Raja Ampat 2019 # 10 Co dwa penisy to nie jeden , czyli nie pij z Papuasem

P1000573b
Dyskretnie podpytuję Halinkę , jak tam przebiegłą orgia . Odpowiada sucho : „Jakie tsunami , taka orgia” . Wygląda na to , że nie ma się co ślinić  w oczekiwaniu na szczegóły.
Od rana w naszej osadzie ruch. Chłopaki , którzy w poprzednich dniach o tej porze popychali pierdoły , popalając fajki teraz grabią liście, palą śmieci, zamiatają plażę .  Rahaja , szefowa , dowodzi , kierując młodzież na newralgiczne odcinki. Coś się stało ?
No tak , przyjechał boss. Obet mówi o nim przyciszonym głosem ,z wielkim respektem –    ” big boss” . Jeszcze śpi w bungalowie , ale na pewno słyszy i wie , kto się wyróżnia w pracy.
Na pewno są to Rahaja , jego żona , nosząca się po muzułmańsku , i jego młody kuzyn , który jeszcze wczoraj był odsuwany od wszelkich bardziej skomplikowanych prac , aby sobie nie zrobił krzywdy. Ma sporą nadwagę ( świadectwo pozycji społecznej) więc wynoszenie śmieci z plaży to spore wyzwanie , wszyscy patrzą z podziwem.
Kiedy przez te parę dni obserwowaliśmy tę grupkę młodzieży ( bo jest też jedna dziewczyna ) to odnieśliśmy wrażenie , że to ich wakacje , nie nasze. Całymi dniami śpią  lub gadają , sporą popularnością cieszy się też wgapianie się w smartfony , mimo braku neta.
Obet mówi , że big boss widząc , jak wczoraj imprezujemy na plaży zapragnął się z nami zaprzyjaźnić , ale niestety , kiedy się zjawił nas już nie było. Na pociechę odpowiadam mu tylko ” maybe tomorrow” i sprawa jest na razie załatwiona.P1000596b
Dziś w planach mamy rejs do Błękitnej Rzeki. Nie bardzo kojarzę , tego miejsca nie ma w przewodnikach. Mamy dylemat – czy płynąć szybszą łodzią ( drożej) czy wolniejszą ( o połowę taniej). Nie śpieszy nam się , decydujemy się na wolniejszą. Po konsultacjach ze sternikiem Obet jednak oznajmia , że z powodu silnych prądów musimy płynąć motorówką i konsultacje diabli wzięli.
P1000634b

Płyniemy w kierunku Waisai, ale po kilku kilometrach wbijamy w ląd.Woda ma zielonkawo-niebieski kolor, miesza się słodka z morską. Za chwilę ujście rzeki zwęża się i płyniemy w szpalerze drzew. Jest coraz płyciej, sternik wybiera szlaki bliżej brzegu , gdzie prąd jest największy a i głębokość odpowiednia. Po pół godzinie nie da się dalej płynąć, motorówka szoruje po dnie.Wysiadamy do wody, dobrze , że mamy stabilne obuwie, nawet moje sandały dają radę na kamienistej plaży.

P1000606bWita nas facet z czajnikiem, zbiera kasę . Nie przyznajemy się , że mamy trochę przy sobie , więc jeden z chłopaków rusza z powrotem do łodzi, w końcu wejściówka jest wliczona w koszt wycieczki. Przybiega za kilkanaście minut , facet z czajnikiem kasuje i przyzwalająco kiwa głową.

20191114_104629b
Razem z nami wędrują jacyś Chińczycy ze swoim przewodnikiem. Droga jest przyjemna, drzewa dają miły cień , choć jest bardzo wilgotno.
Za kilkadziesiąt minut docieramy do rzeki. Rzeczywiście , ma zadziwiający kolor, błękitno-seledynowy.

20191114_111706b
Wśród wszechogarniającej zieleni lasu rzeczka wygląda bajkowo. Jest chłodna, Chińczycy ubierają się w specjalne kombinezony do skoków do rzeki , nasi przewodnicy też wskakują z efektownymi saltami , my jesteśmy wstrzemięźliwi. Niezbyt przyjemnie kontynuować przygodę w mokrych gaciach.  Nieopodal jest łacha drugiej , szerszej rzeki , aż się prosi o kilka fotek.

P1000612bWracamy tą sama drogą do naszej łodzi, powolutku, omijając zdradliwe płycizny przemieszczamy się do ujścia. Na morzu bujamy się jeszcze kawałek i docieramy do jaskini , w której widać kupkę kości . Podobno ludzkie, po walkach z sąsiednim plemieniem nie było miejsca na pochowanie poległych , więc ciała zgromadzono w jaskiniach . Miejscowi do dziś zostawiają im dary , przede wszystkim papierosy, co też i my czynimy.
20191114_122515a
Ostatnim etapem naszej wycieczki jest Skała Dwóch Penisów. Rzeczywiście ze skały zwisają stalaktyty o wyglądzie penisa. Kasia cyka zdjęcia, chłopaki chętnie robią swoje, z Kasią w roli głównej.My siedzimy w tyle łodzi , trudno dotrzeć na przód i przytulić się do narządów , a zresztą nie chcemy Kasi robić konkurencji. Odpływamy , Kasia sprawdza zdjęcia, żadne nie wyszło , aparat w komórce zastrajkował. Oczywiście nie wracamy , może któryś z chłopaków udostępni jej swoje foty.

P1000644bZ powrotem płyniemy trochę zygzakiem , bo Kasia siedzi oparta o przednią szybę, jej fruwająca koszulka ewidentnie rozprasza sternika , który co chwila prostuje kurs.
Po południu dziewczyny wybierają się na nurkowanie w okolicach jaskini . Nie liczą specjalnie na wsparcie miejscowych , ale i tak są oni niezbędni choćby do wyekwipowania .
Dorota i Kasia wracają zadowolone, pływały same, Obet  wypatrywał z kuszą kolejnej zdobyczy, ale bez sukcesu.
Przy kolacji odwiedza nas Rahaja , z dziewczynami dobrze jej się rozmawia. Odmawia alkoholu , co nie wzbudza u nas specjalnej niechęci.

P1000682bWieczorna impreza się przeciągnęła, było wesoło , dziewczyny dobrze się bawiły , chłopaki uczestniczyli w roli obserwatorów.
W planach na dzisiaj mamy wyjazd do Waisai , przede wszystkim aby kupić jakieś pamiątki , no i uzupełnić zapas używek.
Łódka niespodziewanie skręca na ląd wcześniej niż się spodziewamy , dobijamy do przystani. Tu przesiadamy się do sporej Toyoty. To własność Rahaji , pracuje w jakimś miejscowym urzędzie , Halinka ma podejrzenie , że zajmuje się nami poniekąd służbowo. Jedziemy dość powoli, droga jest wąska i pełna zakrętów , ale przynajmniej możemy zobaczyć , jak właściwie wygląda  wyspa. Po kilkudziesięciu minutach jazdy przez las pojawiają się pierwsze zabudowania, buduje się spory kościół. Naprawdę nie wiem , po co na takim zadupiu taki wielki obiekt, wokół widać tylko kilka chat.
P1000677bWjeżdżamy do miasteczka , budyneczki są max piętrowe, ot, azjatycka dziura.
Zajeżdżamy od razu do sklepiku bossa. Jest niewielki, towar przykurzony , dziewczyny biorą każdy przedmiot do ręki z nadzieją , że wypatrzą  jakiegoś białego kruka. Dobrą godzinę tu jesteśmy a jeszcze nie wszyscy się zdecydowali , wreszcie czas wychodzić. Jedziemy na targowisko . Mango , banany, papaje nie występują może w jakiś gigantycznych ilościach , ale są dojrzałe i słodkie.
P1000693bCzas na lunch , zajeżdżamy do zaprzyjaźnionej knajpki. Plastikowe stoły i krzesła, w szklanej witrynce kilkanaście zestawów. Są warzywa, mięso, grilowane nóżki kurczaków, jakieś ryby. Można jeść do woli za kwotę wstępu. Nie mam pojęcia , jaka to kwota, bo lunch stawia Rahaja.  Potrawy są smaczne i wreszcie przyprawione. Niektóre nawet mocą wyciskają łzy.

P1000694bPo drodze wpadamy do znajomej hurtowni , whisky, cola i piwo w plastikowych torbach , oczy świętoszków wzniesione ku niebu… déjà vu .
Wracamy tą samą drogą, tym razem Rahaja już nie prowadzi , zostaje w miasteczku. Drogę przez morze urozmaica nam widok, groźnego nieba, wszędzie dookoła pada , u nas na razie spada tylko kilka kropel.
P1000644bUdaje się , deszcz nie pada w naszym rejonie, można poplażować.
Wieczór należy do nas  , trzeba zapoznać się ze świeżo zgromadzonymi  zapasami , tym bardziej , że wizytę zapowiedział boss. Po skończonej kolacji przysiada się do sąsiedniego stołu wraz z wianuszkiem  przybocznych , gotowych na każde jego skinienie. Przynieśli jakiś alkohol, pańskim gestem obdarowuje nas kilkom puszkami piwa.  Przysiada się do niego Kasia, zawzięcie rozprawiają. Boss jest w coraz większym gazie, pokazuje zdjęcia , chwali się majątkiem i koneksjami . Podobno jest jednym z najbogatszych i najważniejszych ludzi na wyspie.

P1000668b

Wieczór okazał się dość burzliwy. Boss wypił wszystko , co miał , więc wysłał chłopaków łodzią po dolewkę. Sam zaczął się zachowywać na tyle dziwacznie , że wszyscy pojedynczo zaczęli się ulatniać. Ostatnia wychodziła Kasia , co było błędem , gdyż jako mieszkająca samotnie atrakcyjna laska stanowiła łatwy cel dla potencjalnego zainteresowanego bliższym kontaktem. Oczywiście , wzrost i postura bossa nie dawała mu żadnych szans z ćwiczącą karate naszą towarzyszką, ale urażone męskie ego mogło narobić nam kłopotów.  Kiedy więc wygłodniały lew , nie krępując się obecnością małżonki , krążył dookoła jej domku uciekła do sąsiedniego bungalowu Basi z prośbą o nocleg. Po chwili do domku zawitali przerażeni chłopcy, z Obetem na czele , który rzucił się na kolana przed Basią , prosząc o niewywoływanie awantury. Boss ma sporo kontaktów i to Obet zapłaciłby posadą za ewentualne zamieszanie. Do tego prosto do łazienki wparował jeszcze gruby kuzyn bossa , w sumie nie wiadomo po co. I tak posiedzieli godzinkę czy dwie , dopóki szefowi się nie znudziło i nie poszedł spać.

P1000494bTeraz wszyscy mają spuszczone nosy na kwintę , choć dzisiaj jest Dzień Kokosa. Najbystrzejsi wdrapują się na palmy , zrzucając dojrzałe owoce. Mimo, że na drzewie porobiono nacięcia, to i tak wejście jest wyczynem, zważywszy , że w jednej ręce trzymają zapalony wiecheć liści , którym wypłaszają ewentualne pająki czy węże z korony drzewa.
P1000707bCzęść kokosów od razu jest przygotowywana dla nas , płyn jest smaczny i orzeźwiający, nad miąższem trzeba się trochę napracować , choć jest dość miękki. Pozostała część , w sumie dwa spore worki , pojedzie do miasta podreperować budżet.
Dzień spędzamy na plaży , z krótkim wypadem do pobliskiej jaskini. Jest olbrzymia, dziwne, że nie jest jeszcze powszechnie znana. Może dlatego , że dojście jest trudne, a zejście jeszcze trudniejsze.
Kasia gra w karty z Rahają i chłopakami , mimo trudności ze zrozumieniem zasad gry bawią się dobrze ; gra kończy się nagle , kiedy Kasia zaczyna wygrywać.
Wieczorem chłopaki szykują pożegnalne ognisko . Znoszą na plażę spore ilości drewna, mam nadzieję , że nasze bungalowy nie ucierpią, bo budują konstrukcję  dość niefrasobliwie.

20191117_200655b
Jest miło , dopóki nie nadeszła Rahaja ze swoim zestawem disco-indo. Spory głośnik daje z siebie wszystko, charczy i rzęzi , trudno wytrzymać  tę agonię. Kiedy rozpoczynają się pląsy nie dajemy rady i ewakuujemy się .
Prom odchodzi o 10 rano, chłopaki twierdzą , że godzinka nam wystarczy , aby do niego dotrzeć, ale z tyłu głowy mam drogę tydzień temu. No , ale w razie czego płynie jeszcze jeden , o czternastej.

20191118_074559aJest trochę płaczu przy pożegnaniu, Obet z Rahają zaklinają mnie , abym w bookingu czy tripadvisorze zamieścił jakąś pozytywną opinię i tyle gwiazdek , ile można. Pewnie tak zrobię, jak już trochę ochłonę.
Obet kupuje nam bilety , prom jest jak zwykle pełny ludzi. Naprzeciwko mnie siedzi dziewczyna , chyba najładniejsza z miejscowych. Co chwila robi sobie selfie z różnymi figlarnymi minkami. Przegląda je , wyraźnie zadowolona. Jako tło na pierwszej stronie również ma swoje zdjęcie…. Rahaja umówiła nam taksówki w porcie w Sorong, wiozą nas do hotelu. Pozwala to nam oszczędzić nerwy na targowaniu się o koszt kursu.

20191118_111757bPo spartańskich warunkach na wyspie hotel z białą pościelą , klimą i barkiem jawi się jak spełnienie marzeń. Na dworze jest bardzo gorąco i parno, parędziesiąt kilometrów stąd pogoda była podobna , ale powietrze zupełnie inne. I pomyśleć,że pierwsza wersja planu zakładała Sorong jako bazę wypadową , Opatrzność mnie powstrzymała.
Samolot do Dżakarty, a później do Singapuru mamy o 8 rano, jesteśmy na lotnisku wcześnie, to tylko 5 minut od naszego hotelu.Mamy czas , żeby się pokręcić . Gdy ktoś skieruje kroki do toalety może przeżyć niezły szok.

20191119_074312aWracamy do wielkiego świata , lotnisko w Singapurze zwycięża od kilku lat w rankingach , ale nie poświęcamy mu za dużo czasu. Jest prawie wieczór ,  Maxi Taxi wiezie nas do hotelu , pokoiki są malutkie , trochę inaczej wyglądają na obrazkach w internecie. Kolacja w chińskiej knajpie z pierożkami dim-sum w roli głównej , krótki spacer. Na moją propozycję, aby przejść się po kultowej ulicy Orchard street ekipa kręci głowami , „przecież nie przyjechaliśmy tu na zakupy”. Nie komentuję, choć ulica jest super, ozdobiona świątecznie na pewno jest warta spaceru.Zastanawiam się , czy równie lekceważąco odnoszą się do Pól Elizejskich w Paryżu, Oxford street w Londynie czy 5th Avenue w Nowym Jorku. Widzę , że moje doświadczenia z poprzedniego , tygodniowego pobytu w Singapurze są dziś zupełnie nieprzydatne. Bąkam jeszcze coś o pobliskim Forcie Canningana, spędziłem w parku fascynujące popołudnie, ale znowu słyszę ironiczne uwagi , więc  ostatecznie wycofuję się z roli przewodnika.

20191120_110916bBudzę się o 4 rano, trudno spać , więc o szóstej wychodzę na ulicę. Jest ciemno i pusto. Singapur późno wstaje i późno zasypia. Mijam kilku joggerów , w 7/11 piję kawę. Nie czuję się zbyt dobrze , mam nadzieję , że po śniadaniu werwa wróci.  Wojtek oznajmia , że demokratyczną decyzją dzisiejszy dzień upłynie pod znakiem wizyt w Małych Chinach , Małych Indiach i Dzielnicy Arabskiej. Do tego pada propozycja , aby do Małych Chin  udać się na piechotę , to przecież blisko. Hmm, z tego co pamiętam to jest 1,5-2 godziny marszu całkiem nieciekawymi ulicami , ale nie chce mi się już wdawać w dyskusję. Google prowadzi zakosami , szuram za grupą noga za nogą. Kasia  z entuzjazmem odwiedza wszystkie pagody w Małych Chinach, to dla niej nowe doświadczenie , nie była nigdy w Azji.
20191120_125956bPrzedzieramy się przez tłum turystów i kramów z tandetą, w chińskiej knajpce zatrzymujemy się na lunch, kilka sajgonek i piwo pozwalają na chwilę zapomnieć o upale na dworze.
Wracamy trochę inną drogą , na szczęście zatrzymuje nas ulewa. Nie wygląda na przelotną, więc odmeldowuje się i biegnę na drugą stronę ulicy do metra. Mimo , iż od stacji metra do hotelu dzieli tylko kilkanaście metrów docieram do pokoju całkiem przemoczony i zziębnięty.
Wskakuję do łóżka , aby się rozgrzać.Jest mi bardzo zimno , mimo klimy włączonej na 25 stopni. Po chwili przychodzi Dorota, też nie mogli się doczekać końca ulewy i wrócili metrem.
Czuję się coraz gorzej , dostaję dreszczy. Temperatura rośnie, zastanawiam się , czy to przeziębienie , czy coś gorszego – malaria, denga , może japońskie zapalenie mózgu? To ostatnie raczej nie , myślę dość jasno. Moja Żona aplikuje mi antybiotyk, staram się zasnąć , ale noc jest nieprzespana, tak moja , jak i Doroty.
Odmawiam wstania z łóżka na śniadanie, czuję się okropnie, chociaż gorączka mija. Dzień spędzam w łóżku , ekipa idzie w miasto.
Pozostałe trzy dni spędzam  w hotelu , więc nie ma o czym pisać. Wrzucę kilka fajnych fotek , muszą wystarczyć.

P1000789a

K O N I E C

Raja Ampat 2019 # 9 Tęsknota za tsunami

P1000358aAlarm w obozie . Bystrooka Basia odkryła koło swojego domku dwie wielkie kupy jakiegoś zwierzaka. Zwołani eksperci w postaci kilku lokalesów stwierdzili , że to psie odchody . Z powątpiewaniem przyglądamy się suczce – winowajczyni , każda z tych kup jest większa od jej głowy.  Aury tajemniczości dodaje uwaga Wojtka, że w nocy zbudziły go jakieś hałasy, sapania , na tarasie słychać było ciężkie kroki. Odrzucamy wersję yeti , a także stadka goryli , z wiadomych względów – te zwierzęta żyją zupełnie gdzie indziej. Jedynie dopuszczalną była wersja o zabłąkanym orangutanie , żyją na Borneo , a więc niedaleko. Ale zagadka pozostaje nierozwiązana , chłopaki  zatykając nosy wyrzucają odchody do dżungli.
Dziś dziewczyny szykują się na nurki. Nie maja tu swojego sprzętu, pożyczają od zaprzyjaźnionej bazy, więc rozmiary są nieco losowe.Co prawda smsem trzy razy pytali o rozmiary nurków, ale chyba wiadomości się minęły, bo stroje są trochę za duże. Ale lepiej za duże niż za małe. Wypływają pełne entuzjazmu, po niecałej godzinie wracają. Obstawiamy stopień zadowolenia z nurkowania , w skali od 0 do 5 , Wojtek obstawia 5, Halinka 4, ja , znając wymagania mojej Żony – 3. Pytamy o opinie – 0-1-1 , chyba z litości. Nurki były beznadziejne, dive-master się im zgubił a drugi nurek , Obet ,  schodził chyba pierwszy raz pod wodę . Trochę popływały same , ale rafa była słaba. Porażka.  Obet musi przyjąć sporo gorzkich uwag , obiecuje porozmawiać z bossem w sprawie odpłatności za ten blamaż.

20191116_105429a
U Rahaji , żony właściciela resortu, dziś dzień gospodarczy. Wyciągnęła wielkie pudło z kosmetykami i robi przegląd. Jest ponoć uznaną lokalnie kosmetyczką , robi makijaż najważniejszym paniom na wyspie. Nie jest to prosta sprawa , biorąc pod uwagę wysokie temperatury, zwykłe kredki spłynęłyby szybciej niż klientka wstałaby z fotela. Pokazuje zdjęcia przed i po , zwłaszcza te weselne. Kasia , najbardziej z nas z nią zaprzyjaźniona , łapie się na tatuaż henną.  Powinien wytrzymać kilka dni .

20191116_102842a
Popołudniowa sjesta upływa leniwie , korzystając z krótkiej chwili obecności internetu przeglądam wiadomości. Jedna jest elektryzująca – w pobliżu ,w Ternate ,  kilkaset kilometrów  od nas , wybuchł kilka godzin temu wulkan. Sam wybuch nie jest dla nas specjalnie groźny , ale często jego skutkiem jest tsunami , które potrafi zagrozić miejscom oddalonym o tysiące kilometrów.
Waham się , czy zepsuć humor bractwu, rozłożonym na leżakach ,  ale dochodzę do wniosku , że powinni wiedzieć o zagrożeniu. Mieszkamy w specyficznym miejscu , to
kotlinka otoczona wysokimi skałami i ewentualna fala tsunami nie dałaby szans ucieczki.

tsunami

Nie chcę wzbudzać paniki, więc staram się dobierać słowa rozważnie.  Patrzą po sobie zdezorientowani. Ktoś chwyta za telefon i potwierdza – to nie żart. Bardzo spokojnie oferuję rozwiązanie sytuacji : ” Ponieważ wygląda na to , że to nasze ostatnie chwile, proponuję orgię. Tu i teraz , bo czas ucieka”.  Chwila szacowania zasobów , patrzą po sobie spod oka. Ktoś rozładowuje sytuację : ” Myślałam , że zaproponujesz raczej utylizację reszty alkoholu , tu i teraz …” . Mówię, że jedno drugiemu nie przeszkadza , a wręcz przeciwnie , trzeba tylko wybrać , od czego zacząć.

ce702ab82477a447d17498d3f96b5180
Niestety wielce obiecujące popołudnie niszczy Dorota, która wypatrzyła najnowszy komunikat , że tsunami nam ( niestety) nie grozi.
Reszta dnia upływa na indywidualnej analizie utraconych szans.

Po hennie wieczorem nie ma już śladu.

Raja Ampat 2019 # 8 Trzy żony na ściance ( nie licząc dzieci )

P1000712bRankiem budzą mnie krzyki ptaków. Donośne , pierwsze skojarzenie to „Park Jurajski” . Zanim zdążę wyjść nie ma po nich śladu. Za chwilę pojawiają się kolorowe papugi, niestety dość wysoko, w koronach drzew. Przelatuje barwne ptaszysko, to mój pierwszy rajski ptak. Wygląda na to , że wczesne wstawanie to i tu będzie konieczne. Na śniadanie wreszcie chleb. Najzwyklejszy , biały, tostowy . Między dwie kromki wkładam płat jajka sadzonego , trochę sosu chilli i uczta gotowa. Na deser tościk z dżemem truskawkowy. Czuję , że będzie mi się tu podobać.
Mamy plan , aby dziś przejść się do sąsiedniej wioski , to tylko 3 kilometry, uśmiecha mi się spacerek po lesie w upalny dzień. Jesteśmy gotowi , ale Obet, nasz guide , nas wstrzymuje. Wyjdziemy o 10:40 , bo wtedy odpływ pozwoli na przejście. Wygląda na to , że pójdziemy brzegiem morza, nie lasem. Punktualnie o 10:40 wychodzimy. Skacząc po kamieniach, brodząc w wodzie, grzęznąc w piasku pożeramy dystans metr za metrem.

20191112_110737aMimo trudności fajnie jest odkrywać nowe miejsca. Plaża nie jest bardzo zanieczyszczona plastikami, tylko gdzieniegdzie można zauważyć nakrętki czy fragmenty opakowań. Wrażenie robią mangrowce , szczególnie te dopiero wyrastające z piasku. Wyglądają jak spore szparagi.

P1000508b
Nie widać ludzi, dopiero po pewnym czasie spotykamy dwóch miejscowych , palących zioło, ale nie zwracają na nas uwagi.Nawiasem mówiąc za marihuanę grozi w Indonezji 15 lat więzienia. Ruchy separatystyczne w Banda Aceh wymieniały  marychę na broń, stąd chęć ukrócenia procederu. W ogóle prawo w Indonezji jest mocno restrykcyjne, przy czym nie można nazwać jej państwem policyjnym. Raczej militarnym , wojsko ma sporą władzę i spore przywileje. Podobno dżungla Nowej Gwinei jest pełna tajnych baz wojskowych , które bezwzględnie rozprawiają się z wszelkimi nieprawomyślnymi ruchami.P1000500a
Po godzinie wędrówki pojawiają się pierwsze , samotne domki , ale wsi jeszcze nie widać. Ciekawe , co spowodowało , że ludzie wybudowali sobie domki w takim oddaleniu od innych siedzib ? Jeszcze pół godziny i jesteśmy na miejscu. Wioska nazywa się Mumes. Teraz Obet przyznaje się , że jeszcze nigdy nie szedł do wioski , zawsze podpływali łódką, i jest wykończony marszem. Osada wygląda bardzo porządnie , jest czyściutko, mnóstwo kwiatów i zieleni. Mijamy kościół i dalej idziemy główną aleją.

P1000525b Mieszkańcy przyglądają nam się z okien. Dochodzimy do punktu centralnego wioski, tu mieściła się kiedyś siedziba króla. Niestety, spaliła się kilkadziesiąt lat temu. To , co pozostało, pokryto dachem, nienaruszony został jedynie tron władcy. Ma postać sporego walca , a właściwie beczki i nie jest zbyt efektowny.

rUB1DhlMTDGBpdRxoLEeAQa

Dookoła nas zbierają się mieszkańcy , starsi i dzieciaki. Wreszcie coś się dzieje. Częstujemy się papierosami , nie ma tu sklepiku , ale babka ma wszystko. Przynosi papierosy i kawę , kilka ciasteczek. Pytamy Obeta, czy byłaby możliwość odwiedzenia szkoły , mamy trochę drobiazgów dla dzieciaków a wypada , aby obdzieliła ich nimi nauczycielka. Przychodzą aż trzy, jedna z nich jest dyrektorką szkoły , ale nie wiem która. Podają rękę, rzadko to się tu zdarza. Dopijamy kawę i sporą grupą maszerujemy do szkoły. Z opłotków dołączają kolejne dzieciaki , które jeszcze przed chwila właziły na drzewa albo ganiały za szmacianą piłką.

P1000535a
Szkoła jest porządna, zbudowano ją dwa lata temu. W środku skromne ławki , pomazane atramentem. Pani usiłuje wprowadzić porządek , woźny jej pomaga , wreszcie dzieciaki stają w miarę porządnie . Halinka przygotowała sporą kupkę zeszytów i pisaków, pani rozdaje według uznania. Mam wrażenie , że wszystkie dzieci zostały obdarowane , w każdym razie nie kłócą się między sobą.

20191112_123449a Teraz czas na sesję fotograficzną. Dzieciaki się ośmieliły i nie chowają się za siebie , jak jeszcze przed chwilą. Wręcz przeciwnie – trudno jest zrobić solowe zdjęcie, bo zaraz przybiega kilku innych , chętnych do uwiecznienia.
Zbieramy się do odwrotu , kiedy jedna z pań , z dzieckiem na ręku , koniecznie chce sobie ze mną zrobić zdjęcie . Oczywiście nie mam nic przeciwko, więc kolejne korzystają z okazji i tak oto staję się gwiazdą ścianki. Warto było tu przyjechać , choćby dla tych chwil.
20191112_123556b
Po drodze na przystań zaczepia nas gość, budujący chatę . Kłóci się z Obetem, okazuje się , że to starszy wioski i ma pretensje , że nie był odpowiednio poinformowany o wizycie. Ale to jego problem , nie nasz.
Szczęśliwie na przystani łódka już czeka, dzieciaki machają nam pożegnanie , my machamy do nich dopóki nie znikają w oddali. Po kilku minutach jesteśmy w domu.
Po obiedzie dziewczyny wybierają się na kajaki. Jest kilka, większych i mniejszych, wiosła ciężko skompletować , ale jakoś się udaje. Po godzinie wracają , opowiadają o pięknych rafach na wyciągnięcie ręki i jaskini w skale. Kajaki trochę przeciekają , ale wycieczka była udana.
Nad nami , bardzo wysoko, szybują czarne ptaszyska . Wypatrują  z wysokości żarcia , choć nie widzę, aby któryś pikował w dół. Mieszkają w gniazdach na skałach, są zbyt ciężkie , aby wznieść się z ziemi. Czasem przemknie zaprzyjaźniony , brązowy orzeł , ma gniazdo gdzieś niedaleko.

20191112_111807a
Jest pięknie i spokojnie, nawet muchy gdzieś zniknęły.
Rozleniwiamy się , chodzimy coraz wolniej, Halinka prosi Wojtka , aby  przyniósł książkę z domku , ale po chwili orientuje się, ,że przy jego tempie poruszania się wcześniej zapadnie zmrok niż rozpocznie lekturę. Halinka ma ze sobą podręcznik do nauki hiszpańskiego, w pełnym słońcu ambitnie rozwiązuje testy. To się nazywa ” aktywne wakacje „.

20191116_124802a
Dziś na kolację specjał – homar , złowiony własnoręcznie przez Obeta. Jest piękny, duży , ale po usunięciu pancerza mięsa w nim  tyle , co kot napłakał. Jest też w ogóle nie doprawiony, nie jestem specjalistów od homarów, ale ten jest zupełnie bez smaku. Mimo to wylewnie dziękujemy łowcy , wymownie klepiąc się po brzuchu. Któraś z pań idzie jeszcze dalej, ciamkając i oblizując usta. Czuję , że w najbliższych dniach  grozi nam dieta homarowa.

P1000492a

Raja Ampat 2019 # 7 Dryfujemy ku nowej przygodzie

20191111_093702aRankiem Herrmann wywozi do Waisai Turków . Daję mu numer telefonu do Mayalibit , naszej następnej miejscówki , aby uzgodnił godzinę podjęcia nas z Waisai. Pakujemy się, żegnamy z mieszkańcami, dziewczynki zostają obdarowane drobiazgami szkolnymi, pozujemy do wspólnych fotek. Sympatyczni ludzie, są prawdziwą wartością dodaną tej osady.
Droga do Waisai mija szybko , morze jest dziś wyjątkowo spokojne.Kolejna nasza miejscówka w zamyśle ma być lepsza od Daroyen. Utwierdza mnie w tym przekonaniu łódź , za pomocą której mamy się tam dostać. Chłopaki z Mayalibit przepakowują nasze bagaże na swoją łódź, ale my musimy jeszcze zrobić zakupy. Dziewczyny są spragnione owoców , w Daroyen było ich jak na lekarstwo. Musimy też uzupełnić zapasy alkoholu , który choć drogi ,sympatycznie umila wieczory.Bierzemy taksówkę znajomego naszego gospodarza i ruszamy na miasto. 20191115_113753aNa targu kupujemy trochę owoców , zahaczamy o market , znajoma hurtownia też staje na wysokości zadania. Nienawidzę tych świętoszkowatych spojrzeń ku niebu , kiedy z Wojtkiem wychodzimy z kilkoma siatkami napojów…Tak, tak , ten napój , o który będziecie się dopominać wieczorem bierze się właśnie stąd. Analogiczna sytuacja do tej , kiedy ktoś użala się nad losem biednych świnek , a nie wyobraża sobie obiadu bez mięcha.
Zakupy zrobione , wracamy na przystań. Czule żegnamy się z Herrmannem i wskakujemy do motorówki. Chłopaki ruszają z rykiem dwóch wielkich Yamah, podczepionych do łodzi. Nie trwało to długo . Jeszcze w porcie silniki zaczynają terkotać i w końcu w ogóle przestają pracować. Sternik zna te przypadłości , paliwo jest prawdopodobnie zanieczyszczone i filtr się zatkał. Sprawnie go przedmuchuje i … nic. 20191111_121444aDryfujemy sobie spokojnie ku uciesze gawiedzi w porcie.Raz po raz budzi się nadzieja, raz jeden , raz drugi silnik zaczyna pracę , ale na dobrych chęciach się kończy. Chłopaki rezygnują z ambicji i kiedy po kilkunastu minutach jeden z silników zaczyna pracować na niskich obrotach , ale bez przerw, postanawiają dostojnie oddalić się z pola widzenia gapiów  . Silnik milknie , gdy tracimy przystań z pola widzenia.Taka zabawa trwa już z pół godziny. Nie komentujemy wpadki  , zdajemy sobie sprawę , że chłopakom musi być bardzo głupio.
Wreszcie załapały , najpierw jeden , potem drugi ruszamy z fasonem i pełną mocą. Płyniemy wzdłuż brzegu, rzadko widać jakieś osady, przeważnie to ściana lasu, dochodząca namorzynami do morza. Wreszcie skręcamy do brzegu, widać naszą osadę. Jest położona w małej kotlinie , otoczona z trzech stron wysokimi skałami, z czwartej strony przypływamy. P1000481aMorze pod nami mieni się kolorami , im bliżej brzegu tym jest bardziej seledynowe, widać piaszczyste dno. Wyskakujemy z łodzi , rozglądamy się . Jest kilka bungalowów i piętrowa jadalnia. Jest ciepło, śpiewają ptaki , domki wyglądają porządnie – raj! Przede mną idzie Wojtek, słyszę , jak narzeka – znowu nie ma internetu . Męskimi słowami usiłuję go przekonać , że szklanka jest w połowie pełna i nawet bez internetu będzie tu fajnie. Rozstajemy się , zgrzytając zębami. Z innych domków dobiegają entuzjastyczne głosy dziewczyn , pokoiki są miłe, dwa osobne łóżka, każde pod swoją , bardzo porządną moskitierą , łazienka pod gołym niebem , na podłodze kamienie.P1000476a Te kamienie to moja zmora – rzeczywiście są praktyczne, gdyż pod prysznicem nie stoi się na betonie czy plastikowej, zagrzybionej macie ale mnie strasznie uciskają w stopy. Na szczęście problem z bolącymi stopami dopiero przed nami , bo i tak nie ma wody. P1000478aNie ma też prądu , zasięgu telefonu , internetu i wielu innych rzeczy , które wydają nam się niezbędne do życia. A nie są.
Idziemy się popluskać do wody , dobrych kilka metrów od brzegu dno jest piaszczyste, później gdzieniegdzie pojawiają się wodorosty a za nimi mała , sympatyczna rafa.  Po kąpieli gospodyni zaprasza nas na lunch, menu nieco bogatsze niż w Daroyen. Leżaki zapraszają do sjesty,  mnie do większej aktywności skłaniają muchy. Są uciążliwe, z niepokojem myślę o tygodniu spędzonym wśród roju  latawców.  Zasięgam języka – woda i prąd będą pod wieczór, gdy włączy się agregat prądotwórczy. Internet też ma być z routera , bez prądu nie działa , ale trzeba być czujnym , dostajemy login i hasło. Telekomunikacja z powietrza nie ma zasięgu na tym zadupiu.
Około piątej , kiedy zaczyna robić się szaro, chłopaki włączają agregat. Po chwili pojawia się woda i prąd. Router chodzi-nie chodzi-chodzi- nie chodzi … Daję sobie spokój . Po kolacji , bliźniaczo podobnej do obiadu zasiadamy do kart, obserwując nietoperza , łapiącego owady nad naszymi głowami. Po ścianach śmigają jaszczurki. Swojsko.
Budzę się w środku nocy i swoim zwyczajem spędzam kilka godzin na fotelu na tarasie. Tak , wreszcie są tu wygodne meble. Miła odmiana.Nad ranem wracam do domku, wkrótce czekają nowe wyzwania.20191116_110536a

Raja Ampat 2019 # 6 Dla każdego coś miłego

P1000268aDzisiaj też sobie odpuszczam morskie przygody. Czeka mnie ciężkie przedpołudnie rozliczenia wszystkich naszych ekstrawagancji. Siadamy z Herrmannem w jadalni, zaprasza żonę z notesikiem. Wstępnie już podliczyli kwotę , ale proszę o rozbicie, muszę dojść do tego , jak obciążyć nurków a jak snurków , pamiętając, że Basia miała o jeden dzień nurkowy mniej a Kasia przywiozła swój sprzęt i nie korzystała z miejscowego. Do tego ja brałem udział w mniejszej ilości wypraw niż pozostali. Walczymy dość długo , Herrmann dyktuje, pani pisze i liczy na komórce. Przy okazji okazuje się , że jest możliwość płacenia kartą, pokazują terminal. Pechowo jednak nie ma dziś internetu i telefony też nie działają , więc terminal może służyć jedynie do wbijania gwoździ. Dwie godziny mijają , dochodzimy wreszcie do konsensusu . Przynoszę kilka paczek banknotów , pani liczy miliony. Zgadza się, Herrmann jest wzruszony taką góra pieniędzy , jeszcze wczoraj pożyczał kasę od Kasi , więc chyba czekali na to rozliczenie jak na zbawienie.Idę pomoczyć się w wodzie i z daleka widzę wracającą ekipę. Dobrze się bawili – wyspa nietoperzy, laguna jak na Malediwach , plaża tylko dla siebie… Cieszę się ich radością.20191108_104255b Żal wyjeżdżać, choć warunki nie są takie , do jakich jesteśmy przyzwyczajeni. Wojtek chwali kawę – to mieszanka mielonej i rozpuszczalnej o dziwnym smaku, Dorocie smakują ekspresowe herbatki parzone w letniej wodzie. Kasi podoba się rodzinna atmosfera a Basi pasuje towarzystwo Kasi. Gdyby wprowadzić tu trochę drobnych usprawnień , na przykład aby drzwi do toalety się zamykały to byłoby całkiem przyjemne miejsce na relaks. Oczywiście w grupie, bo nie wyobrażam sobie samotnego pobytu , nawet przy trzech nurkowaniach dziennie. Co z pozostałą częścią dnia? Nuda. Bardzo dużym plusem Daroyen jest dogodne położenie w bliskości głównych spotów nurkowych i baza sprzętu. Kilka razy Herrmann przywoził łódką nurków z pobliskich osad, którzy nie mieli tam możliwości wypłynięcia na nurkowisko. Ostatnio była to nawet para Polaków.20191110_084111b

Dziewczyny sporządziły zestawienie najlepszych miejscówek do nurkowania , które odwiedziły.

Według Doroty jest to Sardinian Reef ze względu na obfitość zwierząt, także dużych.Szkoda tylko , że nie było mant.
Kasi spodobała Gam (Fam)  Reef , pełna wielokolorowych korali i ukwiałów.
Dla Basi numer 1 to Melissa’s Garden , rafa bogata w życie podwodne , no i tam pierwszy raz sama wypatrzyła skorpenę. Ta jadowita ryba znakomicie się maskuje na dnie , tym większy sukces.

w4a

Halinka jest bardzo dumna z siebie i wdzięczna Basi za pomoc w pierwszych kontaktach z podwodnym światem.
Wojtek szczególnie jest zadowolony z randki z Żoną na bezludnej wyspie , gdzie bez przeszkód mogli się oddać swawolom wieku średniego , czyli zbieraniu muszelek.

Widać z tego , że każdy znajdzie tu coś dla siebie.

P1000383a

 

Raja Ampat 2019 # 5 Kapok z betelem

20191106_111219aPrzy śniadaniu gaworzymy o tym i owym , pytam , czy zabrali jakieś drobiazgi dla dzieciaków . Owszem , każdy ma jakieś zeszyciki, ołówki, kolorowe karteczki. Tylko Basia siedzi spięta. Ma dylemat – chciałaby podarować gospodarzom piękne magnesy , ale w całej wiosce nie ma kawałka metalu, aby je zawiesić. Pada uwaga , że powinna dołączyć do magnesów lodówkę, wtedy upominek miałby sens. Ale też nie do końca , bo i tak z prądem są kłopoty. I tak z dwóch magnesów robi się poważna inwestycja , ze stacją trafo łącznie.
Mam wrażenie , że morze nie jest dziś specjalnie spokojne, moje zdanie chyba podzielają tubylcy, jedna z dziewczynek , starsza Raja idzie ubrana w kapok. Młodsza – Lina – nie ma żadnego zabezpieczenia, ale jest tak bystra i pomocna , że jesteśmy pewni , że da sobie radę w czasie największych sztormów. P1000048aAle nie jest tak źle, do pierwszego spotu docieramy bez problemów, jest to wysepka na środku morza , więc snurkowie odmawiają współpracy , pod łodzią głębia zdaje się nie mieć dna. Sternicy pogadują między sobą, zacumowana o skały łódź kołysze się łagodnie. Miło , zwłaszcza , że nikt nie wymaga ode mnie  zanurzania się w wodzie.
Po godzince nurkowie wypływają , są wszyscy – Polki, Turcy, Hiszpanki. Płyniemy spory kawałek do majaczących na horyzoncie wysp. To Pianemo , perła w koronie Raja Ampat. 20191107_091111aWpływamy powolutku do środka laguny , otwierają się coraz to nowe perspektywy, morze przechodzi gładko z barwy głęboko zielonej czy granatowej w jaśniejsze, na delikatnym seledynie przy plaży kończywszy. Pogoda jest wspaniała, przejrzystość powietrza doskonała, kolory ostre , aż rażą oczy. Dobijamy do przystani. Poza nami nie ma prawie nikogo, tylko grupka miejscowych w kramach , oferujący słodycze, napoje  czy świeże kokosy. Po chwili relaksu z kawą i kawałkiem banana w cieście , zabranymi z wioski udajemy się na punkt obserwacyjny. Jest czysto , schody są nowiutkie i bardzo przyjazne, mimo , że podobno jest ich ponad trzysta. Droga wiedzie w głąb lasu, duże drzewa dają miły cień. Po kilkunastu minutach jesteśmy na platformie obserwacyjnej. Widok zatyka dech w piersiach.20191107_091634b Kilkadziesiąt kopców wystających ponad powierzchnię wody tworzy labirynt, połączony wielobarwnym morzem. Nie sposób oprzeć się uwiecznieniu nieziemskiego widoku , robimy zdjęcia jak szaleni. Sami , w grupie, z miejscowymi czy znajomymi z wioski.20191107_092233a
Ale to nie koniec. Schody wiodą jeszcze wyżej, stąd perspektywa jest jeszcze lepsza. Piękne miejsce , zgadzamy się , że jest jednym z najpiękniejszych , jakie zdarzyło nam się w życiu oglądać. Gdyby nie żar z nieba pewnie siedzielibyśmy tam jeszcze z tydzień. Niechętnie zbieramy się do łodzi. Fala trochę się wzmaga, ale nie płyniemy daleko. Lądujemy na bezludnej plaży , tu zjemy lunch. Tuż przy brzegu , na płyciźnie , znajduje się rafa . Aż się prosi o fotki , bo woda jest kryształowo przeźroczysta. Dorota woła mnie na posiłek , dzisiaj święto , podano jajka.  Fajna odmiana, nie jesteśmy w stanie wszystkich zjeść. Chłopaki wiedzą , dlaczego wzięli ich tak dużo – rzucają kilka w krzaki i po chwili znajdują się amatorzy.P1000308a Z zarośli wyłania się spora jaszczurka, tak z 60 cm. Ze smakiem wcina jajko , potem drugie i znika. Za chwilę wraca z rodziną, we trójkę oczekują na więcej. Niestety , jajka się skończyły a ryż obchodzą szerokim łukiem. Kręcą się jeszcze chwilę , potem z niesmakiem i godnością wracają do siebie.
Droga powrotna nie zapowiada się zbyt dobrze. Fale wzmagają się a do domu mamy prawie 40 km.Płyniemy wzdłuż fal, to nowe doświadczenie. Niezbyt nam się podoba taka jazda , bo bujamy się w poprzek. Dziewczynki siedzące na dziobie zaczynają się niepokoić. Raja woła do ojca , siedzącego przy sterze, aby podał jej kapok , rozciągnięty na ławce. Ten udaje , że nie słyszy, dziewczynka prawie płacze. No , ale jak sternik może jej podać kapok, skoro osłania jego największy skarb – woreczek z betelem. Są pewne priorytety.
Dziewczynki wyglądają jak kupka nieszczęścia. Wołam je do nas ,chwilę myślą , po chwili  jednak dołączają. Rana wtulona w Wojtka a Lina w Basię zasypiają mimo bujania. Płyniemy tak prawie dwie godziny , nie jest to przyjemna przejażdżka, ale w końcu docieramy do wioski bez strat w ludziach.
Bardzo miło , że gospodarze dziękują opiekunom za ich troskę , ojciec pewnie bardziej za uratowanie towaru, ale  ważne są intencje.
Wieczór spędzamy na schodkach przy muzyczce ze smartfona podłączonego do głośniczka JBL, całkiem przyjemna jakość a Sade bardzo wpasowała się  w klimat wieczoru .20191109_190328b

Raja Ampat 2019 # 4 Słodkie nicnierobienie

+w3a Kasia w skowronkach , nie może się nachwalić opaski. Dobrze, że choć to cywilizacja możne nam zaoferować. Melduję wszystkim , że dzisiaj nigdzie się nie wybieram, zostaję na wsi.Mam dosyć, do stresu związanego z podróżą dochodzi nerw nurkowy a najbardziej wkurza mnie fakt, że nigdzie nie ma czegoś miękkiego do posiedzenia – fotela , poduszki czy pufy. W sumie lepiej siedzieć na twardym  w domku niż cały dzień skurczony na łodzi. Materac w domku ma ze 2 cm grubości i kiedy się na niego położyć to jakby spać na podłodze.Bolą mnie też uda i ręce – do zadrapań na Skale Ocalenia wdało się jakieś zakażenie , boli jak diabli . Trzeba dodać do tego otarte krocze , na wskutek czego poruszam się szerokim , marynarskim krokiem  i rany na przedramionach po ukąszeniach komarów, pracowicie rozdrapane . Czuję , że jestem bliski wybuchu i muszę się odizolować. Nie wiem , jak to zrobić i wytłumaczyć , aby nie być posądzonym o focha, ale wybawia mnie Moja Żona pytając , czy zamierzam pisać. Tak , właśnie to jest powód izolacji. 20191109_142301a
Ekipa przyjmuje to za dobrą monetę i wyrusza w poszukiwaniu kolejnych przygód. Kiedy wyjeżdżają przychodzi Herrmann i z niedowierzaniem pyta , czy naprawdę chcę zostać. Kiedy potwierdzam oznajmia , że lunch będzie kiedy wszyscy wrócą. Wisi mi ten lunch , bo ostatnio z szerokiego menu biorę tylko kupkę ryżu i dla niepoznaki polewam wodą z warzyw. Nie ma za czym tęsknić.P1000497a
Po wypłynięciu łodzi następuje cisza. Taka totalna, nawet morze nie szumi. Ludzie albo wypłynęli albo poszli na drzemkę, nie słychać ptaków. Tylko z nieba spływa coraz większy żar, a ze mnie coraz większe krople potu. Idę do domku , rzucam okiem na plecak z kasą , wygląda na nieruszony ,  ale oczywiście nie sprawdzam czy suma się zgadza. Musiałem wymienić sporo dolarów, bo na tym zadupiu inna forma płatności jest mało praktyczna.Nie wiem też , czy booking mi ściągnie z karty kredytowej czy też ( tak bywało) właściciel przybytku będzie oczekiwał gotówki. Zwłaszcza w przypadku Daroyen sprawa była niejasna.w1a Już nawet nie pamiętam , jak do nich trafiłem , ale ujęła mnie szybka i kompleksowa odpowiedź na moje zapytanie. Później korespondencja również odbywała się składnie , co nie jest regułą. Prowadził ją syn Hermanna , Yohannes, który uczy się w Jayapurze. Herrmann słabo pisze nawet po lokalnemu , więc na korespondencję z nim nie było co liczyć , a zresztą nie było takiej potrzeby. Homestay to rodzinny biznes i atmosfera panuje w nim rodzinna. Nie biesiadujemy z nimi , ale nie jesteśmy anonimowi, jak to w większych ośrodkach bywa. Jako jeden z nielicznych w okolicy ma bazę nurkową i najlepszych ( jak zachwala) instruktorów divingu. Manu , dive-master , rzeczywiście dobrze wyszkolony i pomocny , dziewczyny go chwalą. Sprzęt trochę jest spracowany , ale daje radę.20191107_072604b
Oceniam , że generalnie z bagażami wszystko jest ok, dobre zabezpieczenie domku to podstawa.
Ja generalnie mam zaufanie do ludzi. Uważam , że skoro sam staram się być uczciwy wobec nich to oni są tacy sami wobec innych , także mnie. No , ale każdy sądzi po sobie.
Zgodnie z przyjętym postanowienie wychodzę do jadalni napisać parę słów do blogu. I to mi się udaje. To znaczy napisać parę słów, bo jest tak gorąco, że pot zalewa mi oczy i klawiaturę.Nie da się pracować w tych warunkach. Wracam do domku , zostawiam warsztat pisarski i postanawiam definitywnie rozpracować sprzęt nurkowy. Morze cofnęło się o kilkanaście metrów, pływanie nie jest możliwe, idę więc kawałek brodząc we wciąż płytkiej wodzie. Kiedy sięga kolan z rozkoszą zanurzam się , choć temperatura wody jest bliska tej na powierzchni. Do pływania trzeba się też przygotować, jesteśmy przecież na równiku. Bandanka na głowie i koszulka to podstawa , choć głowę czasem wystarczy posmarować kremem z filtrem +50  .P1000317b Pływanie bez zabezpieczeń grozi przykrymi konsekwencjami. Tak więc uzbrojony i przygotowany na najgorsze wypróbowuję wszystkie warianty ułożenia maski. Na nic to się zdaje.Maksymalnie po kilku sekundach od zanurzenia zaczynam nabierać wody. Ta maska to najnowszy hit mody podwodnej, zintegrowana z rurką , pozwala penetrować głębiny z dużo większą swobodą niż dotychczas stosowane maski z niezależną rurką. Pod warunkiem , że jest odpowiednio dopasowana i nie nabiera wody. Mimo , iż mam już świadomość, że wielkich wyczynów snurkowych na tym wyjeździe nie dokonam przechadzam się po okolicznych płyciznach, gdzieniegdzie całkiem kolorowych. P1000393aNie chce mi się wychodzić z wody , na zewnątrz nadal panuje upał. Zanurzony po szyję obserwuję świat dookoła. Z rzadka przepływają terkoczące łódki , poza tym cisza i spokój. Wracają nurkowie , trzeba wyjść z wody i zapytać o wrażenia.Po lunchu ( ryż ) słodka sjesta. Siedzimy na schodkach i gadamy . Wszystkim , mimo spartańskich warunków, bardzo się tu podoba. To jakby wspomnienie młodości , kiedy nie było ważne „jak” , ale „z kim”. Miejscówka położenie ma idealne, wszędzie stąd blisko do najlepszych spotów nurkowych. Jutro popłyniemy trochę dalej , mam nadzieję , że Neptun okaże się łaskawy.
Przypływ przyniósł trochę brudów na plażę , plastiku stosunkowo niewiele, ale leżące wodorosty  jej nie upiększają. Niewiele się namyślając idę po grabie do gospodyni i zaczynam sprzątać . w2aPo chwili pani przysyła córkę z płachtą , na którą wrzucamy śmieci. Dołącza jedna z Hiszpanek, ta najbardziej eko i fit, po chwili plaża jest czyściutka. Jestem zadowolony , że nie do końca zmarnowałem dzień.P1000020b

Raja Ampat 2019 # 3 O jeden naleśnik za dużo

P1000108aDziś trochę odmiany – trzy nasze dziewczyny zabierają się do nurkowania na serio. Przymierzają kombinezony i płetwy. Tylko Kasia jest lepiej wyposażona, dużą część ekwipunku wiezie z Polski. Naprawa instalacji przez Herrmanna przynosi częściową poprawę , a właściwie zmianę.Mamy już światło w pokoju, ale za to Basia nie ma światła na tarasie. Mam wrażenie , że po prostu jej żarówka pracuje teraz dla nas. U Kasi światło świeci nadal całą noc , ale jakby jaśniej. A no i mamy też prąd w pokoju, będzie można podładować komórki , o ile znajdzie się kawałek miejsca , aby je sensownie ułożyć.
Nie ma co się tym jednak teraz zajmować , idziemy na śniadanie. Czekają już pyszne, malutkie naleśniczki z nutellą, ale ich ilość nie powala.Wielkość także , zwinięte  mają grubość ołówków. Kiedy zjadamy po dwa , na talerzyku pozostaje jeszcze jeden, trochę się wzbraniam , ale chętnie korzystam z dodatkowego przydziału.P1000101a
Pobudka o 6, o 7 śniadanie, o 8 wypływamy – to codzienny rytuał. Kierujemy się na Manta Point, dziewczyny ostrzą sobie zęby na manty-olbrzymy , ale kiedy dopływamy krąży tam już kilka łódek. Dive-masterzy wymieniają uwagi – mant nie dowieźli i nie wiadomo czy się dziś pojawią. Płyniemy więc dalej. Dziś fale są całkiem duże , raz po raz woda wdziera się do łodzi. Przy wysepce na środku morza łodzie zatrzymują się i nurkowie wysiadają. Ale tylko dwie , bo okazuje się , że butla Basi jest pusta i musi zostać z nami na łodzi. Margu patrzy pytająco, ale wysokie fale nie zachęcają do snurkowania. Siedzimy więc w łodzi i czekamy.
Bujanie łódki daje się we znaki, Basia wychyla się za burtę.Pełni współczucia wspominamy własne przygody . Jednemu zaszkodził bigos na dworcu w Koluszkach, komu innemu nalewka dziadunia wypita z kumplami w parku czy połączenie bimbru z orzeszkami Przypominam anegdotkę rodem z „Trzech panów w łódce, nie licząc psa” ( polecam!) o gościu który opanował sztukę utrzymania równowagi na statku w czasie sztormu . Nasze opowieści odnoszą skutek , Basia pozbywa się treści żołądkowej w przyśpieszonym tempie.35494b
/http://beritatrans.com/
Niestety , narastające bujanie powoduje, że myślę goryczą o swoim łakomstwie. Dwa naleśniczki zupełnie by wystarczyły na śniadanie , co mnie podkusiło na trzeciego ? Czuję , że i jemu nie jest komfortowo w moim żołądku i za chwilę poprosi morze o azyl. Na szczęście fale trochę odpuściły, pojawiają się nurkowie i odpływamy .
Kierujemy się do słynnej bazy nurkowej Arborek .P1000121a Po długim pomoście można dojść do centrum wioski , co też czynię. A po kilku krokach żałuję.Deski są rozgrzane prawie do czerwoności, zanim dojdę do końca stopy są zdrowo odparzone.  Chwilę kręcimy się terenie , nie ma w sumie nic ciekawego, ale domki mają ładniejsze od naszych. Z końca pomostu wołają na poczęstunek , trzeba wracać. Moczę nogi w morzu i staram się iść na piętach. Pod daszkiem jest kawa i jakieś ciasteczka. Staram się trzymać nogi tak , aby nie dotykały desek i mogły trochę odpocząć. P1000115bGrupa zbiera się do snurkowania w pobliżu , ja podejmuję głębokie postanowienie trzymania się od sprzętu i wody z daleka. Przynajmniej jeszcze dziś. Z pomostu też dobrze widać wodę. Rybki duże i większe, leniwie przepływają nawet rekiny rafowe.
Siedząc w łódce można  podglądać świat. Oto do pomostu przybija duża motorówka z napisem Police. Mundurowi biorą się do cumowania, wychodzą dwaj dostojnicy. Kontrola stanu bezpieczeństwa. Rozmawiają z szefem placówki , klepią go po ramieniu, ot, gospodarska wizyta. Za chwilę wyłaniają się z motorówki już po cywilnemu, bardzo cywilnemu , bo w gatkach i podkoszulkach na ramiączkach i zmierzają naszej części pomostu. Tu w asyście niższych rangą ubierają kapoki, zakładają maski i rurki i po drabince schodzą do wody. P1000128aChwilę dostojnie pływają, ryb pod pomostem jest mnóstwo. Stójkowi kucają na niższej części pomostu i są gotowi na wszelkie rozkazy. Minister chyba coś zarządził , bo jeden z nich biegiem leci do wioski i przynosi torebkę ze specjałami. Wyjmuje je pojedynczo i rzuca ministrowi prosto do ust. Trochę przesada z tą służalczością, przecież wystarczyłyby zwykłe konfetti.  Ale nie, bez okularów łatwo o pochopne wnioski. Stójkowi rzucają po prostu karmę dla rybek , aby przybyły w większej , należnej notablowi, ilości. Ci jeszcze chwilę pływają , potem jednak ucinają sobie pogawędkę z policjantami, jak to człowiek pracy z człowiekiem pracy : „A co tam u was, wszystko dobrze? Ta jest panie Ministrze !” .P1000123a
Po powrocie Kasia nie wytrzymuje i w mocnych słowach napomina chłopaków , aby bardziej przykładali się do sprawdzenia sprzętu ” I’ll killl you !” . Kasia ma sylwetkę Brienne z Tarthu, robi wrażenie, o jej szlachetnym charakterze  ( i poczuciu humoru) nie mieli jeszcze okazji się przekonać , więc dostają wielkich oczu i obiecują , że wpadka już się nie powtórzy.
Pozostała część dnia to dzień świstaka – na lunch ryż z warzywami i ryba , na kolację to samo, pomiędzy nimi sesja internetowa. Mamy dwie lokalne karty SIM , dzielimy się łączami i wszyscy po chwili zanurzają się w wirtualne światy. Prędkość nie jest zbyt duża, łączność czasem zanika , ale nie ma co narzekać. To koniec świata. Operatorowi pewnie nie bardzo się opłaca budować maszty dla garstki mieszkańców i jeszcze mniejszej garstki turystów.Jest przypływ , woda podchodzi aż pod schodki domku. P1000470aGłówna sala konferencyjna znajduje się między domkami, siadamy na schodkach , niektórzy wygodniejsi przynoszą ze sobą miękkie siedziska, mówią na nie „fotele” a to zwykłe wycieraczki spod domku. To max luksusu, jaki można tu osiągnąć. Pytam Kasi jak jej się śpi ze światłem w oczy. Niezbyt pewnie odpowiada , że jest ok. Halinka wpada na pomysł użyczenia jej opaski do spania, jeszcze z samolotu. Zobaczymy , czy zda egzamin. Po kolacji karty, chwila rozmów i po 20 wszyscy w łóżkach, tzn. na materacach. Jeszcze w nocy wstaję , patrząc w gwiazdy i nadsłuchują odgłosów dżungli , ale sen w końcu morzy.20191112_182756b

Raja Ampat 2019 # 2 Na krawędzi życia i śmierci

P1000018aNoc jest niespokojna, przynajmniej w moim wydaniu. Zasypiam w moskitierze , budzę się koło północy z jakąś belką na głowie.Zapalam latarkę i stwierdzam , że konstrukcja moskitiery nie podołała naporowi kolorowych snów i spadła . Nie bez trudu montuję ją z powrotem i wychodzę na taras. Na krzesełku spędzam pół nocy, paląc, rozmyślając i odwiedzając świat w smartfonie.
Pobudka jest dość wczesna, o 6 wszyscy już są na nogach.Krótka toaleta i idziemy na śniadanie. Niezbyt bogate zresztą , kilka kawałków ciasta typu babka. Wychodzi po dwa kawałki na łebka. Trochę zdezorientowani rozglądamy się za resztą posiłku , ale znajome Hiszpanki wyprowadzają nas z błędu : tak właśnie wygląda codzienne śniadanie. Tak pierwsze , jak i drugie , na łodzi. Chcą nas zdenerwować , to pewne, złośliwy naród ci Hiszpanie. Omawiamy wrażenia pierwszej nocy. Nikt nie narzeka, Kasia opowiada , że światło , którego nie można zgasić i świeci w jej chatce całą noc nawet jej nie przeszkadza , czuje się przez to bezpieczniej. Nie komentuję , choć świecąca się całymi nocami żarówka kojarzy mi się raczej z więzieniem o zaostrzonym rygorze niż miejscem wypoczynku po wyczerpującym dniu. U nas za to żarówka świeci się tylko na tarasie, w środku nie działa i poruszamy się po omacku. Chyba , że uda się przypadkowo trafić na latarkę, która jednak lubi niespodziewanie zmieniać miejsce stacjonowania. 20191108_130632aHalinka i Wojtek mają problem odwrotny – nie działa światło na tarasie , no ale na szczęście księżyc zbliża się do pełni . Tylko Basia nie zgłasza żadnych uwag – w jej VIP-bungalowie wszystko działa, co ma działać. Nie działa światło w łazience, no ale tam nie ma żarówki. To jednak powoduje , że z korzystaniem z sanitariatu wstrzymuje się do rana, bo boi się nastąpić na coś bardziej czy mniej żywego. Melduję nasze uwagi Herrmannowi , obiecuje wszystko doprowadzić do porządku. Po śniadaniu rzeczywiście przychodzą  w liczbie czterech chłopa , porozstawianych w strategicznych miejscach , do tego pani gospodyni stoi na posterunku przy centralnym rozdzielniku prądu. Sprawdzają wszystko krok po kroku ale niewiele wskórali. Herrmann obiecuje , że kiedy przyjedziemy z nurków wszystko będzie działało perfekt. Pyta tylko o pozwolenie wejścia do naszego domku , co brzmi dość zabawnie , zważywszy na jego zabezpieczenie przeciwwłamaniowe.
20191110_080917aRuszamy więc w dwie łódki , w jednej my w drugiej nasi współspacze z Hiszpanii i Turcji. Dziś rozruch , będziemy tylko snurkować. Dobieramy płetwy i ruszamy. Jestem w bojowym nastroju , nurkuję z rurką od niepamiętnych czasów , kiedy z rodzicami jeździliśmy do Jugosławii. Co prawda nie było dla mnie odpowiednich butów i płetw, wszystkie jakieś małe , te które mam wydają się trochę duże i spracowane. Buty wyglądają jakby brały udział w  odwrocie Niemców spod Stalingradu , ale co tam – liczą się przede wszystkim umiejętności.
Płyniemy z pół godziny, morze jest spokojne, przy jednej z wysepek, w miejscu zwanym   Mike’s Point łodzie zatrzymują się i jeden po drugim wyskakujemy do wody. Po chwili rozglądam się dookoła i stwierdzam z niepokojem , że jakimś cudem oddaliłem dość znacznie od wszystkim. Dive-master co prawda bąkał coś o silnym prądzie , ale nie było czasu , aby dopytać , czy aby ten prąd nie utrudni pływania. Zawracam w kierunku wyspy, ale maska co chwila zachodzi wodą.Być może przyczyną jest broda, która nie pozwala na uszczelnienie gumy , ale ćwiczyłem z nią jeszcze w Polsce i było ok. Zaciskam troki na maksa , co niewiele pomaga. Dociskam ją więc jedną ręką , odpychając się drugą.  Po chwili czuję , że kąpielówki zsuwają mi się z brzucha i wędrują do kolan. Inaczej się zachowują , kiedy są suche a rozluźniają się w wodzie. Praw fizyki nie oszukasz luźną gumą . P1000368aUsiłuję je wciągnąć i po chwili mam maskę pełną słonej wody. Zamykam oczy i wciągam spodenki jak najwyżej. Jestem już kilkaset metrów od łodzi. Rozwiązaniem byłoby zdanie się na płetwy , ale mimo , że pracuję mocno stopami to majtają się one tylko wewnątrz za dużych płetw, które żyją własnym życiem i bujają się swobodnie. Czuję niemiłe mrowienie po plecach, muszę za wszelką cenę dostać się do ludzi. Jakimiś ruchami bardziej przypominającymi robaczkowe niż pływackie zbliżam się do wyspy. Jestem wykończony walką z nieprzyjaznym żywiołem. Na szczęście ponad powierzchnię wody wystaje kawałek skały , pokryty muszelkami. Wdrapuję się na niego i łapię oddech. Mimo , że prąd szarpie nie daję się zrzucić. Zaciskam uda jak na rodeo i przyklejam się ze wszystkich sił. Po chwili przypływa Wojtek , chwilę gawędzimy, staram się wypowiadać zdania z minimalną ilością niekulturalnych wyrazów. Po dłuższej chwili , kiedy woda wokół zabarwia się na czerwono od krwi z  ud i rąk odrywam się niechętnie od mojej wybawicielki i dołączam do grupy. Na szczęście, bo jedna z moich płetw zapragnęła wolności i popłynęła w siną dal. Łapie ją dive-master . Bez trudu nakładam ją na nogę , ale była to kropla , która przelała czarę goryczy. Płynę do łodzi, na szczęście prąd mi sprzyja . Oczy pieką  mnie od słonej wody, uda i ręce są mocno podrapane , ale żyję.
Snurkowanie to kolejny sport , który wpisuję na czarną listę głupich zajęć , zaraz za trekkingiem w górach. Mówiąc szczerze – w ogóle mnie nie interesuje to , co jest pod wodą. Ani ryby czy inne stwory, ani korale , skały czy kamienie. Jestem skłonny zaakceptować piasek, a jak pływanie to tylko w basenie. Ale pozostali radzą sobie dobrze, Halinka mimo pewnych oporów ( nigdy nie nurkowała z maską) trzymając za jedną rękę Margu  , naszego nurka , a za drugą Basię krąży swobodnie wokół. Może ma majtki bardziej dopasowane.20191106_113617a

Zbieramy się w łodzi , Dorota pyta z ciekawością , jak mi się pływało , odpowiadam mrucząc coś niezrozumiale , aby jej nie urazić. Bardzo jej zależy , abym się dobrze bawił w wodzie bo to jej żywioł , ale to czy będzie z tego fun nie zależy tylko ode mnie.
Dopływamy do fajnej plaży, są jakieś stołeczki, miejsca do biwakowania, nawet huśtawki nad wodą. Dzieciaki , które przypłynęły z nami z Daroyen od razu wpadają w wir zabawy.P1000031aGdy im się nudzi zabawę rozpoczynają nasze gorące Hiszpanki . Selfie gonią selfie, na huśtawce, pod huśtawką , w wodzie i na plaży, pojedynczo i w grupie. Tylko jedna , najsprawniejsza, próbuje wyskoków do wody, inne, bardziej rozłożyste, nawet nie zaczynają.
Po kawie i kawałku babeczki drzemka na ręcznikach, relaks.20191105_144634b
W planach mamy jeszcze dwa spoty nurkowe, ale kończy się na jednym . Jak na pierwszy dzień dosyć. Jest super , byłoby jeszcze lepiej , gdyby nie trzeba było nurkować.
Do domu przypływamy prosto na lunch. Ryż w pojemniku , trochę gotowanych warzyw i kilka kawałków strasznie suchej ryby. Niektórzy pożądliwie spoglądają na sąsiedni stół, może coś zostawią ? Relaksujące popołudnie , wieczorne karty i tak mija pierwszy dzień wakacji.P1000083a

Raja Ampat 2019 # 1 Daleko , jeszcze dalej

20191107_091903aRaja Ampat to archipelag wysp w indonezyjskiej prowincji Papua Zachodnia , słynie ze wspaniałych miejsc nurkowych i bajkowych krajobrazów . Stanowi cel naszej tegorocznej podróży, dość odległy, przyznajmy , i trudny do osiągnięcia . Ale wszystko zależy od organizacji podróży. Dla nas to tylko parę skoków w przestworzach , na morzu i po ziemi. Z Leszna do Warszawy samochodem , z Warszawy samolotem do Dohy , z Dohy do Singapuru, potem już tylko do Dżakarty i dalej do Sorong i prawie jesteśmy na miejscu. Jeszcze tylko dwie godziny na promie do Waisai i godzinkę łodzią do Daroyen i jesteśmy na miejscu. W sumie 48 godzin.  Co to jest w porównaniu z trasą Józefa Nalberczaka do pracy :

Nie ma sensu się rozwijać , samolot jaki jest każdy wie , dojechaliśmy w dobrej formie i jesteśmy gotowi na przygodę. Jest nas sześcioro, z Halinka, Basia Dorota , Wojtek i ja z Leszna, Kasia dolatuje do Singapuru z Warszawy i już razem kontynuujemy podróż. 20191103_083538aSorong to spore miasteczko, podobno dość niebezpieczne i nieciekawe więc szybko opuszczamy je promem ( 100 000 rupii idr=ok.30 zł.). Mimo , że przespaliśmy prawie całą dotychczasową podróż to różnica czasu i ogólne wymieszanie sprawia , że zanim prom rusza wszyscy odjeżdżają. Po krótkiej drzemce udaję się na rufę, na papierosa. Na pokładzie jest kilku białych, na rufie, w upalnym słońcu nie ma żadnego. Lokalesi zapraszają, robią miejsce w cieniu, gawędzimy w języku mocno mieszanym . Bardzo ich rozbawia moje imię , dosłownie pękają ze śmiechu , ja wraz z nimi , dla towarzystwa. Podobno znaczy „piwo” czy nawet jakiś inny alkohol ale do końca tego nie rozumiem , nie ma to żadnego znaczenia. Jestem dla nich dużym chłopem , w swoim gronie są otwarci, więc nie obywa się od uwag jednego z Papuasów na temat korelacji między wzrostem a wielkością męskości. Zanim zdążę się pochwalić pozostali zakrzykują go z zażenowaniem i gestami sugerują , że jest trochę fiksum – dyrdum i  najlepiej żeby go wyrzucić za burtę do morza. Wypytują o wiele rzeczy , na niektóre znam odpowiedzi a niektórych pytań nie rozumiem , nie psuje to jednak w ogóle sympatycznej atmosfery. Częstujemy się cukierkami , proponują betel do żucia, ale patrząc na  stan ich uzębienia mocno się wzbraniam. Nie nalegają , zapas betelu to  największy skarb. Do liścia betelu dodają orzech orzech palmy areki ( betelowej) oraz sodę czy mleczko wapienne. Soda , którą przechowują w małych woreczkach wygląda jak proszek do czyszczenia ajax.
Na sympatycznej pogawędce szybko mija czas, dobijamy do Waisai, stolicy wyspy Waigeo, celu naszej podróży.2a
Wysiadamy na skromnej przystani, jest rozbudowywana, za parę lat pewnie nie poznalibyśmy tego miejsca.Zaczepia nas dziewczę z plakietką organizacji turystycznej i prowadzi do biura Parku. Rejon Raja Ampat to Park Narodowy, zanim dostaniemy kartę wstępu, ważną rok, upływa sporo czasu biurokratycznej mitręgi , zakończonej uiszczeniem kwoty 1 miliona rupii od łebka. To pokaźna kupka pieniędzy. Wymieniłem ich sporo jeszcze na lotnisku w Dżakarcie i wtedy  poczułem się jak gangster z z plecakiem wypchanym paczkami banknotów.BN-JD992_indomo_P_20150630053803
/wsj.com/
Za nami zrobiła się kolejka białasów, w sumie jest ich niedużo , ale mimo kilku osób obsługi praca idzie ślamazarnie.  Czekając na łódkę Herrmanna przychodzi do głowy , że trzeba zrobić zapasy używek. Wołam jednego z czekających nieopodal motocyklistów i jedziemy w miasto. Najpierw do sklepu z telefonami po karty SIM z internetem, potem do meliny z alkoholem. Na wyspie jest tylko jeden taki przybytek, w ofercie ma whisky Robinson w dwóch rodzajach opakowań i piwo Bintang. Przy okazji kupuję papierosy i wracamy na przystań. Herrmann już czeka więc i ja wskakuję. Po godzinie podróży wzdłuż wybrzeża skręcamy w kierunku wyspy. Nasz resort Daroyen Village Homestay jest prawie niewidoczny z morza, schowany za kępą mangrowców. 20191106_082100aPrzybijamy powolutku do brzegu, miejscowe chłopaki rzucają się do bagaży a my wysiadamy do wody. Woda jest ciepła i sięga do kolan więc nikt nie narzeka.
Herrmann rozlokowuje nas w domkach, te najbliżej wody zajmujemy my , obok Halina z Wojtkiem. Trochę w głębi lądu mieszkają Kasia i Basia.20191104_135305a
To drewniane proste domki, optymista nazwałby je bungalowami , pesymista – budkami. Na tarasie stoi krzesełko , w środku leży cienki materac , w kącie stoliczek. Z góry wisi moskitiera. Prostota i umiar , można powiedzieć – feng shui w wersji ultra. Toaleta i salon kąpielowy mieszczą się w budyneczku między domkami Basi i Kasi. Mimo spartańskich warunków humory dopisują – jest gdzie mieszkać i się wymyć , pogoda jest zabójcza, gorąco, ale dzięki bliskości morza odczuwalna jako bardzo przyjazna. Wszystkie domki są podobne, tylko Basi trafia się rezydencja VIP, z toaletą i umywalnią w środku. Umywalnia/łazienka , w stylu indonezyjskim z mandi , czyli pojemnikiem na wodę budzi niejakie zdziwienie wśród mniej bywałych członków ekipy. Plastikowym nabierakiem spłukuje się ciało, mydli i z powrotem spłukuje , bez specjalnych ceremonii.20191108_130429aPodobne mandi stoi w toalecie obok, nie ma bieżącej wody, użyte papiery higieniczne wrzuca się do kosza.Woda w mandi uzupełniana jest rano, gdy jeszcze pracuje agregat prądotwórczy i zaciąga wodę ze źródła. Jest lekko słona , ale mniej niż woda w morzu.Zamykamy nasze budki na sznureczek zahaczany o gwoździk, tylko Basia w ramach pakietu VIP zamiast sznurka ma drucik. Sznureczki mają pętelki, dzięki czemu bez problemu można drzwi albo całkiem zamknąć , albo zostawić mniej czy bardziej uchylone. Zamykamy je szczelnie , w ten sposób więksi goście nam nie będą buszować po pokoju. Z mniejszymi i tak nie wygramy , bo zarówno ściany jaki podłogi są pełne szczelin, co jest szczególnie przydatne przy zmiataniu podłogi, śmietniczka na jest wcale potrzebna. Konstrukcja domku sprawia , że i od góry , pod sufitem, znajduje się wylot na zewnątrz. Mam nadzieję , że w nocy nie wlecą tamtędy nieproszeni goście.20191111_082525a
Gospodyni woła na lunch. Dzielimy się wrażeniami siedząc na twardych żerdkach jadalni. Na tych z mojej strony zresztą w ogóle nie da się usiąść, można jedynie oprzeć zadek. Jedzenie skromne : pojemnik z ryżem, miseczka gotowanych, zielonych warzyw czy raczej ziół i kilka kawałków grilowanej ryby. Ryba jest twarda, chyba wędzona i do tego grilowana, nie daje jej się przeżuć. Po jednym kawałku rezygnuję , postanawiam zostać weganem. Na deser po bananie , właściwie plantanie w cieście. Dosiadają kolejni goście – trzy młode Hiszpanki oraz para Turków w średnim wieku. Oceniamy z niechęcią , że żarcia dostali trochę więcej niż my. Ale póki co nie narzekamy, jutro będzie na pewno lepiej/więcej/smaczniej. Po lunchu czas na rozrywkę , zabieramy się do gry w karty. Niestety , pytania są raczej dla fanów polskich seriali i oper mydlanych , więc nie mam szans. Gramy godzinkę czy dwie, popijając polskie i światowe napoje , ale twarde siedzenia nie pozwalają się rozwinąć towarzysko , zresztą już dawno zapadła ciemność. Jest krótko po 20 lokalnego czasu , kiedy udajemy się na zasłużony odpoczynek , w końcu minęło już dobre kilka godzin od drzemki na promie.20191117_180939a