Tajlandia 2011 # 1 Masaż z happy endem , czyli szkoła charakteru

massage-heaven-chiang-mai-thailand+1152_12890369435-tpfil02aw-22169

/obr. z internetu/

Na lotnisko krótko żegnam się  z ekipą. Jestem bardzo zadowolony ze swojej pracy, prawie wszystko , co zaplanowałem zostało zrealizowane, grupa wygląda na zrelaksowaną.
Byłoby co prawda miło, gdyby ktoś wygłosił jakąś okolicznościową przemowę z kilkoma przymiotnikami , no ale indywidualne uściski też doceniam. Samolot AirAsia startuje za
niedługo z innego terminala , muszę się zbierać. W 2016 r. AirAsia rozgościła się na dobre na innym lotnisku – Don Mueng, więcej połączeń, większy ruch , potrzebna jest większa powierzchnia. Problem tylko , że odległość od lotniska międzynarodowego Suvarnabhumi to nie kilka minut , a ponad godzina. Jeśli nie ma korków. Dla posiadaczy biletów na AA uruchomiono linię autobusową , bezpłatne i często kursujące autobusy są dobrą alternatywą dla taksówek . Koszt taxi z jednego lotniska na drugie to 1000-2000 bht, zależnie od wielkości auta i biegłości negocjacyjnej.
Lot do Chiang Rai przebiega sprawnie , po godzince jestem na miejscu. W jednej z agencji na lotnisku zamawiam taxi do hotelu.Mafie taksówkowe straszą na całym świecie, płacąc z góry nabieram poczucia bezpieczeństwa.Kilka razy zdarzało mi się , że kierowca ” z ulicy” po dojeździe na miejsce żądał wyższej kwoty niż uzgadnialiśmy, w przypadku rezerwacji pojazdu przez agencję takie postępowanie raczej nie grozi.

DSC03730
Chiang Rai to nie jest duże miasto, do hotelu Laluna dojeżdżamy w kilka minut.Dostaję domek w ogrodzie, bez szczególnych ekstrawagancji, cisza , spokój, zresztą jest już po zmroku.
Czuję się jak sflaczały balon,puszcza napięcie poprzednich tygodni.Prysznic , rzucam się na łóżko, koniec dnia.

DSC03717
Śniadanie hotelu, ruszam na miasto. Do centrum trochę daleko , ale mam dużo czasu. Krążę bocznymi uliczkami, parterowe domki, mały ruch, ludzi prawie nie widać a spacerujących wcale.Trochę się gubię , pechowo żołądek zastrajkował, robi się nieciekawie. Ale z uliczki wychodzę wprost na wielki hotel, puszczam się do niego prawie biegiem,  rzucam pytanie do recepcjonistki o toaletę. Uff…Taka przypadłość może dopaść w każdej chwili i w każdym miejscu, choćby człowiek bardzo uważał co je i pije.
Z grzeczności , a także aby zamaskować prawdziwy cel wizyty w hotelu, chwilę rozmawiam w recepcji z panią o możliwości zakwaterowania, biorę cennik. Bardzo fajne ceny, jak na hotel (nazywa się Inn Come) o takiej imponującej ( zewnętrznie) prezencji, obiecuję , że wrócę. Jeszcze rzut oka na imponujący ołtarz przed hotelem , żywność i kwiaty są całkiem świeże.

DSC03957Niedaleko hotelu widzę zarys dużego centrum handlowego, po drodze mijam kolejne, to Big C , duża sieć m markety są rozsiane po całej Azji .

DSC03719
Marzę , aby usiąść przy kawie w klimatyzowanym wnętrzu . Central Plaza to spory mall, nie jestem zainteresowany zakupami ale po spożywczym chętnie spaceruję.
Duży wybór towarów, szczególne wrażenie robi oferta ryżu – mnóstwo odmian i do tego w we wszystkich kolorach tęczy.Biały, niebieski, czerwony, różowy , pewnie ładnie się prezentują na talerzu.
Zamawiam olbrzymią kawę z wielką ilością bitej śmietany, mają wifi, więc siedzę i buszuję po necie.

DSC03771
Przed marketem mnóstwo tuk-tuków, negocjacje są ciężkie, mafia się ceni. Daję za wygraną, sporna kwota to kilka złotych i jadę do centrum. Jedziemy dwupasmówką , dojeżdżamy do jednego z dwóch dworców autobusowych, to ten z którego autobusy jeżdżą na północ.Tu już jest tłoczno ,centralnym punktem miasta jest wieża zegarowa.

DSC03729Właściwie to jedyna atrakcja turystyczna miasta , została odsłonięta w 2008 r. , więc jest budowlą całkiem świeżą.Złote zdobienia i wymyślna architektura budzi mieszane uczucia. Wieczorami, o 7,8 i 9 odbywają się tu prezentacje światło i dźwięk , podobno dość widowiskowe , ale nie byłem tam w tym czasie.
Kręcę się po ulicach, tłok jak diabli,spory market wygląda przygnębiająco, może dlatego , że dach nie przepuszcza słońca i wszystko spowite jest półcieniem.

DSC03798
Chiang Rai było kiedyś stolicą tajsko-laotańskiego Królestwa Lanna , założone przez króla Phaya Mengai w 1262 roku było nazywane „Bramą do Złotego Trójkąta” , znanego z produkcji opium.Teraz , nie tylko ze względu na walkę z narkotykami, miasto straciło znaczenie na korzyść odległego o 180 km Chiang Mai.
Przysiadam chwilę na kawę w knajpce o zaskakującej nazwie ” Cabbages&Condoms” , bardzo przyzwoitej , wbrew pozorom.

DSC03785Takich lokali jest kilka, może już teraz więcej w całej Azji SE, prowadzą je miejscowi wolontariusze, skierowana jest na wykształcenie ubogiej , miejscowej młodzieży. Na pięterku jest mini-muzeum , trochę zebranych eksponatów pokazuje kawałek historii tych ziem i zajęcia mieszkańców kilkaset lat temu.

DSC03787
Idąc dalej na północ dochodzę do rzeki Mae Kok . Rzeka  robi  wrażenie,sama nazwa jest sympatyczna, bo krótka.Przez szeroką na kilkaset metrów rzekę prowadzi nowy most, przechodzę na drugą stronę.Nad brzegiem rzeki przycupnęły przystanie , zagaduję o rejs jedną z łódek. Nie ma ruchu w interesie, to początek sezonu więc cena nie jest wygórowana, umawiam się na następny dzień.

DSC03723
Dojeżdżam tuk-tukiem przed południem , zaczynają się poszukiwania sternika, piję cole w budce na brzegu, pogaduję z paniami przygotowującymi posiłek. Zjawia się właściciel łódki, niestety ta nie chce odpalić.Dłuższą chwilę trwa , zanim konsylium złożone z sąsiadów ustali przyczynę zasłabnięcia silnika.
Wreszcie ruszamy, rzeka płynie w niecce, dookoła widać tylko wysokie brzegi. Płyniemy w górę rzeki, w stronę Birmy. Po stronie miasta, które mijamy z lewej widać sporo domków i resortów, po prawej jest prawie pusto, czasem tylko za kolejnym zakrętem rzeki wyłoni się biała stupa czy figura Buddy na wzgórzu.

DSC03818Jest dość płytko , sternik musi się sporo namanewrować a i tak raz po raz szorujemy po kamieniach.Wreszcie wypływamy dalej od osad,  dookoła tylko natura,tylko warkot naszego speedboata zakłóca majestat okolicy. Do wioski Karenów – Lahu dopływamy w dwie godziny. Po krótkim spacerze po wiosce wracam do łodzi, tam do niej ładuje się już dwoje białasów , wygląda na to , że sternik upiecze dwie pieczenie na jednym ogniu. Niestety powrót z nadprogramowym balastem jest trudniejszy, mimo , że płyniemy z biegiem rzeki.
Raz po raz łódź zgrzyta na kamieniach, na domiar złego silnik znowu zaniemógł.

DSC03817Sternik grzebie w nim dłuższą chwilę, perswazja pomaga tylko na chwilę i tak skokami posuwamy się do domu. Gdy sternik jest zajęty naprawami silnika prąd spycha nas na kamienie i na brzeg. Wygląda to raczej zabawnie niż groźnie , choć w razie wywrotki mamy małe szanse na przeżycie , prąd rzeki wbrew pozorom jest bardzo silny.Ale pojawiają się znajome widoki na brzegach, jesteśmy blisko.
Wracam na piechotę z przystani przez nadbrzeżne osiedle.Nieduże domki są ukryte w ogrodach, brak tu nowobogackich rezydencji. Robi się ciemno , akurat czas na jakiś posiłek.

DSC03990Zachodzę na Night Market. Mieści się w centralnym punkcie miasta,na sporym placu dopiero otwierają się kramy z pamiątkami i jedzeniem. Około siódmej na estradę wchodzą
lokalni artyści , miło jest popijając Singhę popatrzeć na przepiękne tancerki czy posłuchać bandu , grającego rzewne melodie na tradycyjnych instrumentach.

DSC03977Rano postanawiam ruszyć w przeciwną stronę. Nie mam żadnego przewodnika, folder z mapką z hotelu musi wystarczyć. Na starym lotnisku, nieopodal hotelu spacerują miejscowi,dziś niedziela , więc piknikują całym rodzinami. Idąc dalej na zachód wbijam się gąszcz uliczek , na szczęście trafiam na drogowskaz .Ok, dziś celem jest Wat Doi Phrabat.

To niedaleko , jak wynika z opisu pod strzałką.Ludzi prawie nie widać, byłoby jeszcze spokojniej , gdyby nie psy. Są wypłoszone, generalnie boją się ludzi, bo miejscowi traktują je z buta, ale nie mam do nich zaufania za grosz. Kiedyś w Wietnamie , w jakiejś wiosce,całe stado bezpańskich kundli  zaczęło mnie gonić, najadłem się strachu.Samo obszczekiwanie to jedna, pal sześć rozerwane nogawki ale rana po ugryzieniu może się paprać miesiącami, czort wie , jakie one tam zarazki roznoszą w pyskach.Wkurza mnie , kiedy idę spokojnie ulicą a z ogrodu jakiś psi palant zaczyna ujadać i za chwilę nie wiadomo skąd kilka metrów dalej zjawia się gromadka chudych pobratymców, patrzących na mnie nieruchomym wzrokiem. To jest jeden z tych momentów, kiedy przychodzi mi do głowy, że powinienem schudnąć. Tubylcy , szczególnie w mniejszych ośrodkach, chodzą z kijami do oganiania się a jeśli ich nie mają to dłonie zaciskają w pięści , żeby ewentualny napastnik nie szarpnął ich za palce.Zwłaszcza, że zwierzaki to nie małe kundelki a całkiem duże psiaki.

DSC03750
Świątynia mieści się na wzgórzu , całkiem wysokim , jak na moje możliwości. Ale sam Wat wynagradza wysiłek. Jest po prostu odjazdowo.Nie ma w ogóle ludzi, panuje kompletna cisza , nie dochodzą żadne odgłosy miasta. Wchodzę do bota, głównego budynku świątyni, na podwyższeniu siedzi mnich , mniej więcej w moim wieku, modli się.
Na palcach przechodzę przez świątynię, na balkon. Widok z tarasu zapiera dech w piersiach, widać miasto i okoliczne wioski, poruszające się pojazdy ale wszystko jak w niemym filmie.

DSC03744
Gdzieniegdzie widać dymy , rolnicy palą słomę ryżową na polach. Stoję w zachwycie dłuższą chwilę, nie zauważam , kiedy pojawia się mniszka w białym stroju, głowę ma ogoloną do samej skóry, ale wcale to szpeci jej urody.Podaje mi małego kociaka, pyta , czy chciałbym go zabrać. Odmawiam , ale chyba to było tylko pytanie retoryczne, bo uśmiecha się ,
gadamy jakąś chwilę.

DSC03748Nie chce mi się odchodzić z tego miejsca, chyba jest tak jak mówią , że Waty , szczególnie te na wzgórzach emanują jakąś zniewalającą energią.
Jestem daleki od mistycyzmu, ale do buddyzmu odnoszę się z sympatią , urzeka mnie swoją nienachalnością , wycofaniem . Tu nie ma kazań, są medytacje. Samo słowo ” kazanie ”
budzi sprzeciw ,patrzę niechętnie na kogoś , kto mi coś każe.W buddyzmie masz wybór – jeśli jesteś dobry, porządny , pomocny innym – osiągniesz szczęście i równowagę duchową , jeśli nie – to sam sobie jesteś winien.
Buddyści nie „misjonują” i nie zmuszają innych do nawrócenia się, starają się za to udostępnić buddyjskie nauki wszystkim zainteresowanym – ci zaś mogą z nich brać
tyle, ile zechcą.
Wracam do rzeczywistości ,mnich drzemie na podwyższeniu, przechodzę koło niego na palcach .Rozglądam się po terenie świątyni , nadchodzą jacyś turyści, można wracać .
Schodzę głównym wejściem/zejściem , tędy kroczą procesje w czasie uroczystości, droga jest wygodna bo po schodach. W wiosce znowu obskakują mnie psy, ale są małe , więc spoko.
Wieczorem jeszcze wizyta na Night Markecie, jestem dziś bardziej przygotowany,robię foty, kupuję pamiątki , nagrywam występy.

Jutro wyprowadzam się z resortu do hotelu , może wieczorami będzie się tam więcej działo , bo w tym samym budynku jest dyskoteka i klub nocny, salony masażu i wiele innych
atrakcji dla samotnego mężczyzny.
Hotel jest duży, przed podjazdem stoi kapliczka ze świeżymi ofiarami – ryż , owoce, puszka lokalnego Red Bulla. Mój pokój jest porządny, choć niezbyt świeży , czuć , że Azjaci palą namiętnie , także w pokojach. Panuje półmrok, odsłaniam zasłony,ale widok jest niezbyt ciekawy a poza tym słońce wali przez szybę . Teraz wiem , czemu służą te zasłony.
Jestem tu tylko dwie noce, jutro jadę do Mae Sai, więc postanawiam spędzić dzień lajtowo. Kawa w Central Plaza, rzut okiem na BigC,robi się wieczór, idę na dół na masaż.Thai-massage-Pattaya-1_7501

Nie ma dużo klientów,masażystki w różnym wieku uśmiechają się zachęcająco. Szefowa wybiera dla mnie najodpowiedniejszą, miło, że jest to dziewczę dość młode , może nawet
najmłodsze z towarzystwa, mam potrzebę doznań estetycznych większą od biegłości technicznej.Przy wyjściu szefowa zaznacza , że istnieje możliwość skorzystania z masażu w swoim pokoju hotelowym , wystarczy zadzwonić. Brzmi zachęcająco , rozważę to jutro, a drugi masaż tego samego popołudnia mógłby nie spełnić swojego zadania.

Zrelaksowany wychodzę na spacer, dyskoteka daje o sobie znać nawet przez ściany , mnóstwo młodzieży płci obojga , motorki przyjeżdżają i odjeżdżają, hałas, zgiełk .
Przez chwilę zastanawiam się , czy wejść na drinka, lubię takie zwariowane klimaty, ale to już nie dziś. Zaglądam do knajpki nieopodal ,sporo młodzieży , na mój widok milkną rozmowy. Kiedy siadam przy stoliku czuję ich wzrok na sobie, patrzą na mnie jak tygrysy na karkówkę z grilla. Kilka panienek zaczyna się kręcić na swoich stołeczkach , czuję , że zaraz będę miał towarzystwo.Dopijam szybko , płacę i uciekam .
W Tajlandii trudno zachować cnotę.

11eea31fda93e16f4f1bffb0cce3303d

/obr. z internetu, pinterest.com/

Jutro Birma, w pigułce.

Advertisements

7 thoughts on “Tajlandia 2011 # 1 Masaż z happy endem , czyli szkoła charakteru

  1. Ooo, a Birmie, a dokładniej Mandalay jest skinny Budda, koniecznie musisz zobaczać jak tam będziesz 🙂 ładnie się będzie komponował obok tego z drugiego zdjęcia 😛

    Lubię to

  2. Piękne są te Tajki!:) Ważne, że możesz sobie w spokoju kontemplować wszystko co Cię otacza, to już zawsze zostanie w Twojej pamięci. No i te rozrywki dla samotnego mężczyzny to też sporo wartość dodana:D

    Lubię to

    1. Dajesz się ponieść stereotypom i mylisz pasję badacza, odsłaniającego dla potomności sekretne życie tambylców z pustym hedonizmem. Przecież gdyby chodziło tylko o przyjemność to z uwagi na swoje dobre imię nie pisnąłbym o tym nikomu. A co do Tajek to wbrew pozorom mało jest ładnych , a bardzo ładnych prawie wcale nie jesteś w stanie spotkać . Chyba , że ladyboye …bywają piękni/piękne 🙂

      Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s