dziś zostali obrzezani i chcą się tą nowiną podzielić ze wszystkimi. W Stambule , a pewnie i w innych miastach jest mnóstwo sklepów , oferujących przepyszne,bogato zdobione stroje . Kojarzy mi się to z naszą I Komunią , kiedy to dzieci stają się młodzieńcami ( lub pannicami).
Malowidła w ChoraDookoła rozciąga się dzielnica Fener-Balat , zamieszkana przede wszystkim przez ludność pochodzenia greckiego. DSC09790bDomy , jedno- i dwupiętrowe są w większości podniszczone, ale na parterze znajdują się różne fajne zakątki – kafejki, małe księgarnie , antykwariaty. Teraz stała się modną dzielnica artystyczną i ceny nieruchomości szybują w górę, ale nadal można trafić na przyzwoitą cenę ,od 200 000 TL za kamienicę, co prawda w kiepskim stanie technicznym.
DSC09787bBardzo fajnie się tu spaceruje , ale prawie ugotowani powoli ( to ja ) i szybciej ( inni) chcemy dostać się do ostatniego punktu naszego programu. Na wzgórze Pierre Loti można dostać się kolejką linową, ale Ania spojrzawszy na długość kolejki do kolejki zarządza marsz .
Idę ostatni, więc nikt nie widzi mojego wzroku skierowanego ku niebu. Kilkanaście minut wdrapujemy się stromym skrótem przez cmentarz , krok za krokiem , powoli mam dosyć.DSC09855bAle za chwilę docieramy do normalnego , turystycznego traktu i z góry spoglądamy na panoramę miasta i Złotego Rogu. O kolejce w dół nie ma co marzyć ,ale idzie się teraz dużo łatwiej. Teraz tylko żabi skok do przystani promowej , w drodze do Kadıköy zatrzymuje kilka razy więc podróż trwa dość długo , ale mi to nie przeszkadza – lepiej dobrze jechać niż źle iść. Anią sugeruje , abyśmy zjedli lunch w fajnej restauracji na Eminönü , rezerwuje stolik dla ” Marek-bey i przyjaciele” . I tak zostałem bejem, co oznacza po prostu „panem” , ale brzmi dużo bardziej egzotycznie.
Żegnamy się z naszą przewodniczką do jutra i przechodzimy mostem Galata na drugą stronę zatoki. Restauracja Hamdi znajduje się niedaleko , wygląda bardzo zachęcająco , ale beja Marka i ekipy spodziewali się dopiero za pół godziny. Jednak bystry szef sali , po naszym zapewnieniu , że nie będziemy spożywać dłużej niż dwie godziny znalazł nam miejsce najlepsze z możliwych, w wykuszu , z widokiem na Złoty Róg i plac przed nim.Lahmacun
Ania rekomendowała nam na przystawkę lahmacun , co okazało się małą pizzą , plackiem o wielkości talerzyka. Smaczne.Innych dań proponowanych przez nią nie było , wybieramy na chybił – trafił – średnie i drogie.
DSC09863bJestem mocno zmęczony , widok szeregu żółtych taksówek nasuwa mi myśl , że możemy wrócić samochodem.Bez zastanowienia  oburzona ekipa protestuje głośno. Nie wiem z jakiego powodu, jazda taksówką nie byłaby wiele droższa od tramwaju a nieporównywalnie wygodniejsza – klima, miękkie siedzenia ,ugotowane nogi odpoczną. No cóż, poziom empatii u niektórych szoruje po dnie.
Gnieciemy się w tramwaju , Turcy patrzą nieprzyjaźnie , zajmuję trzy razy więcej miejsca w tym ścisku niż oni , do tego swojego miejsca wymaga też plecak.Wychodzę , wypychając z wagonu wszystkich po drodze,zwisają mi tureckie przekleństwa .
Nie mam zamiaru ruszać się dziś już nigdzie , spędzam wieczór leżąc na łóżku. pucybut

Tydzień w Stambule 2018 # 3 Nie ma to jak Azja

Nowy-1W dzisiejszych planach jest zmiana kontynentu. Moja Żona i ja jesteśmy fanami Azji , w przeciwieństwie do naszych przyjaciół , którzy jej się obawiają, więc może parę kroków po azjatyckiej ziemi nastroi ich bardziej pozytywnie.
Stacja metra jest zaraz obok przystanku tramwajowego, jak co dzień mijamy intrygujące miejsce. Na ulicy Ordu jest bankomat , który cały dzień otoczony jest nie budzącymi zaufania typami. Nie wiem , co tam robią , ale pewno nie są to banalne transakcje , sądząc po napięciu , które im towarzyszy. Inflacja mocno galopuje , być może ona ma związek z tymi operacjami finansowymi.
Do kolejki metra zjeżdża się bardzo głęboko,ale korzystając z ruchomych schodów nie jest to męczące. Dla fit-ludzi na schodach namalowano oznaczenia – pierwszy schodek to 1 kcal, drugi – 2 i tak dalej. Ale w górę. Mimo to motywujące.Może jak będziemy wracać na pewno z nas  ktoś sprawdzi swoją kondycję.
DSC09694bZ przesiadką lądujemy na azjatyckim brzegu, na stacji Üsküdar. Ta część Stambułu wygląda na pierwszy rzut oka bardziej prowincjonalnie niż nasze Fatih. Jest spory ruch , dookoła otaczają nas remonty nawierzchni, postanawiamy iść brzegiem Bosforu , licząc , że uda nam się zobaczyć z bliska choć kawałek wody. I rzeczywiście , nadbrzeże jest dostępne , co chętnie wykorzystują miejscowi, goszcząc się na drewnianych ławkach. Ktoś mądry wyposażył je także w materace, siedzi się naprawdę wygodnie a widok jest zajmujący.  Całe rodziny jedzą wspólnie posiłki, dzieciaki biegają i kąpią się w nie bardzo ciepłych i czystych wodach , zakochani melancholijnie wpatrują się w nie tak odległy przeciwny brzeg cieśniny.  Na wodzie jest spory ruch , cieśnina to jeden z najbardziej zatłoczonych akwenów świata, wg. Wikipedii : Bosfor (tur. Bogaziçi, gr. bosporos – przejście, przeprawa dla bydła) – cieśnina łączącą Morze Czarne z Morzem Marmara, położona między Półwyspem Bałkańskim a Azją Mniejszą, oddziela Europę od Azji. Wraz z cieśniną Dardanele (na południu) łączy Morze Egejskie z Morzem Czarnym.
DSC09690bLiczy ok. 30 km , gdybym miał rower to pewnie zdecydowałbym się popedałować  nad Morze Czarne. Ale nie mam i pozostaje spacer. Mijamy Maiden’s Tower, mikro-wysepka leży 200 metrów od naszego brzegu, po raz pierwszy została zagospodarowana przez greckiego wodza Alcybiadesa, od tego czasu wieża zmężniała i mimo burzliwych losów przetrwała do dziś. Można na nią popłynąć łódkami ( jest tam restauracja i punkt widokowy) , ale częściej mija się ją płynąc promem czy statkiem wycieczkowym. Dochodząc do przystani promowej w miejscu , zwanym Harem decydujemy się odbić na ląd. Wymaga to trochę wysiłku, bo droga prowadzi pod górkę , chciałoby się gdzieś zatrzymać , ale wokół tylko domy mieszkalne.
Pierwsza knajpka nie zyskuje aprobaty, podobnie druga i trzecia. Nie bardzo mi się podoba takie wybrzydzanie, bo chce mi się pić, jest gorąco a włóczęga między domami pochłania sporo energii.Wreszcie na placyku z rondem dookoła kusi nas miła restauracja  Zekibey Iskender. Szef o wyglądzie ambasadora zaprasza nas do stoliku, za chwilę zjawiają się kelnerzy z mnóstwem przystawek, niestety piwa nie mają.

zekib

/obr. ze strony www. restauracji/

Zamawiam Döner Kebab , mimo , że mam kiepskie doświadczenia z Polski. Ale trzeba spróbować wzorca dla porównania. Jest super – cienkie plasterki mięsa , niezbyt mocno przypieczone , do tego trochę warzyw i placki pszenne. Dorota zamawia serową pidę , coś w rodzaju cienkiej pizzy , podają ją pokrojoną w paski. W ogóle z jedzeniem moja ekipa ma problem, bo moja Żona szuka tylko dań wegetariańskich , a z tym wbrew pozorom w Turcji jest kłopot, Jacek gustuje w daniach z ryb a Mariola nie je nic poza pieczonymi kurczakami.
pideJa jestem generalnie ugodowy , ale kiedy jestem głodny to wkurza mnie to wertowanie menu w pięciu kolejnych lokalach, bo rzadko który spełnia te trzy warunki. No i żeby było czysto. I nie śmierdziało baraniną ( Dorota nie trawi tego zapachu) .
Trochę mnie dziwi tak skromny wybór potraw z zieleniny , mają przecież wielki wybór lokalnych warzyw i owoców praktycznie przez cały rok. Ale jeszcze bardziej to zawsze mnie zastanawia dlaczego ludzie w obcym kraju nie chcą porzucić , choćby na te parę dni, swoich przyzwyczajeń domowych. Ciągle tylko słyszę – tego nie lubię , tego nie jadam ,tego się boję … Wkurzają mnie wspominki , jakie to specjały przygotowują w domu i czego by właśnie teraz nie zjedli.
Dla mnie wyjazd do obcego kraju to symboliczne zatrzaśnięcie za sobą drzwi. Jesteśmy tu i teraz i nie ma to tamto.
DSC00002bPijemy świeżo wyciśnięty sok z granatów, jest kwaśny i orzeźwiający , o karminowej barwie. Jedzenie w sumie nam służy , nie mamy żadnych sensacji żołądkowych , poza Jackiem , który przesadził z ayranem , ale sprawa chyba wyjaśniła się jeszcze przed wyjściem z hotelu.
Ayran to napój mleczny , taki słony , trochę rzadszy jogurt i jak to jogurt pobudza pracę jelit , nie przerywając snu…
Po kilku krokach orientujemy się , że dochodzimy do miejsca , z którego wyszliśmy. Trafiamy na bazar i Jacek jest w swoim żywiole – ryby , wszędzie ryby dookoła… Dzisiaj już da nam spokój , ale jutro koniecznie musimy tu przyjść na obiad.
Dorota ma problem z telefonem , znajdujemy serwis , sympatyczny pan stwierdza , że jest rozładowany , prosimy o podłączenie do ładowarki , wrócimy za pół godziny. Trochę kręcimy się po okolicy, kiedy wracamy telefon nabrał już trochę wigoru, sprzedawca nie chce pieniędzy . Odwzajemniamy się dobrym słowem i uśmiechami. Ale z telefonu nie będzie pożytku, zawiesza się co jakiś czas, chyba potrzebuje zmiennika.
Mamy dylemat , czy wracać metrem czy promem , wybieramy to drugie , wypływamy za kilkanaście minut. Ale jeszcze przed wypłynięciem Jacek znika w toalecie , ayran to twardy zawodnik i nie daje łatwo za wygraną ,ale to człowiek jest zwycięzcą w tym pojedynku i chłop wkrótce wraca z rozjaśnioną twarzą. W metrze miałby poważny problem.
Zatłoczonym tramwajem dostajemy się do hotelu , Dorota namawia mnie do odwiedzenia przybytków w hotelowej piwnicy . Zaliczamy po kolei basen, saunę parową i fińską , ale z w hamamie daję za wygraną – łapie mnie skurcz przy leżeniu bez sensu na kamiennym stole.
Grzeczność grzecznością ,ale o zdrowie każdy dba tak , aby sobie nie zrobić krzywdy.
Çinili Hamam

/obr. z neta nie z naszego hotelu , ale tak mniej więcej się czułem w hamamie/

Wieczór spędzamy jak co dzień wspólnie w pokoju .Od kiedy nasi sąsiedzi przysłali nam w nocy obsługę , że niby głośno się zachowujemy to zmieniliśmy lokal.Fakt , ściany są cienkie; fakt , że można za głośno wspominaliśmy stare czasy; fakt, że mieli małe dziecko , które nie mogło spać ,ale przysyłać recepcjonistę ? Wystarczyło przecież walnąć parę razy butem w ścianę…
Opowiadamy sobie pierdoły , choć się z Mariolą i Jackiem znamy się pewnie ze dwadzieścia lat i w zasadzie wszystko już sobie dawno opowiedzieliśmy. Sprawdzam jeszcze maila , Ania pisze , że jutro będzie u nas o 9 rano , proszę o przesunięcie godziny , bo po burzliwej nocy wczesna pobudka nie spotka się ze zrozumieniem.20180504_080528b