Indonezja 2014 #2 Big Papa i jego Luba

DSC05921

Fajne miejsce , ta Flores.Trochę może nuży długa jazda krętymi drogami ale dajemy radę. Eko ostrzega ,że Bajawa leży w górach i może być chłodno , trzymamy więc kurtki i polary w pogotowiu.Ale mamy niestety problem . Nowo wybrany Prezydent zarządził podwyżkę cen paliw o 100 % w ciągu najbliższych kilku dni, co skutkuje tłumami przed stacjami benzynowymi. Widok niby znajomy , ale miejscowi nie stoją tak karnie w kolejkach jak my lat temu -dziesiąt. Motorki okrążają każdy dystrybutor ze wszystkich stron, czekając na dostawę. W naszym pojeździe paliwa ubywa szybko , więc Marianus minimalizuje zużycie , jadąc jeszcze wolniej i wyłączając klimę. Otwieramy wszystkie okna, rozumiejąc sytuację , ale  wiaterek nie dociera do dziewczyn siedzących na tylnym siedzeniu , co prowokuje je do kwaśnych uwag , na szczęście z upływem drogi coraz słabiej słyszalnych. Na szczęście po drodze zatrzymujemy się kilka razy, podziwiając tarasy ryżowe . Widoki są przepiękne,ludzi prawie nie ma . Zaraz za Rutengiem zatrzymujemy się , aby obejrzeć słodkie jeziorko  Ranamese, ale z propozycji przewodnika , aby je obejść dookoła nie korzystamy. Jest bardzo gorąco.

DSC05887

Na poboczu drogi jakiś miejscowy rzemieślnik wytwarza ściany domów z bambusa  a 20 USD , co oznacza to ,że możesz mieć dom już za 100 dolców.

DSC05901    DSC05896

W końcu trafiamy do samego źródła rozkoszy – do producenta araku. Produkcja jest prosta, najtrudniejsze jest chyba zebranie mleczka z młodych pędów palmy.  Mleczko jest poddane fermentacji a potem przepuszczane przez instalację złożoną z metalowej beczki, paleniska i długiego kawałka bambusa. Widok kapiącego powolutku napoju wzbudza same pozytywne emocje, uspokaja i odpręża… Na koniec degustacja wyrobu finalnego – jest mocny i ciepły ale przejrzysty. To ostatnia , najlepsza frakcja, po trzykrotnej destylacji. Kupujemy kilka flaszeczek, ale raczej podlejszej jakości.

DSC05906

Do Bajawy docieramy wczesnym popołudniem , czas na lunch. Menu w warungu ( miejscowej restauracji ) nie jest zbyt wyszukane , ale za to owocowe koktajle – bajka. Z papai, watermelona, bananowe… do wyboru , do koloru. Chłodne, dobrze gaszą pragnienie. Meldujemy się w hoteliku nieopodal, nazywa się HappyHappy i prowadzi go dość oschła Holenderka.

Jeszcze wczesnym wieczorkiem dajemy się namówić Eko na odwiedziny gorących źródeł.Po godzince  jesteśmy w Soe. Dookoła same wulkany, największe to BigMama i BigPapa.Jeden z nich jest aktywny i to on nagrzewa wypływającą z jego zboczy wodę. Jesteśmy jedynymi białymi , budzimy sporą ciekawość, choć nie zbyt wielu ludzi. Po kolei wkraczamy do jeziorka- najpierw szprotki, potem leszcze a na końcu wieloryb.

DSC05919

Woda okazuje się rzeczywiście bardzo ciepła , trochę śmierdzi siarką, niby zdrowo na stawy ale wytrzymać trudno . Po kilkunastu minutach zmieniamy miejscówkę na bardziej przyjazną, w strumyku obok. Ale było  miło tak w gorący wieczór popluskać się w gorącej wodzie a potem wsiąść do nagrzanego samochodu i wracać przez godzinkę do hotelu, czując na włosach gorący wiatr… sorry, taki mamy klimat .Wieczorkiem jeszcze degustujemy nowozakupiony arak , pogryzając orzeszkami macadamia. Pokoiki są skromne, ale z łazienkami. Idziemy dość szybko spać , bo jutro czeka nas dzień bogaty w wydarzenia.

Wydarzenia , owszem , zaczęły się dość wcześnie.  U niektórych była to już 4 rano. Największym skarbem był dostęp do toalety. Zdania były podzielone, jedni twierdzili, że to efekt pysznego koktajlu ,inni że orzeszków .W każdym razie rano śniadanie nie cieszyło się popularnością , a preferowane były miejsca przy łazienkach. Zapasy stoperanów skończyły się już nad ranem , J. zażyła ich 8 , bez szczególnych efektów.Resztkami podobnych leków zainteresowani dzielili się dość solidarnie , ale w końcu i one się skończyły. A końca nie widać…

Jest taka teoria ,że w Egipcie zemstę faraona najlepiej zwalczyć egipskimi lekami  a w Indonezji leczyć się indonezyjskimi. Nie mieliśmy wyjścia i musieliśmy się o tym przekonać.Gdy , zgodnie z wczorajszymi planami, Eko dotarł rano hotelu to od razu zabrałem go w poszukiwanie apteki. Eko notabene  wyglądał także nieszczególnie , bąkał coś o przeziębieniu i gorączce. Zdobyczne leki rzeczywiście pomogły (może się komuś przyda – „Entrostop”, 100 000 IDR za opakowanie), choć poszkodowani przez większą część dnia poruszali się utrzymując kontakt wzrokowy z toaletą. Koło południa większa część ekipy poczuła się na tyle dobrze ,że postanowiliśmy jednak wykonać dzisiejszy plan i odwiedzić słynne , tubylcze wioski – Luba, Bene i Wogo.

DSC05949

Byliśmy chyba jednymi , którzy o tej porze kiedykolwiek odwiedzili te miejsca. Przeważnie turyści trafiają tam rankiem , kiedy upał nie jest taki uciążliwy. O drugiej po południu wioski wyglądały na opuszczone. Kilka kobiet pilnowało dzieci, staruszki oferowały pamiątki i rękodzieło, psy spały w cieniu , tylko my wałęsaliśmy się wokół chat. To nie skanseny ani disnejlandy, ludzie tam mieszkają, pracują i się rozmnażają. Państwo pomaga im tylko dostarczając wodę. Mają swoje święta i obrządki a życie w tych chatach było chyba znośniejsze od życia w blaszanych domkach na przedmieściach Bajawy.

Nie daliśmy rady oblecieć od razu wszystkich wiosek , Wogo leżało w oddalonym miejscu i postanowiliśmy je odwiedzić  wieczorem , licząc na ochłodzenie, tak zapowiadane przez Eko. Było rzeczywiście chłodniej i przyjemniej, sporo mieszkańców prowadziło swoje sprawy a dzieciaki grały w piłkę . Dowiedzieliśmy się , że za dwa dni w wiosce zapowiada się niezła biba – wesele jednej z mieszkanek. Niestety , odmówiliśmy przyjęcia zaproszenia , zanim zostało nawet wypowiedziane, za dwa dni mieliśmy być zupełnie gdzie indziej.

Jutro ruszamy na północ, kierunek Riung !

Advertisements

14 thoughts on “Indonezja 2014 #2 Big Papa i jego Luba

  1. Podobne „wydarzenie” dopadło mnie na Sri Lance, niestety w autobusie :D.
    Dzisiaj mi się chce z tego śmiać, ale wtedy miałem naprawdę nietęgą minę.
    I pełna zgoda – lokalne leki działają najlepiej. Też przeszło mi po wizycie w lokalnej aptece.

    Lubię to

    1. Prawdę mówiąc to trudno sobie wyobrazić bardziej traumatyczne przeżycie , kiedy dopadnie cię dyspepsja w publicznym miejscu bez widoku na toaletę.A wobec drastycznej zmiany menu nie są to przypadki wcale częste.Brrr

      Lubię to

  2. Będąc jeszcze w Polsce warto zaopatrzeć się np u jakiejś zielarki w odpowiednie, całkowicie naturalne specyfiki, które rosną w dużych ilościach na naszych polach i łąkach. Postrzegamy je jako zielsko a mogą zdziałać cuda w podobnych przypadkach 😉 Pozdrawiam.

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s