Indonezja 2017 # 3 Tana Toradża , czyli krew na piasku ( +18)

kraj_torajow (132)bCzas na program obowiązkowy. Docieramy do Lemo , gdzie mieści się stanowisko grobów skalnych.Wykute w skałach groby są najczęstszą ilustracją , związaną z regionem Tana Toraja. DSC09033aNie będę się rozwodził nad niuansami tego rodzaju pochówków gdyż byłem bardzo zajęty poszukiwaniem toalety. Powiem więc tylko , że ścieżka z punktami widokowymi wije się wśród pól ryżowych i jest bardzo malownicza.
DSC09037bDziś głównym punktem dnia jest Ceremonia. Miejscowi na uroczystość pogrzebową mówią z dużej litery. Yohannis, który urodził się w tych okolicach, zaprosił nas na Ceremonię jednej z członkiń swojej rodziny.Pogrzeby nie są codziennością, mamy szczęście , że udaje nam się dostać na nią zaproszenie.
DSC_0352bJedziemy kilkadziesiąt kilometrów na południe, w okolice Makale. Mijamy odświętnie ubranych żałobników, sznurem jadą także busy z turystami.
Parkujemy w lesie, do wioski idziemy pieszo. Mijamy palących papierosy w cieniu kierowców , sporo osób zajętych jest przygotowywaniem wystroju , noszą ozdoby ale także, trochę dalej w lesie, opalają świnie na posiłek.
DSC_0557bDo wioski nie jest daleko, wśród chat kręcą się miejscowi,turystów zgromadzono w dwóch chatach. My mamy specjalne prawa , zaglądamy w każdy kąt.W tej chwili mistrz ceremonii wylicza z podwyższenia listę darczyńców.Trybuna robi dziwne wrażenie , bo jest ozdobiona chrześcijański symbolami, także krzyżem a przecież uroczystość z chrześcijaństwem nie ma wiele wspólnego.Nikomu taka symbioza jednak nie przeszkadza, księża podobno trochę protestują , ale ich głos nie jest specjalnie poważany.
DSC09095bCeremonia zaczyna się krótką procesją, chłopaki wnoszą świnie uwiązane za nogi na bambusowych drągach.Za nimi kroczą oficjele i rodzina, w kolejności od najbliższych i najhojniejszych darczyńców.DSC09060bZa chwilą następuje prezentacja bawołów. Jest ich 8 czy 10 , goście dopisali z prezentami. Dziś zabity zostanie tylko jeden , uroczystość potrwa kilka dni więc pozostałe mają jeszcze kilkadziesiąt godzin życia.
DSC_0402bDziewczyny podpytują, czy mogą zobaczyć nieboszczkę, wbrew ich obawom Yohanis jest z tego bardzo zadowolony. Widać , że mocno przeżywa uroczystość , w końcu to nie tylko jego rodzina , ale i tradycja, z której jest bardzo dumny.Babcia leży w pokoiku na piętrze, otoczona płaczącymi żałobnikami.Jeszcze nie umarła ( w sensie oczywiście duchowym, w sensie medycznym nie żyje już od dwóch lat).
Przez te dwa lata była ciągle członkiem rodziny , leżała w głównej części chaty, z wnętrzem spreparowanym formaliną.
Rodzina z nią rozmawiała , prosiła o radę i wsparcie,a także częstowała papierosami, wkładając zapalone do ust.
Nie bez znaczenia jest także fakt, że do Ceremonii pogrzebowej rodzina wciąż pobierała na nią rentę.
DSC_0412bNa uroczystość pogrzebową przyjeżdżają członkowie rodziny nawet z bardzo daleka, z Manado, z Dżakarty a nawet z zagranicy.
To ich wewnętrzny przymus, podsycany nadziejami na wsparcie nieboszczki w ich interesach czy życiu codziennym.
Drążymy Yohanisa, co było, gdyby , hipotetycznie , nie chciał przyjechać na tą uroczystość. Mimo naszych nalegań, aby rozważył taką sytuację nie może tego pojąć. Przyjeżdża się , i koniec.
DSC09069bNieboszczka dopiero umrze gdy pierwszy byk zostanie zabity. Wtedy żałobnicy odwrócą ją głową na wschód i odejdzie w zaświaty, prowadzona przez zwierzę.
Na razie jednak , po procesji ,niewiele się dzieje , patrzymy z lekką zgrozą na leżące na ziemi świnie .DSC09073bSą spętane bardzo szczelnie, toczą pianę, spragnione.
Wreszcie pięknie ubrana para młodych ludzi prowadzi kolejny korowód. To bohaterowie dnia – byki.Idą spokojnie prowadzone za linki, uwiązane za kółka w nosie. DSC_0505bNastępuje prezentacja na wioskowym placu, teraz już nie wszystkie są grzeczne, podobno zdarza się, że byk wyrwie się  lub niezręcznie raniony ruszy w tłum. Odsuwamy się na bezpieczną odległość, niektórzy wracają do samochodu. Tak, to widowisko dla twardzieli bez serca.
Chłopaki wyprowadzają byki, pozostaje tylko jeden. Napięcie rośnie. Jest sporo małych dzieci, przerywają zabawę kamykami, aby szeroko otwartymi oczami przyglądać się ubojowi.
DSC09166bByk nie jest szczególnie wielki.
Mistrz ceremonii przez chwilą go ustawia, po chwili jednym, szybkim ruchem podcina mu gardło.
DSC_0517bKrew sika jak fontanna , zwierzę wykonuje jeszcze kilka ruchów , pada na ziemię i zastyga.
Mistrzowskie cięcie.
Na pięterku wybucha płacz, nieboszczka odeszła na zawsze.
DSC09168bNapięcie mija , żałobnicy rozchodzą się po chatach , wg. rangi i koneksji rodzinnych.
Usiłujemy się zebrać w tym tłumie, kiedy to się udaje spotyka nas kolejny zaszczyt.
DSC09171bYohanis prowadzi nas do gospodyni uroczystości , córki nieboszczki . Wręczamy jej zwyczajowy prezent – sztangę lokalnych papierosów i zostajemy zaproszeni do chaty , gdzie biesiadują członkowie najbliższej rodziny. DSC_0532bPozdrawiają nas , uśmiechają się , robimy sobie z nimi fotki , widać , że nasza obecność nie jest im niemiła. Gospodyni częstuje kawą i herbatą, siedzimy w kucki pogryzając ciasteczka z kokosem.
Wreszcie czas się oddalić. Żegnamy się z współbiesiadnikami i gospodynią , dziękując za miło spędzony czas i życząc powodzenia , już bez wsparcia babcinej renty.DSC_0522b

/ Duża część zdjęć jest autorstwa Macieja i Anny Marii .Jestem pewien , że łatwo je zidentyfikować , są dużo lepsze od moich . Dzięki za udostępnienie ! /

 

Reklamy

Indonezja 2017 # 2 Tana Toradża , czyli bycze domy na ból głowy

kraj_torajow (59)aRano Yohanis nie wygląda najlepiej.Szczerze mówiąc – jeśli czuje się tak , jak wygląda to chyba będziemy mogli uczestniczyć  w jego ceremonii pogrzebowej.Niewyraźnym głosem zarzeka się , że to był pierwszy i ostatni kontakt z alkoholem . Współczujemy mu i dajemy praktyczne rady . Ania proponuje na przykład , aby dużo pił i dużo wymiotował, więc wypił trochę wody z butelki , ale z wymiotowaniem się nie rozwijał, może nie miał czym. Proponujemy śniadanie ,ale nie jest zainteresowany. Tabletkami przeciwbólowymi także, preferuje metody naturalne, czyli trzymanie za głowę i miarowe kołysanie w przód i w tył. Podobno pomocne jest także pojękiwanie. Daje sygnał do wyjazdu , mimo ,że ma trudności z wstaniem z krzesła.
Zdaję sobie sprawę , że nie czas na medycynę naturalną, wmuszam w niego tabletkę ibupromu.
Dziś mamy w planie spacer do punktów widokowych oraz grobowce wykute w ścianach skalnych.
kraj_torajow (67)aPo kilkudziesięciu minutach docieramy do miejscowości Butumbuang. Tam żegnamy się z busem i przyjemną ścieżką zmierzamy do restauracji na wzgórzu.Cieszy mnie , że Yohanis wygląda lepiej z każdą minutą.Poweselał i nie może się nadziwić , że medycyna poczyniła takie postępy . Przed nami rozpościerają się wspaniałe widoki na tarasy ryżowe,okoliczne góry są ramą dla zapierającego dech krajobrazu. Pogoda jest wspaniała , jesteśmy dość wysoko , więc upał nie daje się we znaki i słońce dopisuje. Idziemy przez wieś,zaglądamy do gospodarstw , wkoło czysto i porządnie choć niebogato.

DSC_0066cLudzie miło się do nas uśmiechają i nie mają nic przeciwko ,kiedy pstrykamy foty. Turystów nie ma prawie wcale , spotykamy ich dopiero w restauracji . Aby do niej dotrzeć potrzeba trochę wysiłku , podchodzenie pod górkę nie każdemu sprawia frajdę.Ale to tylko kilkadziesiąt minut , mniej czy bardziej zdyszani meldujemy się w knajpce.
20171105_132506bkraj_torajow (66)aKoktajl z tamarelli , miejscowego endemicznego owocu daje zastrzyk energii ,tym zaś, którzy mają już w sobie zapas witamin wystarcza zimne piwo. Wybieranie potraw trwa dość długo , za namową Macieja decyduję na tradycyjne danie , na bazie bambusa i jakiejś trawy.
kraj_torajow (43)aSmakuje tak,jak brzmi i wygląda , przeżuwam zieleninę jak krowa ,ale w połowie daję za wygraną. Pytam naszego przewodnika, czy pamięta ,że prosiłem go o zwiad ,czy w naszej okolicy nie będą odbywać się jakieś ceremonie pogrzebowe , ponoć bardzo ciekawe i właściwie stanowiły jeden z głównych powodów przyjazdu do Tana Toraja.
Mówi ,że oczywiście pamięta, pogrzeb będzie się odbywał jutro , ale wysoko w górach , trzeba iść kilka godzin. To nie bardzo mi się podoba, ma szukać dalej.DSC_0003b
Dookoła stoją domy o charakterystycznie wygiętych dachach.Nazywają się  tongkonany. To one są najbardziej charakterystycznym elementem krajobrazu kraju Toradżów. Dachy przypominają rogi byka, lub jak chcą niektórzy – łódź.  Domy te w całej krainie są bardzo do siebie podobne – mają podobne wymiary oraz rozkład pomieszczeń. Teraz już raczej nie służą do mieszkania,ale jako miejsce składowania ryżu. Oparte są na solidnych palach , kiedyś drewnianych ,teraz raczej betonowych. Niższa kondygnacja , do której wiodą schodki to niespecjalnie duże pomieszczenie z otworem do zsypywania wysuszonego ryżu . Wyższa kondygnacja jest dużo mniejsza , mieści się po obu wystających częściach rogów dachu.
Z zewnątrz ściany są zdobione , efekt trochę zakłócają blaszane dachy , choć trzeba przyznać ,że drewniane dachy  w tym klimacie , gdzie codzienne ulewy są normą ,choć bardziej klimatyczne , nie są tak praktyczne i trwałe.
DSC09019bW sumie to przywiązanie do tradycji jest godne szacunku , jest jasne , że proste , płaskie magazyny byłyby i tańsze i łatwiejsze  w eksploatacji. Już widok rogatych domów z samolotu przekonuje , że wkraczamy do innej rzeczywistości.

DSC_0218bkraj_torajow (31)aRyż , jak zresztą w całej Azji,jest podstawą codziennego menu.Jest biały i kleisty , rzadko spotyka się tu wynalazki w rodzaju ryżu brązowego.Do ryżu dodaje się warzywa , a ogólnie rośliny , bo na przykład z palm wykorzystuje się liście, kwiaty, owoce, pędy ,mleczko i pewnie jeszcze kilka elementów.
DSC_0255bNa wsiach stworzenie posiłku jest banalnie proste – po prostu zaraz za domem rosną bananowce, drzewa papai ,palmy kokosowe, z ziemi wyrastają ananasy, trawa cytrynowa i mnóstwo roślin przyprawowych, takich jak bazylia azjatycka czy mięta.
Skomponowanie z nich obiadu nie stanowi problemu, czasem dodaje się kurczaki czy , na wybrzeżu , owoce morza i ryby.

SANY2459b

Indonezja 2017 # 1 Tana Toradża , czyli bycza kraina

1aLot Qatarem trochę rozczarowuje.Po zetknięciu się z wielka kampanią reklamową mam chyba zbyt wysokie wymagania, ale przeloty z Berlina do Dżakarty z krótkim postojem w Doha przebiegają bez zakłóceń.W stolicy Indonezji jesteśmy przed czwartą , różnica czasu to +6 godzin.Jest nas dziewiątka, Dorota doleci za kilka dni.Załatwiamy formalności paszportowe i czekamy na autobus , który zawiezie nas na terminal 3, gdzie odbywają się loty krajowe. Mamy przed sobą 4 godziny oczekiwania na samolot do Makassar , największego miasta na Sulawesi.

Indonezja 2017
Sulawesi, dawniej zwana Celebes to wyspa o dziwnym kształcie, niektórzy porównują ją  do skorpiona.Kilka lat temu odwiedziliśmy północ wyspy, Manado i cieśninę Bunaken, teraz jedziemy na południe. Krótki lot do Makassar przebiega bez przeszkód, około 23 jesteśmy w hotelu Dalton niedaleko lotniska.Wieczorek zapoznawczy kończymy późną nocą, ale z rozsądkiem , aby zdążyć na poranny lot do Rantepao, naszego celu.
Pobudka o 6 , bez śniadania, krótka przejażdżka taksówkami na lotnisko daje nam pojęcie o braku jakichkolwiek walorów tego miejsca.
Na lotnisku mamy trochę czasu po odprawie więc zasiadamy w jednym z barów , aby zjeść śniadanie, ale chwilę po zamówieniu wpada chłopak z emblematami linii Trans Nusa i pogania nas do wyjścia. Niechętnie się zbieramy, głodni , ale pani , która przyjmowała zamówienia głośno protestuje. Trudno jej się dziwić , kucharz jest już w dość zaawansowane fazie pracy. Po krótkiej , ale namiętnej rozmowie chłopak zabiera część ekipy, ja z Kalusiem czekamy na zabranie pojemniczków z żarciem do samolotu.Przygotowanie posiłków trwa kilka minut , tak że doganiamy ekipę jeszcze przed drzwiami lotniska.Autobusem jedziemy ładny kawałek po lotnisku , nasz samolot to niezbyt młody turbośmigłowiec,mamy nadzieję jednak , że dowiezie nas szczęśliwie. kraj_torajow (37)aLot jest króciutki, tylko 50 minut , więc nie czekając na start rozpakowujemy śniadanie. Dania są różne , udaje się je rozdzielić wg. zamówień – nasi goreng , czyli smażony ryż z warzywami ,makaron mie ,rosołki z pierożkami wonton , całkiem pokaźna paleta smaków. Kontemplujemy widoki za oknem , samolocik leci nisko ,dobrze widać tarasy ryżowe, mnóstwo tarasów , bo teren jest górzysty,giną między nimi nieliczne wioski.
Dobrze ,że pod naciskiem Macieja udało mi się zdobyć bilety na ten samolot, droga , która przemierzamy w niecałą godzinę busom zabrałaby cały dzień. Drogi na Sulawesi są beznadziejne ,nawet główna szosa , z północy na południe jest wąska, kręta i zatłoczona. Mimo wielu plusów jazdy klimatyzowanym autobusem zdecydowanie oszczędność czasu przeważa na korzyść samolotu.Ciekawe , że linia ta w naszym , internetowy świecie nie istnieje, po wielu mailach , wykorzystując całą swoją wiedzę udało mi się dotrzeć bezpośrednio do centrali, skąd przysłano bilety.
Widoki za brudnymi okienkami samolotu robią wrażenie.Lecimy dosyć nisko ,między górami,chwilami czuję się jak Indiana Jones.
Lotnisko w Rantepao jest malutkie , wykorzystuje je tylko nasz linia do wykonania dwóch lotów w tygodniu , do tego tylko w sezonie.
20171104_022617aPrzy wyjściu czeka już nas nas Yohanis. Ładujemy się do busa, droga z lotniska do miasta potrwa około trzech kwadransów. Yohanisa poznałem przez jedno z międzynarodowych forów turystycznych,robił dobre wrażenie,zaproponował ciekawy program na trzy dni pobytu , czwarty dzień zaplanowałem jako dzień wolny ,spędzony przy basenie lub na  shoppingu.Od jakiegoś czasu dostawałem od niego co kilka dni maila, upewniał się ,że na pewno przyjedziemy , przypominał ,że termin przyjazdu jest już bliski a wszystko na tą chwilę jest przygotowane.
Rozglądamy się dookoła , krajobraz jest całkowicie różny od naszego , uwagę przykuwają rogate domki, ale na pytania Yohanis robi tajemnicze miny , na wyjaśnienia przyjdzie jeszcze czas.
kraj_torajow (68)aHostel Pison , w którym zamieszkamy to kilka przyklejonych do siebie, parterowych budek,główny budynek z recepcją jest z nich najporządniejszy .Szybkie rozdzielenie pokoi, wszystkim odpowiadają.Oprócz Witka, który zaaferowany walczy o zmianę. Kończy się to tym , że on i Iwona dostają inny a ja muszę się zadowolić ich apartamentem. Ma niezaprzeczalną zaletę , że jest tuż przy recepcji , ale nie ma klimatyzacji.
Zostawiamy bagaże i ruszamy odkrywać świat .
Jedziemy naszym busem do miasta. Nie sprawia najlepszego wrażenia, duży ruch, w dodatku lewostronny, śmigające, obładowane skuterki, brak chodników, upał i gęste od spalin powietrze źle wróżą ewentualnym spacerowiczom.
DSC08873aMamy szczęście , bo dziś akurat odbywa się wielki targ byków. Byki są symbolem Tana Toradża , krainy przesyconej mistycyzmem i duchami przodków. To śmierć byka ostatecznie pieczętuje pożegnanie zmarłego.Zwierząt są setki , jeśli nie tysiące. Od całkiem niedużych po wielkie egzemplarze z masywnymi rogami. I sprzedający i kupujący to fachowcy – wiedzą , że najdroższe są te o jasnej sierści , im jaśniejsza, najlepiej biała, tym byk cenniejszy . Ich ceny nierzadko oscylują wokół 200 milionów rupii indonezyjskich ,  czyli 50 tys. złotych. Jest jeszcze kilka, może kilkanaście cech wyróżniających najcenniejsze okazy , są to np. wielkość rogów czy określony układ sierści. U ludzi takie koliście ułożone włoski nazywane są gniazdkami, ale nie robią na nikim specjalnego wrażenia,  no, może oprócz właściciela , który za wszelką cenę chce je rozczesać.
bialyaMijamy boksy z bykami , część stoi nieruchomo na dużym placu , podczepione za nos do wiszących drutów.Są w większości łagodne, wielkie oczy robią przygnębiające wrażenie , ale toradżanie uważają, że ich śmierć to naturalna kolej rzeczy – ludzie się nimi całe życie opiekują , w zamian za co byki towarzyszą im po śmierci.Dlatego tak ważna jest ilość i jakość byków składanych w ofierze.
Im ich więcej tym zmarły jest po śmierci szczęśliwszy i żywi mogą liczyć na większą jego pomoc w życiu , dojściu do bogactwa czy po prostu lepszego życia.
Kiedyś targi odbywały się regularnie co 8 dni , teraz wprowadzono odgórnie regulacje , że odbywają się dwa razy w tygodniu .
Zjeżdżają na nie hodowcy czy właściciele z całej okolicy, pokonując czasem duże odległości z wiosek w górach. Nie zawsze uda się sprzedać je za pierwszym razem , drogę trwającą czasem kilka dni trzeba więc powtarzać.
DSC08913aPrzechodzimy zgarbieni pod plandekami chroniącymi zwierzęta przed upałem, uważając , aby nie wpaść w kałużę odchodów . Kałuże są często dość głębokie , co miała nieprzyjemność przetestować Justyna , stając na niewinnie wyglądający kawałek gruntu.
Uprzejmi lokalesi pospieszyli z pomocą , czerpiąc chyba trochę przyjemności z wygrzebywania guana spomiędzy palców i obmywania ich wodą z węża.
kraj_torajow (11)aPrzez targowisko z różnościami dochodzimy do naszego busa i po kilku chwilach stajemy na lunch.
Posiłek już w komplecie , dotarła do nas Kasia , która została w hotelu. Żarcie nie jest specjalnie smaczne , kuchnia indonezyjska nie jest ceniona wśród smakoszy , ale warto o tej porze zjeść cokolwiek. Jest już trzecia po południu , ruszamy na krótką wycieczkę obejrzeć groby w skale.
kraj_torajow (29)aZaraz za miastem znajduje się kompleks grobów , pochodzących jeszcze z megalitu , nazywa się Kalimbuang Bori. Na niewielkim wzniesieniu prężą się ociosane z kamienia pale ,ich wielkość oznaczała pozycję zmarłego w społeczeństwie.Wchodząc nieco wyżej docieramy do dużej , samotnej skały. Słychać stukanie młotków, to robotnicy wykuwają w skale kolejną wnękę. Tradycja w społeczeństwie Toradżan jest ciągle żywa. W skale jest już kilka wnęk , ale są zapełnione, trzeba wykonać nowe.Pod skałą, w małej chatce dwóch czy trzech robotników ostrzy dłuta lub kuje nowe.

DSC08934Wszyscy umorusani od pyłu , w wilgotnym klimacie każda drobinka przykleja się do spoconego ciała.
DSC08938Za chwile wychodzą robotnicy kujący wnękę, Yohanis twierdzi , że skała tylko z zewnątrz jest twarda, w środku kucie to podobno bułka z masłem , ale mam nieodparte wrażenie , że mając młot udarowy praca poszłaby znacznie szybciej.
Yohanis znalazł wdzięcznego słuchacza w postaci Ani więc nie ustaje w objaśnianiu niuansów lokalnych wierzeń. Gubimy się już w nich, za dużo jak na pierwszy dzień , więc z ulgą przyjmujemy uprzejmość naszej towarzyszki.
DSC08952akraj_torajow (27)aRobi się ciemno , wracamy do hotelu , zahaczając po drodze do jedynego w mieście sklepu z alkoholem. Indonezja jest krajem muzułmańskim , więc zdajemy sobie sprawę , że alkohol nie jest łatwo dostępny . Na szczęście wódka Iceland jest do dyspozycji , w całkiem zresztą przyjemnej cenie 100 000 IDR (25 zł) za 0,7 .Nie wiemy tylko , co z jakością, ale zaraz będziemy w hotelu i wszystko stanie się jasne.
Kolacja w hotelu nie rzuca na kolana , ale daje się zjeść. Po niej czas na powitalnego drinka i test nowego napitku.
Testujemy do wyczerpania zapasów , pomaga nam w tym Yohanis, mimo początkowych oporów. Twierdzi ,że nigdy nie pił wódki ,co nam wydaje się niemożliwe.
Po pierwszym drinku staje się rozmowny i opowiada o swojej rodzinie. Jest rozwodnikiem , ponoć z przyczyn religijnych – jest protestantem , a była żona –
muzułmanką.Urodził sie w wiosce kilkanaście kilometrów od Rantepao , jest rodowitym Toradżaninem, ale teraz mieszka w mieście, kilkaset metrów od hotelu. Jednak po trzech czy czterech drinkach tracimy towarzysza, chwiejnym krokiem udaje się do domu.
My kontynuujemy, ale i mnie zmaga dość szybko , na szczęście pokój mam tuż obok.

DSC08860b

/Yohanis , nasz guide/

Kostaryka ( i Panama ) w pigułce

rzekotka_frog_costarica
Kiedy jechać ?

Zasadniczo najlepszym czasem do odwiedzenia tych krajów jest okres od połowy grudnia do końca marca. Podobno ( ” podobno” to właściwe słowo, bo opieram się na opiniach tambylców ) wtedy prawie nie pada i jest fantastyczna widoczność. Szczerze mówiąc to dość krótki okres czasu a że przybywa wtedy sporo turystów, przede wszystkim z USA i Kanady, to jest tłoczno. Apogeum następuje w czasie Świąt, no ale nie przypuszczam , aby ktoś z moich rodaków miał chęć ruszyć do Ameryki Łacińskiej właśnie w tym czasie. Pozostała część roku wygląda dość podobnie – pada albo leje , ale jest ciepło. Tak jak pisałem pogoda jest nieprzewidywalna, przy czym dotyczy to raczej Kostaryki niż Panamy. Z naszych doświadczeń wynika , że należy raczej unikać jesiennych wojaży , a jest to związane z niebezpieczeństwem huraganów. Co prawda teoretycznie powinny zanikać już w październiku , ale światowy klimat się zmienia na naszych oczach i wszystkie prognozy pogody należy traktować jako luźne rekomendacje . I jeszcze jedna uwaga – ponieważ oba kraje są przedzielone górami na część zachodnią ( Pacyfik) i wschodnią (Karaiby) to po obu stronach pogoda jest z reguły inna. Co nie znaczy , że ładna…

costa-rica-fiz

Czym się poruszać ?

W zasadzie większość  turystów porusza się wynajętymi samochodami , ceny już od 1 USD /dzień .Jest to szczególnie opłacalne , kiedy w planach jest rozpoczęcie i zakończenie podróży w jednym miejscu. Jeśli początek i koniec są w różnych miejscach to cena wynajęcia sporo wzrasta. Tak jak pisałem komunikacja publiczna nie jest szczególnie mocno rozwinięta , choć trzeba przyznać , że ceny przejazdów są bardzo przystępne.Traci się jednak mnóstwo czasu w oczekiwaniu na autobus ,same przejazdy nie są długie , bo i odległości jak na nasze standardy są niewielkie. Szkoda , że nie ma kolei, byłoby świetnie móc przejechać koleją od USA po Kolumbię . Kiedyś podobno taka kolej działała , dziś nie ma po niej śladu.
Jeśli ktoś chciałby poruszać się między większymi miastami to szybko , choć niezbyt tanio , może skorzystać z komunikacji lotniczej.Kraj oplata siatka połączeń lotniczych ,ale jedynym hubem jest San Jose, nie ma lotów bezpośrednich między miastami.

papugi_parrots_costarica
Gdzie mieszkać ?

W Panamie ( zwłaszcza w Panama City) hoteli na każdą kieszeń jest mnóstwo , ceny ,nawet tych najwyższej klasy  nie rzucają na ziemię . W Kostaryce hoteli jest sporo , przy czym należy mieć na uwadze, że niektóre miejsca , trudniej dostępne czy też mniej turystyczne korzystają z renty pierwszeństwa i koszty pobytu tam są dużo wyższe od tych w miejscach popularnych.Ale co tu dużo gadać – ceny hoteli czy hosteli są wysokie, szczególnie rażą przy porównaniu z azjatyckimi.Co jeść ? Casado króluje.Popularne jest też  Gallo Pinto czyli ryż z czerwoną fasolą , do tego kilka warzywek lub kawałek mięsa. Ubogo i niezbyt tanio , jak na takie skromne danie. Czasem w „sodzie” można spotkać placki z plantanów czy pastę ( makaron) , na wybrzeżu zaś dostaniemy też świeżutkie owoce morza, warte swoich pieniędzy. Generalnie raj dla wegetarian.
W większych miastach czy centrach turystycznych łatwo trafić do pizzerii, barów z hamburgerami a przede wszystkim na jadłodajnie z daniami z kurczaków.

casado-620x465

Co zobaczyć ?

Stolica Kostaryki , San Jose, nie jest zbyt interesującym miastem , ale  warto pospacerować po nim choćby pół dnia. Ponieważ Kostaryka to stosunkowo nieduży kraj mamy szansę zapoznać się z większością interesujących miejsc. Ale mieć szansę to nie znaczy ją wykorzystać.Na poglądowej mapce można zobaczyć , jakimi atrakcjami dysponuje ten mały kraik – na płd.wschodzie , przy granicy z Panamą możemy odwiedzić ciche Puerto Viejo . Piękne karaibskie plaże, mało turystów i fantastyczna kuchnia z owocami morza.
Na północ Tortuguero , warte odwiedzenia ze względu na żółwie i dziki krajobraz lasów namorzynowych. Wbijając w ląd , jadąc wzdłuż północnej granicy z Nikaraguą , mamy szansę na odwiedzenie stosunkowo mało znanego Parku Narodowego Cano Negro.
Zjeżdżając na południe natykamy się na majestatyczny wulkan Arenal. Z La Fortuna , leżącej u jego podnóża miejscowości prowadzą szlaki na szczyt a także do szeregu atrakcji dookoła – wodospadu czy canopy.
costa-rica-arenalJeszcze dalej na południe, przeprawiając się przez sztuczne jezioro Arenal dostajemy się do Monteverde , leżącej w górach stacji turystycznej. Wiele aktywności stoi przed nami otworem – wędrówki po dżungli, zjazdy na tyrolkach, nocne spacery po lesie.Jadąc dalej na południe , kilkanaście kilometrów dalej natykamy się na raj dla sportowców ekstremalnych. To spływy  whitewater na rwącej rzece Pacuare .
Ale nie ma sensu jechać jeszcze dalej na południe ,  warto skręcić na zachód,  do wybrzeża Pacyfiku. Najbardziej wysunięta miejscowość Tamarindo to mekka dla surferów. Okoliczne plaże zachęcają do relaksu choć olbrzymie fale skutecznie go utrudniają. To miejsce dla aktywnych.Jadąc na południe wzdłuż wybrzeża Pacyfiku możemy się zatrzymać w jednym z wielu Parków Narodowych i zapoznać się z bogatą florą i fauną. Najbardziej znany ( ale i jeden z najmniejszych ) to  Manuel Antonio , słynny także z szerokich i bezludnych plaż.
Zbliżając się do granicy z Panamą na południu możemy odbić na prawie bezludny półwysep Osa i zająć się wydobyciem złota w nieczynnych kopalniach.
Jak wynika z tego szkicu Kostaryka to fascynujące miejsce dla ludzi aktywnych  i ciekawych świata , kraj ludzi pogodnych i życzliwych.

Costa-Rica-photo-mapaJechać ?

Moim zdaniem – niekoniecznie.Brakowało mi trochę spontanu , takiego naturalnego bałaganu , jak to jest w Azji. Wyjście z hotelu w Hanoi czy Bangkoku to zawsze jest wielka niewiadoma, nagle ogłusza nas upał i hałas, tysiące ludzi przemyka przed nosem , każdy zajęty swoim biznesem. W Kostaryce tego nie ma. Ludzie są grzeczni , mili ale i przewidywalni. Tu nie czeka na ciebie przygoda , jakaś niespodzianka, której wspomnienie umili ci pobyt w Domu Starców. Żeby choć było trochę straganów czy wózków z żarciem na ulicach…nie mówiąc o barach z bezpruderyjną obsługą.
No i poważną wadą podróży po Kostaryce i Panamie są ceny. W porównaniu z Azją jest drogo , człowiek się czuje jak nad polskim morzem , gdzie płaci się jak za mokre zboże bez zmrużenia okiem , wiadomo – wakacje, można poszaleć , ale kiedy wakacyjny amok minie zaczynamy się drapać po głowie.
Oczywiście, to , że w kraju nieco większym od Wielkopolski spędziliśmy nieco ponad dwa tygodnie nie nudząc się , a atrakcji pominęliśmy chyba kilka razy więcej ,świadczy o potencjale tego miejsca.
Najlepiej sprawdzić samemu !

Costa-Rica-Tourist-Attractions-Map

Trochę przydatnych linków :
1.Kopalnia ciekawych informacji ( eng)
2.Trochę cen
3.Sporo możliwości
4.Wakacje z przewodnikiem (pol)
5.Hotel prowadzony przez Polaków
6.Bungalow prowadzony przez Polaka
7.Kostaryka.org (pol)
8.Czego raczej nie robić w Kostaryce (pol)

drogowskaz_costa_rica

Panama 2016 # 3 Panama City , czyli Otto wpuszcza w kanał

panama-girlsW programie obowiązkowym pozostał nam jeszcze Kanał . Przebiega na przedmieściach miasta, dostęp jest łatwy, ale tylko teoretycznie, bo , jak wspominałem, komunikacja publiczna dopiero raczkuje.Umawiamy więc taxi w hotelu, dogadujemy cenę za obwiezienie nas po starej, najstarszej części miasta , wzgórze Ancon, Amador Causeway i oczywiście śluzy Miraflores. Zajmie nam to 4- 5 godzin.

panama-viejoRuch na ulicach jest dużo bardziej gęsty niż w niedzielę, posuwamy się żółwim krokiem. Jedziemy w przeciwną stronę , niż wczoraj.Panama Viejo mieści się we wschodniej części miasta , w dzielnicy Puente del Rey.Nie bardzo nam się chce wysiadać z samochodu, pada nieprzyjemny deszczyk. Zwiastuje nadejście huraganu Otto, przemieszczającego się z Morza Karaibskiego.Ale kierowca oferuje parasol,wysiadamy. Na parkingu stoi tylko nasz samochód, nie ma zwiedzających. Za bramą widzimy szczątki murów, nie wygląda to zbyt zachęcająco, tym bardziej , że pani w kasie już rozgrzewa palce, aby przeliczyć te kilkadziesiąt dolców za wstęp.

screwdriver-panama-cityKierowca nie jest zdziwiony, jedziemy dalej. To już nasze tereny, wjeżdżamy na Stare, znane nam już , Miasto. Krążymy uliczkami, wczoraj trochę błądziliśmy ale dziś wszystko jest już znajome, także dzięki naszemu przewodnikowi.Ze Starego Miasta jedziemy na wzgórze Ancon. To enklawa w środku miasta , nazywa się  Reserva Cerro Ancon , zielone wzgórze , zarośnięte tropikalnymi roślinami, zupełnie jak w Kostaryce.Wbijamy mozolnie wąską uliczką na szczyt, niestety, na przeszkodzie staje brama. Zawracamy.W sumie na  szczęście bo musielibyśmy wysiadać z samochodu, a leje całkiem pokaźnie.

causeway-panamaKolejnym celem okazuje się grobla Amador Causeway. Wreszcie coś ciekawego, to sześciokilometrowa arteria na południowym krańcu Kanału.Mijamy Muzeum Przyrodnicze o nieco odjechanej architekturze, potem wąską groblą suniemy do jej zwieńczenia, składającego się z trzech połączonych ze sobą wysp – Naos,Perico i Flamenco.

biomuseo-panama-cityNa tej ostatniej  zatrzymujemy się , we mgle widać niezbyt wyraźne kontury kilku statków, z drugiej strony wyspy zaś zamglone miasto.Ale jakimś cudem mgła odpuszcza , deszczyk przestaje padać, jest szansa, że za chwilę zobaczymy słońce. Taka niespodzianka  . Do tego jeszcze trafiamy na sklep Duty Free, dobrze się stało, bo nigdzie nie możemy dostać lokalnej kawy , na której nam zależy.

panama-chanelPora na najważniejszy punkt programu – punkt widokowy na śluzie Miraflores.Tu już czeka sporo ludzi , transport statków odbywa się według rozkładu jazdy, mamy szczęście kolejny będzie za chwilę. Wjeżdżamy windą na III poziom, widoczność średnia , ale cała infrastruktura budzi podziw. Przygotowany do wpłynięcia jest tylko jeden jacht motorowy, całkiem spory , ale gdzie mu tam do kontenerowców , stojących na redzie.

panama-chanel1 Mamy pecha, bo huragan Otto zatrzymał ruch statków , ale i szczęście ,bo jeden odważny się znalazł i możemy obserwować pracę śluzy na żywo.

panama-chanel3

panama-chanel2panama-chanel4Wracając do hotelu widzimy kilometry kontenerów, czekających na transport, to wielki, wielki logistyczny biznes.Ulice są całkowicie zapchane , jeden wielki korek. Kierowca dokonuje cudów, przeskakując z jednego pasa na drugi , wpychając się na czerwonym świetle  po przeciwnym pasie , ale niewiele to daje. Po godzinie jesteśmy w pokoju. Czas na relaks , moja Fit-Żona  wykryła małą siłownię na 14 piętrze, jest niewiele sprzętów , ale dobrej jakości.fit-on-the-roof Trochę ćwiczymy, moja Żona ambitnie, ja pozoruję, wolę popatrzeć na wieczorne miasto .

night-view-from-zen-hotel-panamaJutro zmieniamy hotel, jest niedaleko, zarezerwowaliśmy go wcześniej, jeszcze przed zmianą planów.Wybrała go Dorota , ciekawe, czy miała szczęście , bo opisy, jak wiadomo , nie zawsze odzwierciedlają stan faktyczny. Ale tym razem się udało, hotel Best Western  Zen jest piękny, pokoje wielkie , z wielkimi oknami na miasto, no i siłownią i basenem na ostatnim piętrze. To lubię – trudno na początku, słodko na końcu.

zen-hotel-panorama-panamaPogoda sprzyja łapaniu ostatnich promieni, leniuchujemy na dachu.

Podróż do domu krótka , z godzinną przesiadką w Amsterdamie.Po 15 godzinach jesteśmy w domu. Home, sweet home !

szopka-po-panamsku

Szopka po panamsku

Panama 2016 # 2 Panama City , czyli pokerek na targu rybnym

panama-huts

Kapelusze panama

Do kawiarenki wchodzi się zwykłymi drzwiami , knajpka jest bardzo wąska , ale długa. Za lokalem , w ogródku zajmujemy miejsce. Jest bardzo ciepło , ale nie narzekamy, bo nie pada.Zamawiamy jakieś śniadanie typu jogurt z owocami , kawę przynoszą od razu , ale na pozostałe zamówienie czekamy bardzo długo. To oczekiwanie jest bardzo wkurzające, w KFC czekaliśmy na najprostsze bułki ponad godzinę .

cafeA lokal był wtedy prawie pusty,nie wyobrażam sobie co się dzieje w porze lunchu. Teraz czekanie nam nie przeszkadza, przeszliśmy kawał drogi i chętnie posiedzimy , obgadując innych gości. Większość z nich zamiast do stolika kieruje się najpierw do regału z grami. Gry są różne – szachy, warcaby , domino, mahjong , sporo planszówek. Wyboru dokonują prawie  bez wahania i od razu przystępują do gry.Dorota proponuje , abyśmy też znaleźli sobie jakąś grę , na przykład karcianą ,która by nam umilała wieczory. Mnie karty kojarzą się od razu ze studenckim pokerkiem, którego zwyczajowy finał nie jest osiągalny dla  faceta w moim wieku.
Problem jest także w tym , przewiduję moje wygrane w 99% partii w cokolwiek , więc łatwo przewidzieć smutek i zniechęcenie mojej Żony. Jeszcze gorszą sytuacją  byłyby jej seryjne wygrane. Nie lubię wszelkiego współzawodnictwa – kiedy przeciwnik przegrywa jest mi go żal , kiedy ja – to jestem wkurzony.
panama1Teraz , przekąsiwszy co nieco możemy wyjść na spacer po Starym Mieście. Nie jest duże, to może 500 m x 500 m., kilkanaście ulic , cztery place a właściwie placyki. Sporo kościołów wtłoczonych w gęstą zabudowę. Do kilku zaglądamy , najciekawszy to kościół Św. Jana (Iglesia San Jose ) z efektownym Złotym Ołtarzem.
zlotyW pięknie odnowionych budynkach mieści się też cała władza Panamy – pałac prezydenta i ministerstwa a także Narodowy Instytut Kultury i Teatr Narodowy.panama3Budynki rządowe są chronione przez żołnierzy ,dodatkowo kilka ulic jest całkiem zamkniętych taśmami, przemykają jakieś czarne limuzyny, mimo , że to niedziela.taniec2 Na placykach odbywają się występy dzieciaków w kolorowych strojach ludowych , kilka kramów rozłożyli Indianie Kuna z pamiątkami . Prawdę mówiąc to z ich powodu jesteśmy w Panamie. Kiedy planowałem tę podróż to finałem miało być odwiedzenie ich terytorium obejmujące teren po karaibskiej stronie, wyspy i wysepki, także trochę lądu stałego. Na fotkach wyglądało to bajkowo, ale poniewczasie się okazało , że koszty dotarcia tam przerastają nasz budżet ,te kilka dni kosztowałyby nas ponad 1000 USD. Dodatkowo w rejonie Dominikany i Jamajki szaleje właśnie huragan , który dociera do karaibskich wybrzeży Panamy , Kostaryki i Nikaragui z gwałtownymi ulewami i wichurami.

hurricane-ottoDeszczu mamy na tą chwilę dosyć, doceniamy słoneczne chwile.
panama2Nad Pałacem Prezydenta gromadzą się czarne chmury , na szczęście nie te w przenośni a rzeczywiste. Decydujemy się na odwrót. Nie bardzo nam się on udaje, do hotelu jest kilka kilometrów, chowamy się przed deszczem w dużej hali targowej – Mercado de Mariscos. To targ rybny , poza świeżymi owocami morza i rybami można na miejscu coś przekąsić, ale właśnie dosięgnęła nas ulewa, która bijąc o blaszany dach powoduje niesamowity hałas. Do tego intensywny zapach , śliska podłoga i nawoływania handlarzy…zbiera nam się na mdłości, uciekamy jak najszybciej do wyjścia.

mercado-de-mariscos-panama-city

/obr.z neta/

Za kilkanaście minut ulewa trochę cichnie, wychodzimy aby upolować taksówkę. Udaje się to bardzo szybko, w środku już siedzi starsza pani i kierowca uprzejmie pyta , czy może najpierw ją obsłużyć. Nie robimy problemów ,cenę ustaliliśmy przy wejściu do taksówki,mamy czas więc może nas wozić dookoła miasta tak długo jak zechce. Jedziemy znajomymi ulicami i jesteśmy mocno zdziwieni , że odeszliśmy tak daleko. Ruch jest duży , ale jazda w miarę płynna , za niecałą godzinkę jesteśmy w hotelu. Miło wrócić do fajnego pokoju a nie do jakiejś wilgotnej nory.

hard-rock
Na kolację ruszamy w drugą stronę , ulice nie są jakoś bardzo jasno oznaczone, do tego mży więc po kilkunastu minutach tracimy orientację , zaszliśmy na ciemne zadupie.
Chyba będziemy musieli wrócić z powrotem , ale za zakrętem pojawia się trochę świateł , lokali i ludzi. Zasiadamy w jednej z nich, przy okazji zamówienia pytamy miłą kelnerkę o nasz hotel. Pokazuje zupełnie inny kierunek , niż przypuszczaliśmy, na szczęście mamy wizytówkę hotelu. Okazuje się  , że Hiltonów jest kilka a nasz – Garden Inn -widać, gdy się trochę wychylimy za poręcz tarasu.
Jedzenie całkiem przyjemne, choć , damn, nietanie.Po drodze do hotelu wstępujemy do naszego Chińczyka. Do żelaznego zestawu – orzeszki, ciasteczka, rum dorzucamy gąbkopodobne bułki, owoce i jogurt na śniadanie. Pani Chińczykowa za kasą nie bardzo radzi sobie z podliczeniem , szef musi osobiście zbilansować zakup. Tacy klienci nie zdarzają się co dzień.

hotel-hilton-garden-inn-panama

Panama 2016 # 1 Panama City , czyli balboa tu , balboa tam

panama-city4W cenę hotelu nie wliczono śniadań ,przegryzamy więc pozostałościami po wczorajszym wieczorze (orzeszki + ciasteczka , bez rumu ). Zdążyliśmy wczoraj jeszcze zrobić zakupy w pobliskim sklepiku u Chińczyka ( Azjaci opanowali cały handel spożywczy), co dało szansę na dzisiejsze dłuższe lenistwo poranne.
Jest niedziela,świeci słońce, rzadkie chmurki nie zwiastują opadów.
hotel-garden-inn-panamaPrzed wyjazdem chodziły mi po głowie plany zwiedzenia Panamy ( państwa) , ale na szczęście nie przerodziły się w konkretne rezerwacje.Dostaliśmy trochę w kość ostatnimi dniami i pozostałe do wyjazdu  kilka dni przeznaczamy na relaks.Dziś chcemy się przejść do Starego Miasta  ( Casco Viejo).
To takie pół-stare a pół – nowe miasto. To całkiem stare, które było w pierwszym miastem hiszpańskim w Ameryce, leży trochę dalej,zostało zburzone przez piratów pod dowództwem kapitana Morgana i odbudowane w innym miejscu.
panama-walkBoy hotelowy pokazuje orientacyjny kierunek , w którym mamy zmierzać.Chodzenie w Panamie  (będę używał skrótu PC dla określenia Panamy jako miasta) grozi poważnymi konsekwencjami.Chodniki są niemiłosiernie powyginane we wszystkie strony, otwarte studzienki są normą a częste podjazdy pod hotele czy biurowce przypominają stok narciarski. Za każdym razem , kiedy je przekraczamy  przelatuje mi przez głowę absurdalna myśl,że  musi być bardzo ciężko poruszać się tu w zimie, kiedy napada śnieg lub drogowców zaskoczy gołoledź….
Jest niedziela, więc ruch uliczny nie jest bardzo uciążliwy. W PC transport publiczny jest ograniczony do absolutnego minimum – jest jedna linia metra i kilka linii autobusowych. Jest tani  ale powszechne jest korzystanie z taksówek. Raz po raz zatrzymują się przy nas żółte samochody, często z już z pasażerami. Konieczne jest uzgadnianie kwoty przed rozpoczęciem jazdy, bo taksówki nie mają taksometrów. Z tego też powodu dobrze mieć jakieś rozeznanie w topografii miasta , aby się zorientować , czy 5 USD za kurs to dużo czy mało.
Zresztą – to i tak zależy od zasobności waszych kieszeni . No i pogody …
costa-rican-girlPC to miasto 700 tysięczne, ale robi wrażenie wielkiej metropolii, zwłaszcza patrząc ze Starego Miasta (9) na las wieżowców w okolicach Punta Paitilla (3)
iglesia-del-carmen-panamaPo kilkuset metrach spaceru mijamy Iglesia del Carmen ( czyli Kościół Matki Bożej z Góry Karmel (lub Carmen), kościół katolicki zakonu Karmelitów. Podobno ładny, ale nie wchodzimy do środka. Zresztą w Panamie zabytków jest tak mało , że każdy oldskulowy budynek jest opiewany w przewodnikach jako zabytek klasy światowej.Schodzimy w dół , do zatoki Panamskiej.
Wzdłuż brzegu ciągnie się Avenida  Balboa.Vasco Núñez de Balboa, założyciel PC to fascynująca postać , warto rzucić choćby okiem na notkę w Wikipedii.
Ach , gdzie te czasy piratów z Karaibów… Jego nazwiskiem nazwano gmachy publiczne, ulice, klub jachtowy  a nawet walutę. Oficjalną walutą Panamy jest balboa, odpowiednik 1:1 dolara amerykańskiego, ale banknotów balboa nie ma w obiegu, używa się dolarów USA. Monety są, owszem, drobne to centavos, ale nie mam pojęcia, jakie mają nominały. Płacenie nimi polega na wyrzuceniu całej zawartości kieszeni na ladę z gestem „bierz , co chcesz”.
panama-coinsRównolegle do ulicy Balboa ciągnie się  Cinta Costera, deptak zamknięty dla samochodów za to otwarta dla wszystkich aktywnych .Panuje ruch jak w ulu , starsi i młodsi jeżdżą na rowerach, rolkach,chodzą z kijkami , spacerują samotnie lub w grupach.

panama-city2Sympatyczna bryza znad zatoki orzeźwia ciało bo po raz pierwszy w czasie naszej tegorocznej podróży jest naprawdę gorąco. Mijamy grupę boisk , dzieciaki grają w piłkę, gdzie indziej znów jednakowo ubrani skauci mają swój piknik, stoi kilka wypożyczalni sprzętu , gdyby ktoś zapragnął zrelaksować się na rolkach lub rowerze.
fitMam taką teorię, niepopartą niestety żadnymi badaniami, że dzieciaki uprawiają masowo jakąś formę aktywności w krajach mniej rozwiniętych , zaś dorośli w krajach bogatych.
Skąd taka teza?  Bogate dzieciaki wolą siedzieć przy kompie czy komórce, a biedni rodzice muszą ciężko , fizycznie zarabiać na chleb i nie mają siły na aktywność.
Co wy na to ?
panama-city3W każdym razie jesteśmy zbudowani aktywnością Panamczyków , raz po raz kusi nas, aby ich uwiecznić, podobnie jak panoramę drapaczy chmur po przeciwnej stronie zatoki.
Trochę już jesteśmy zmęczeni, kiedy docieramy do Starego Miasta. Jeszcze tylko trochę wspinaczki po schodach i możemy szukać jakiegoś cichego kącika, chętnie spróbujemy lokalnej kawy czy zjemy wreszcie bardzo późne śniadanie.

fit1

Kostaryka 2016 # 16 Do Panamy , czyli nie bój się taksówkarza

20161118_084838Ulewa dzwoni o dach , zaczyna śmierdzieć z kanalizacji. Obydwoje budzimy się około czwartej, za oknem słychać , jak woda chlupocze, wygląda na to , że zaraz z tą naszą budką spłyniemy do morza.
I tak długa noc wreszcie mija, kiedy koło piątej robi się jaśniej wychodzę przed domek. Wody jest sporo , ale chyba większość od razu jakoś spływa do morza , bo mimo kilkudniowej ulewy koło nas płyną tylko mniejsze i większe potoczki a nie tworzą się rozlewiska.Kiedy  wracam Dorota już wstała, deszcz grzmi o dach jeszcze bardziej wkurzająco. Usiłuję sobie przypomnieć , jak to jest mieszkać w cichym , suchym, czystym miejscu  ale zebranie tych trzech czynników do kupy nawet w wyobraźni jest teraz niemożliwe. W nocy każde z osobna przemyślało sobie sytuację , wygląda na to , że dochodzimy do podobnych wniosków – trzeba spieprzać stąd jak najszybciej.
Jest siódma , przestało lać a na mżawką nie zwracamy uwagi. Wychodzimy na lotnisko.Już kilka kroków za domem brodzimy w wodzie, nie jest to nieprzyjemne ale wolelibyśmy chodzić po gorącym piasku. Im bliżej lotniska tym wody więcej.Część pasów jest pod wodą , obsługa lotniska wozi pasażerów właśnie odlatującego samolotu na wózkach do przewożenia bagażu.Czekamy cierpliwie na przedstawicieli linii, aby wykupić pierwszy lot gdziekolwiek ( choć samoloty latają tylko do San Jose ).
Kiedy wreszcie obsługa uporała się z odlatującymi i wróciła do biura pierwszy zaatakował ich niespotykanie spokojny Amerykanin, który chciałby się dostać na samolot dzisiaj , choć miał rezerwację na jutro.Niestety , ktoś jego zgłoszenie ( sprzed kilku dni) zaniedbał i o zmianie nikt nie słyszał. Kilkudziesięciominutowa rozmowa wyglądała jak ta z „Misia” –     ” Nie ma pana na liście  i co pan nam zrobisz ?! „. Cywilizacja amerykańska schodzi na psy, gość zamiast wyjąć colta i zastrzelić gogusia z linii lotniczych pokornie powtarzał formułkę -„Na pewno sprawę da się rozwiązać „. Biadolący Amerykanin … nie do takiego widoku Hollywood nas przyzwyczaił.

clint-eastwood-cowboy-wallpaper-wallpaper-3aKiedy udało mi się wbić z moim pytankiem o dwa wolne miejsca Kostarykańczyk poskramia mnie szybko , formułką , którą także dobrze znam – „Miejsc nie ma i nie wiadomo kiedy będą”. O ósmej przychodzi przedstawiciel Sansa Air, drugiego z przewoźników, ale zanim zadałem pytanie rzuca : „Wszystkie loty dzisiaj są odwołane”.
Obrażeni na rzeczywistość chcemy  z Żoną godnie się oddalić , ale znowu zaczęło lać i w poczekalni spędzamy prawie godzinę.
Wreszcie uznajemy, że opady są do przyjęcia i wracamy do hostelu. Zaczajam się na naszego menedżera, przychodzi za pół godziny.

rainy-day-in-puerto-jimenez

mglisty odpływ

Proszę o zorganizowanie transportu na przystań, celem wzięcia udziału w desancie na ląd stały.Pan sprawdził, prom odpływa o 11:30. , taxi będzie o 11, teraz jest 9:30, mamy sporo czasu na przemyślenia.
Zbieramy się powoli, wszystkie ciuchy są wilgotne a większość także brudne. Tworzy to specyficzny mikroklimat, który usiłujemy czarować, zamykając walizkę i nie patrząc w jej stronę.
O 11 taxi wciąż nie ma, piętnaście minut później przyjeżdża , ładujemy się do toyoty, koło lotniska woda sięga już drzwi terenówki.Udaje się przejechać, na przystani stoi już łódka.

cementery-yesterday

cmentarz wczoraj

img_0476

cmentarz dziś

Mimo obaw, że do ucieczki z tonącej wyspy będzie więcej chętnych jesteśmy w łódce tylko my i jakaś hiszpańskojęzyczna parka.
Za 6000 colonów i 40 minut jesteśmy na stałym lądzie.Spory ciężar spadł nam z serca , ale dziś chcemy uciec jak najdalej, najchętniej aż do Panamy.

rainy-day-in-puerto-jimenez4
Na razie jesteśmy wraz z młodymi na przystanku , czekając na cokolwiek, co zawiezie nas do granicy. To tylko 50 kilometrów, ale najpierw musimy się dostać do Rio Claro, które leży przy głównej drodze do Panamy. Młodzi się dowiedzieli , że autobus będzie za półtora godziny, mamy trochę czasu aby uzupełnić płyny czy wręcz przeciwnie. Raz po raz zatrzymują się tzw. collectivos, czyli taksówki zbierające chętnych po drodze i wyrzucających ich gdzie sobie życzą. Niestety , nasi nowi kompani nie są skłonni wydać kilkunastu dolarów na taki przejazd i wolą czekać na tańszą opcję , za 2 000 colonów .Ja tracę cierpliwość  kiedy pojawia się kolejny koleś , który wychyliwszy się z okna proponuje podwózkę. Po krótkich negocjacjach zgadzam się skorzystać z jego oferty.W busie siedzą jeszcze dwie niewiasty, które najpierw zawozimy na drugą stroną Golfito. Jest tam strefa wolnocłowa,którą władze otworzyły, aby zintensyfikować rozwój biznesu na południu kraju.

golfito-duty-free2

/obr. z neta/

To miejsce przypomina centrum chińskie pod Warszawą ,a ceny ( zwłaszcza elektroniki )   są ( podobno) kilkadziesiąt procent niższe od rynkowych.

golfito-duty-free

/obr.z neta/

Wysadzamy niewiasty i już pełną parą jedziemy do granicy.Widoki po drodze nie są za ciekawe – pełno zalanych terenów, nawet domy i mosty. Po drodze mijamy autobus z naszymi byłymi towarzyszami i to my jesteśmy na granicy za godzinkę , a nie oni.
Zgodnie z umową oddaję kierowcy wszystkie pieniądze , jakie mam , czyli te , które pozostały po śniadaniu mojej Żony.Gruby wozak jest usatysfakcjonowany, za chwilę kiwa nam ręką jadąc z powrotem busem pełnym nowych pasażerów.

newcolones

piękne kostarykańskie banknoty

Widok dookoła przypomina barwne czasy komuny i wielokilometrowe kolejki TIRów do granicy , mnóstwo mętnych typów , kręcących się między celnikami i biedaków, których z jakiś przyczyn pogranicznicy nie chcą przepuścić.
Idziemy do kontenera , który wskazał nam kierowca, tu się płaci 7 USD jako opłatę za wyjazd z Kostaryki. Pani przyjęła kasę i wskazuje nam budynek po drugiej stronie drogi. Idziemy po jakiś błotnistych wertepach , są cztery kasy , w tym dwie czynne.
W kolejkach nie ma prawie oczekujących , stajemy w jednej z nich ale jakiś koleś kieruje nas do drugiej, dla tych , którzy opuszczają Kostarykę.Po kilku minutach , wypełniwszy deklaracje celne ruszamy do przejścia. Koleś w czerwonym t-shircie jest bardzo pomocny, pokazuje jakieś dokumenty , mające świadczyć , że jest wiarygodny i bardzo nas namawia do skorzystania  z zaprzyjaźnionej taksówki.Jestem skłonny na to przystać,aby uciec z tego miejsca jak najszybciej.
Podobnego burdelu nigdy ani w żadnym miejscu na świecie nie widziałem. W strefie transgranicznej ruch pojazdów odbywa się we wszystkich kierunkach, ludzi jest mnóstwo, a zwłaszcza Indian, chodzących grupami, ubranych w stroje narodowe.
Jacyś ludzie przewalają w tym błocie towary między sklepami duty free , wygląda na to , że czują się tu jak ryby w wodzie i tylko my jesteśmy tu obcy.  Zaczyna zmierzchać, ciągniemy te swoje walizy ze śmierdzącymi ciuchami po błocie i czujemy się jak uchodźcy.Za chwilę przyczepią się do nas gliniarze, którzy na środku tego placu mają posterunek otoczony drutem kolczastym.

border-crossing

po stronie kostarykańskiej

Dobrze , ze jest z nami dobry duch w czerwonej koszulce.Jesteśmy wreszcie przy panamskim punkcie odpraw. Jakaś pani odbiera od nas po 1 USD jako opłatę za wstęp a w okienku pan wnikliwie ogląda nasze paszporty. Mam trochę obaw, bo przy wjeździe do Panamy należy okazać się potwierdzeniem zakupu biletu wylotowego , a tego wydruku nie mogę w tym zamieszaniu znaleźć.Jednak chyba pan pogranicznik uznaje, że nie zamierzamy przesiadywać w jego kraju zbyt długo i wbija pieczątkę. Niestety , zbyt małą,jak się miało za jakiś czas okazać.
Jeśli oddychamy głęboko, myśląc, że to koniec zabawy,to jest to oddech przedwczesny. Nasz miły  kolega prowadzi nas do jakiegoś pomieszczenia na kontrolę  celną. Jakoś nie bardzo mi się chce do niego wchodzić -pokój jest spory, ze 40 m2, Dookoła stoją jakieś podniszczone stoły, jedna żarówka na drucie nie daje zbyt wiele światła i choć na pierwszy rzut oka nie widać śladów krwi to czuję lekki niepokój. Cofam się do drzwi i próbuję się dowiedzieć o co chodzi. Nasz znajomek mętnie tłumaczy, że zaraz po odprawie podjedzie po nas taksówka, która za 40 USD zawiezie nas do miasta , don’t worry.
Sprawa się wyjaśnia, kiedy dociera wreszcie celnik , zaprasza nas do środka , gmera chwilę w brudnych ciuchach i wypuszcza nas na zewnątrz. Tam koleś już wymachuje rękami , jest taxi.
border-crossing2Jesteśmy mocno oszołomieni przebiegiem zdarzeń,  ale skoro w sumie poszło nam dobrze , to może wyciągnijmy z tej przygody jak najwięcej. Pytam chłopaka,  czy mamy jeszcze dzisiaj szanse na samolot z David, gdzie za chwilę się mamy znaleźć , do Panama City. Twierdzi,że skoro jest czwarta po południu a za pół godziny powinniśmy być na lotnisku to samoloty wylatują jeszcze dziś dwa. Może się udać.
Żegnamy się , koleś zostaje na posterunku, prosi tylko o parę dolców na colę, jest usatysfakcjonowany pieciodolarówką.
Kierowca to milczek , nie oczekujemy jednak dyskusji i mamy nadzieję , że chłopak z granicy poinstruował go o  stawce i celu podróży . Jedziemy szybko i pewnie, dwupasmówka nie jest mocno dziś obciążona. Na przedmieściach David opuszczamy ją , omijając miasto od północy. Jedziemy jakimiś zaułkami, sprawa jest dość podejrzana, zwłaszcza dla mojej Żony , która wygląda przez okno samochodu oczami jak filiżanki.Nie rozmawiamy za dużo ze sobą , ale nawet te kilka wymienionych zdań daje do zrozumienia ,że uważa sytuację za ryzykowną.To w sporej części wpływ jej lektur, rodem ze Skandynawii, które pochłania hurtowo i gdzie się okazuje , że  w każdym skandynawskim ogródku można znaleźć zwłoki dziecka  a dewiacje seksualne są równie powszechne , jak u nas łupież , ale skutki mają bardziej dramatyczne i nie tak łatwe do wyleczenia.
To prawda, wycieczka po nocy z nieznajomym, w obcym mieście i o dziwnej porze wygląda dość hardkorowo , ale z moich doświadczeń wynika , że najgorsze , co może nas spotkać w takiej sytuacji to żądanie większej , niż umówiona , kasy. Tu nic takiego nie nastąpiło.
Przyjeżdżamy na lotnisko bez problemów, koleś kasuje tyle, ile się umówiliśmy. Uścisk ręki, adios.
Dworzec lotniczy jest niewielki, cztery stanowiska odpraw jednej linii, cztery drugiej.
Liczyłem, że na lotnisku będą jakieś przedstawicielstwa, gdzie będzie można pogadać o dwóch biletach na cito, ale w poczekalni są tylko bary.Podchodzę więc do miłej pani , która dokonuje właśnie odprawy o możliwość zorganizowania dla nas przelotu. Pani się szeroko uśmiecha, nie ma problemu , ale uśmiech niknie , kiedy się okazuje ,że bilet ma być na dzisiaj.

david-aeropuerto

lotnisko w David /obr.z neta/

Zażenowana sugeruje , abym popytał obok, w konkurencyjnej linii. To dobra linia – Copa Airlines, mamy już zabukowany na nią lot za trzy dni, kasa przepadnie, niestety. Czekam dłuższą chwilę, wreszcie podchodzi od razu cała ekipa , rozpoczynają kolejną odprawę.
Wyłuszczam swoją prośbę , dołączając minę a la Kot w Butach ze „Shreka”. Pan nie widzi przeszkód, prosi o dokumenty.Trochę nie dowierzam własnemu szczęściu, powtarzam dwa razy ,że chodzi o bilety na dzisiaj, a właściwie – na teraz.
Pan patrzy na mnie jak na niedorozwoja i powtarza, że potrzebne są dokumenty.
Lecę do Doroty , nie jest świadoma wiekopomnego dzieła , które się właśnie dokonało , ale nie tłumaczę zbyt wiele tylko ciągnę do stoiska odpraw.Pan jest zajęty, ale pani obok załatwia sprawę szybko i bezboleśnie , jeśli nie liczyć sporego ubytku na karcie kredytowej , która to karta , o dziwo , została zaakceptowana przez system.
Lot mamy za półtorej godziny, słysząc krople deszczu za oknem poczekalni nie możemy pohamować złośliwego chichotu , wg. internetu pogoda w Panama City to 25 stopni i słońce…
Siedząc przy kawie ( wreszcie znakomita kawa !) , wpadam na pomysł, aby przez internet zabukować hotel w Panamie ( wi-fi na lotnisku jest free). Przeglądamy parę opcji, trafiamy wreszcie na całkiem przyjemną ,hmm. bardzo przyjemną , wręcz rewelacyjną – 4 noce w czterogwiazdkowym Hiltonie za 900 PLN.

costa-rican-coffee
Samolot ledwo się wzbił w górę i rozdano przekąski to trzeba wysiadać, lot trwa tylko 45 min. Podróż lądem to 8 godzin.
Obsługa lotniska zatrzymuje nas w korytarzu, rozdają bagaże rejestrowane prosto z wózka. Pewnie szkoda im uruchamiać taśmociąg dla  parunastu ludków.
W drzwiach wyjściowych rzuca się na nas tradycyjnie sfora taxi – zombich, po krótkich negocjacjach ulegam jednemu z nich, Jorge parametrami mnie przewyższa ale samochodzik ma malutki. Bagaż ledwo się mieści w bagażniku a kiedy proponuje , żebym odkręcił okno to muszę podać swój plecak Dorocie, aby uwolnić ręce. Za chwilę zresztą operację trzeba powtórzyć, bo mojej Żonie jest zimno.

panama-taxi
Nocna Panama robi oszałamiające wrażenie, Hongkong, Szanghaj,Singapur… to pierwsze skojarzenia.Droga z lotniska trwa godzinę , z czego większa część autostradą.
W hotelu nie ma problemów, dostajemy pokój na 13 piętrze, czysty, cichy, nie za duży a przede wszystkim suchy.

panama-city-by-night

/obr. z neta/

Kostaryka 2016 # 15 Puerto Jimenez , czyli w pułapce

choza-del-manglar-7Na przystanku autobusowym w Parrita jesteśmy odpowiednio wcześnie.Autobusy podjeżdżają jeden po drugim , ale to nie nasze. Jakiś gość się nami interesuje, pokazuje najbardziej właściwe miejsca do oczekiwania . To autobus jadący z San Jose do Golfito, godzina naszego odjazdu jest traktowana mocno szacunkowo.
Wreszcie przyjeżdża , jestem trochę spięty bo ostatnio gnębi mnie hmm… dyspepsja , i pomimo przyjętego Stoperanu nie jestem pewien reakcji żołądka w tak długiej podróży.
Kierowca sprawnie umieszcza bagaże w luku, siadamy na przypadkowych miejscach, jedziemy. Przejeżdżamy koło Parku Narodowego Manuel Antonio , miał to być cel naszych wypraw z Parrity, ale zostawiamy go następny raz.Pogoda niestety skłania do rozpamiętywania straconych szans , pada deszcz i jest dość depresyjnie. Ale trzeba przyznać, że autobusowi nie można nic zarzucić , jedzie konkretnie , może niezbyt szybko ale pewnie, jest czysto no i nie gra na cały regulator telewizor , co jest normą w Azji.
poczekalniaTakże spora , przydrożna restauracja w której się zatrzymujemy na kilkanaście minut robi dobre wrażenie. Jest kilka bufetów z różnym jedzeniem , które jest świeże i wygląda nieźle. Cóż z tego , skoro przyrzekłem sobie dziś powściągliwość w jedzeniu i piciu , aby nie kusić losu.Ale jeśli chodzi o miejsce , które jest mi zdecydowanie bliższe to toaleta – jest czysta ponad wszelkie standardy. Deszczyk pada i nie wygląda , aby miał w najbliższym czasie przestać. Dojeżdżamy do centrum Golfito po południu, deszcz leje jak z cebra, aż się nie chce wysiadać z autobusu. Jednak przy samych drzwiach jest wejście do baru z kurczakami , jakich tu pełno, więc szybko zmieniamy lokalizację.
Wobec faktu , że jesteśmy PRAWIE na miejscu oceniam , że drobne złamanie zasad nie zaszkodzi i zamawiamy coś do jedzenia. Dorota , mimo , że skłania się do wegetarianizmu dziś zamawia wielkiego hamburgera, co w jej sytuacji zakrawa na całkowity brak zahamowań . Chyba jest rzeczywiście mocno głodna, ostatnie dni nie rozpieszczały nas
gastronomicznie.  Dla mnie pani przynosi talerz nuggetsów, podobno właśnie to zamawiałem. Czekamy aż deszcz przestanie padać, ale to marzenie, pada coraz gęściej.chicken-brosZostawiam Dorotę z jej hambusiem i idę rozeznać możliwość dostania się na drugą stronę zatoki , do Puerto Jimenez, gdzie mieści się nasza kolejna miejscówka. Łaziki na przystani współczująco kiwają głowami – nie , dziś już nic nie popłynie, patrz pan – fala , deszcz, wiatr … może jutro. Może. Nie wygląda to dobrze  , idę do biura turystycznego , widać je z przystani , facet mówi , że nic nie wie o tym , że prom nie pływa, ale nie wzbudza mojego zaufania, wygląda na to , że oderwałem go od jakiś emocjonujących przeżyć w internecie i jest trochę nieprzytomny. Kręcę się jeszcze trochę po okolicy, w sumie wszystko mi już jedno , bo jestem już całkowicie przemoknięty, wracam do knajpy. Napotykając na pytające spojrzenie mojej Żony inteligentnie ruszam brwiami, co ma znaczyć ” nie ma o czym mówić „. Teraz ona rusza zasięgnąć języka , przychodzi ze zleceniem , że jakaś łódka przypłynęła do bocznej przystani i można by się dowiedzieć , czy by nas nie zawiozła. Pomijam milczeniem  fakt, że mogła z żeglarzami sama już się porozumieć i idę rozeznać sytuację. Rzeczywiście , stoi łódeczka, przedtem jej nie było , trzech chłopów w środku , pytam czy  losy prowadzą ich  do Puerto Jimenez . Owszem , mogą nas podrzucić, 10 USD od osoby. Wracam do knajpy, bierzemy bagaże i ładujemy się na łódkę. Deszcz leje jak oszalały, ale wiatr ustał i zatoka jest w miarę gładka.

puerto-jimenez-2 Kiedy ruszamy adrenalina puszcza, czujemy się trochę jak piraci mórz południowych, tym bardziej , że koło nas zaczynają harcować delfiny.
Zostawiamy je w porcie i przed nami z deszczu i mgły wyłaniają się kolejne fragmenty przeciwległego brzegu.Podróż trwa koło godziny ,łódź dzielnie śmiga po falach, wreszcie jesteśmy. Deszcz o dziwo , ustał, rozliczamy się z kapitanem i wychodzimy na molo, rozpytując o naszą miejscówkę – Choza del Manglar czyli Chatę wśród mangrowców.  Jakiś łepek za parę dolców oferuje podwózkę. Chętnie się zgadzamy , bo dwa kilometry błotnistą drogą z walizami to byśmy szli dwa dni. Hostel jest położony obok małego lotniska , raz po raz śmigają małe samolociki.puerto-jimenez-7Wreszcie jest nasza chata, szukamy recepcji,wyłania się młody człowiek i wygląda na dość zdziwionego. Nie może znaleźć naszej rezerwacji , na szczęście mam wszystkie wydrukowane.

choza-del-manglar-8Prowadzi nas do naszego domku, deszcz znowu się rozpadał. Domek to właściwie dom, ma kilka pokoi i wielką świetlicę, ale jesteśmy tu sami. Nie dziwi nas wilgotna pościel ale dopytujemy , jakie są prognozy pogody. Dochodzi do nas , że wpadliśmy po uszy. Te niewinne deszczyki, które nam ostatnio towarzyszyły  zostały dzisiaj zakwalifikowane jako huragan I stopnia o wdzięcznym imieniu Otto i zmierza prosto na nas. Szybko myślę , że te dwa dni tutaj to pikuś,ale mamy jeszcze zabukowane trzy noclegi w Carate, kilkadziesiąt kilometrów dalej , prowadzi tam tylko droga dostępna tylko dla pojazdów z napędem na 4 koła .Jak ona wygląda po tych opadach a jak będzie wyglądać za dwa dni ?
choza-del-manglar-2Dobrze , że działa WiFi , piszę do Laguna Vista Villas, do Carate. Odpowiedź przychodzi po chwili. Greg rozumie naszą sytuację, sugeruje cierpliwość, może jutro znajdzie jakieś rozwiązanie.Napomyka , że u niego deszcz pada od dwóch tygodni bez przerwy i , jego zdaniem ,jeszcze trochę popada. Hmm, chętnie bym się wycofał rakiem z tej rezerwacji , ale każą mi i tak za nią zapłacić. Zobaczymy jutro , na razie idziemy do miasteczka, korzystając z chwili ładniejszej pogody.

puerto-jimenez-4 Obejście miasta zajmuje nam pół godzinki, robimy zaopatrzenie, bo posiłków nie mamy wliczonych w cenę i wracamy do naszej mokrej siedziby. Jest już ciemno , więc zapalamy światło i rozpoczynamy wieczór jak co dzień – orzeszki, ciasteczka,rum . Dorota czyta , ja piszę, Pura Vida !
Noc mija niespokojnie, bo deszcz uparcie wali o blaszany dach , kiedy rankiem przestaje, idziemy na śniadanie. Przy głównej ulicy wybieramy jedną z knajpek, pojawia się trochę białych twarzy.puerto-jimenez-6Kiedy się człowiek naje to i humor ma lepszy , więc ruszamy na spacer po miasteczku. Cudów nie ma : główna ulica ->przystań->aeroport to trójkąt o długości boków około 3 km. Tak się czasu nie zabije. Przechodząc koło lotniska z niepokojem obserwujemy , że pasy są co prawda tylko wilgotne, ale już pobocza toną w wodzie.
Wydaje nam się , że wczoraj wody było mniej. W hostelu korespondujemy z Gregiem , który rozumie , że znaleźliśmy się w pułapce, bo nawet gdybyśmy się do niego  dostali to możemy za te kilka dni w ogóle z odciętego półwyspu nie wydostać. Wchodzi nasz menedżer, zdaje że ma na imię Raede , ale pewności nie mam, napomyka ,że to największe opady od 10 lat,
a o wyjeździe do Carate możemy zapomnieć , bo deszcz podmył drogi i są nieprzejezdne. puerto-jimenez-3Proszę , aby pogadał z Gregiem , znają się . Ten wspomina coś o czarterze małym prywatnym samolotem , ale raczej bez przekonania. Zaprasza za kilka tygodni, generalnie high season z murowaną pogodą to druga połowa grudnia i I kwartał. Tyle czasu nie mamy więc raczej tym razem się nie zobaczymy.
pj1Przestaje padać , mamy świadomość , że tą szczęśliwą chwilę należy wykorzystać, bo drugiej szansy możemy nie mieć i idziemy do portu coś zjeść. Mieszanka owoców morza jest znakomita, ale kiedy wracamy koło lotniska po kolana w wodzie dobry nastrój pryska.
Wieczór nie należy do miłych , lejący deszcz zaczyna tworzyć kałuże na podłodze, Dorota wyczaiła gdzieś czajnik i pokrzepia się kawą ale atmosfera jest gęsta. Teraz dopiero widzimy , że na ścianach jest mnóstwo dziwnych rysunków, symboli voodoo, pająków z drutu i wszystko podszyte czernią.choza-del-manglar-1Jeśli do tego wyłączają światło i zaczynają grasować ponad naszymi głowami  nietoperze to można sobie wyobrazić , że moja Żona nie relaksuje się należycie , choć mogłaby się tak jak ja -wspomóc  lampką rumu.Chętnie by uciekła przed nietoperzem do pokoju , ale za nic w nim sama nie zostanie.Idziemy więc razem , i mimo  że znalazły się latarki   to nalegała , aby już nie wychodzić. Za kilkanaście minut prąd powrócił.
choza-del-manglar-5Kolejna nieudana noc, Dorota budzi się co chwila i twierdzi , że ktoś chodzi po dworze a woda zalewa nasz pokój. Wcale się z tego nie naśmiewam , też mam czarne myśli.
Ale nieprzespana noc nie idzie na marne.Mam plan, ba, nawet mam plan B.puerto-jimenez-9

Kostaryka 2016 # 14 Parrita , czyli szara plaża, czarne myśli

parrita-beach13Fiesta,nawet jednoosobowa,  ma rano swoje konsekwencje , ale co zrobić – po śniadaniu Żona mobilizuje mnie do spaceru po plaży.Idziemy na południe,do miejsca w którym oddzielająca nas od lądu rzeka wpływa do morza.parrita-beach8 Plaża jest o tej porze dnia szeroka i pusta, widać tylko ślady psich łap.Przygrzewające słońce jest łagodzone bryzą znad Pacyfiku.
Jest okazja do pogadania, wreszcie nie mamy żadnych obowiązkowych zajęć i możemy zrobić sobie kilka dni prawdziwych wakacji.Wygląda na to , że jesteśmy skazani na pobyt w tej pustelni , więc trzeba po prostu zmienić nastawienie i zrezygnować z jakichkolwiek form aktywności na rzecz błogiego lenistwa.
parrita-beach15W palmowym lesie wzdłuż plaży co jakiś czas pojawiają się zabudowania , ale nie są to luksusowe resorty , a raczej ośrodki zapomniane przez Boga i ludzi, ozdobione tablicami – „Vende – Na sprzedaż” . Liczymy na łut szczęścia i znalezienie jakiegoś sklepiku czy knajpki, ale nic z tego. Jeszcze na domiar złego , po kilku godzinach marszu , okazuje się , że zgubiłem koszulkę, włożoną za pasek od spodni. Nie osiągnąwszy więc celu zawracamy z powrotem. T-shirt leży kilkaset metrów z tyłu , jest czarny ,widoczny z daleka. Akurat w tym miejscu jest mała ścieżka , prowadząca obok zabudowań wgłąb wyspy.

parrita-beach12 Mijamy kilku mieszkańców , zajętych remontami i porządkami,  docieramy  do szerokiej drogi prowadzącej przez środek wyspy.Kilka metrów od niej widać rzekę, jesteśmy więc w podobnej sytuacji jak na Tortuguero, gdzie przeciwne brzegi wyspy  dzieliło kilkaset metrów.lagoon-parrita Rzeka jest w tym miejscu szeroka, bo przyjmuje właśnie tu wody z dopływu. Na brzegu co kilkanaście metrów widać resztki przystani rybackich, ale dziś nie widać, aby ktoś z nich korzystał.W środku wyspy jest bardzo gorąco , nie dochodzi ani wiatr od morza ani bryza znad rzeki.
Wydaje nam się , że idziemy już bardzo długo , ale naszego ośrodka nie widać.Proponuję , abyśmy szli plażą, tam chociaż trochę wieje. Jest już dobrze po południu , przypływ zabiera z minuty na minutę coraz większy kawałek plaży.parrita-beach6 Kiedy dochodzimy do naszych okolic cieszymy się , że koszula upadła we właściwej chwili. Wiatr się wzmaga i chyba będzie padać , nad morzem gromadzą się chmury. Jesteśmy bardzo usatysfakcjonowani spacerem – Dorota – bo brakowało jest wysiłku fizycznego a ja – bo mam zajęcia  obowiązkowe za sobą.Teraz z czystym sumieniem można usiąść na fotelu na tarasie i przy szklaneczce rumu kontemplować deszcz i uginające się pod naporem wiatru palmy.parrita-beach918 to czas kolacji, od żałosnego śniadania minęło już sporo czasu i pora przyjąć coś konkretnego. Wreszcie wiemy , że ktoś mieszka w naszym resorcie oprócz nas – to młodzi Amerykanie z małym dzieckiem .
breakfast-with-iguanaW restauracji mamy już przygotowany stół z dwoma nakryciami , bardzo , bardzo wychudzona kelnerka podaje menu. Nazwy potraw są nam nieznane, bierzemy pierwsze z brzegu.
Trzeba przyznać, że przygotowanie idzie kucharzowi sprawnie, co w tym kraju nie jest takie oczywiste. Same dania bardzo smaczne i dobrze doprawione , ale cena co najmniej dwukrotnie wyższa niż u konkurencji. W miasteczku , 10 km dalej… Oczywiste jest , że daliśmy się zrobić w konia – resort jest kompletnie nieprzygotowany do przyjęcia gości . Nie wiem po co wystawiają ofertę na booking.com skoro za relatywnie duże pieniądze nie są zapewnić świadczeń na poziomie hotelu **.
parrita-swimming-poolNie byłbym taki wkuty , gdyby zaoferowali np. wypożyczalnię rowerów, albo samochodów. Albo shuttle bus raz dziennie do Parrity.
Wielka pomyłka , na swoje usprawiedliwienie mogę jedynie powiedzieć , że na stronie www nic nie zapowiadało takiej sytuacji.
Na nasze szczęście przywieźliśmy w plecaku taką ilość alkoholu , że mogę się menadżerowi śmiać w twarz.
Budzi nas słońce, po wczorajszym deszczu nie ma już śladu, choć , jak tu się mawia – pogoda w Kostaryce jest „unpredictible” – nieprzewidywalna. I rzeczywiście  , kilka godzin spędzonych na basenie na obserwacji dwóch fachowców wymieniających kolanko w umywalce bardzo odświeża umysł i ciało , ale wczesnym popołudniem niebo zaczyna ciemnieć .
Widząc to fachowcy kończą pracę a my zmykamy do pokoju. Po chwili tropikalna burza pokazuje swoją moc. Mocno się ściemniło , do tego wyłączyli prąd.
Najważniejsza myśl teraz to , czy zdążą go włączyć przed kolacją. Udaje się , kuchnia ma pół godziny na przygotowanie.
Rano wyjeżdżamy , autobus mamy o 9 , więc śniadanie trzeba przyjąć odpowiednio wcześniej i zatroszczyć się o transport do miasta.Z bagażami idziemy się rozliczyć, mam nadzieję , że uda się wynegocjować jakiś poważny rabat ze względu na warunki , ale nie udało się nawet uzyskać nawet malutkiego rabaciku. Na zgodę menadżer proponuje
darmową podwózkę do miasta , korzystamy z oferty .

parrita-beach