Kambodża 2011 # 1 Przesiadka w Bangkoku

IMG_0147

W Kambodży kobiety są oblewane kwasem.Kambodża to dziki kraj , porośnięty dżunglą , w której miny i niewybuchy z wojny wietnamskiej rozsiane są niczym jabłka w sadzie.Wszędzie walają się kości mieszkańców zamordowanych przez oprawców Pol Pota.

Kambodża… sama nazwa brzmi tajemniczo i złowrogo.

Te opinie towarzyszyły nam przez cały okres między podjęciem decyzji a wylotem.

Wkrótce przekonamy się ile w tych stereotypach jest prawdy.

IMG_0090

Jedziemy sporą grupą – 20 osób, mocno różnorodną , są starsi i młodsi, świeżo upieczeni absolwenci Akademii Medycznej, Polacy ale i para Bułgarów i …Chińczyków .

T., Bułgar studiował w Polsce, nasz język zna doskonale, jego dziewczyna – M. mówi tylko po bułgarsku i angielsku, F., Chińczyk, to mój biznesowy przyjaciel, w wieku młodszych uczestników wyprawy, jego żona – M. , mówi tylko po chińsku , jest dość wypłoszona więc F. jest jej rzecznikiem i tłumaczem.Ale z nimi spotkamy się dopiero w Phnom Penh, na razie startujemy do Pragi.

Zbieramy się we Wrocławiu , jesteśmy trochę przed czasem ale czekamy prawie dwie godziny na dziewczyny- mieszkają we Wrocku, więc mają najbliżej… Czasu do odlotu z Pragi mamy sporo, czujemy też ,że właśnie zaczynamy wakacje, kończy się na kilku cierpkich docinkach i jedziemy do Czech.

 Po drodze jest mnóstwo utrudnień ruchu, wypadki, objazdy więc mimo ,że czasu mamy sporo to cudem zdążamy na odprawę.Jest późny wieczór, sklepy w strefie wolnocłowej raczej są pozamykane ale dziewczyny i tak dobiegają do gate’u w ostatniej chwili. Muszę coś wymyślić , bo z zerową dyscypliną to w Kambodży stracimy mnóstwo cennego czasu na wzajemne poszukiwanie się.

To najkrótszy rejs jakim leciałem, po pół godzinie lądujemy w Wiedniu i zaraz przesiadamy się do Austriana , fajny , krótki lot, niecałe 10 godzin.

W Bangkoku jesteśmy o 3 po południu. Hotelowe busy już na nas czekają , mieszkamy w hotelu Boonsiri Place http://www.boonsiriplace.com/ , niedaleko Khao San Road, w backpakerskiej dzielnicy.Zarezerwowałem tu dwie noce.

Już z okien samolotu było widać olbrzymie połacie miasta zalane przez powódź . Bangkok to moloch,więc dobre kilkanaście minut lecieliśmy na wodą, spod której z rzadka wyłaniały się wyższe domki czy drzewa. Ścisłe centrum miasta było zabezpieczone, mieszkańców peryferii pozostawiono na łasce żywiołu. Chyba zresztą walka z powodzią na tak wielkim obszarze musiała się skończyć klęską , oddano więc pola Naturze.

DSC03545

Jadąc przez miasto do hotelu widzimy, że wejścia do domów, sklepów czy biur są zabezpieczone workami piasku albo worki z piaskiem czekają w pobliżu na wejście do akcji.Sporo domów ma pozabijane deskami okna. Ta powódź trwa już długo ale władze nie są w stanie doprowadzić do zejścia wód do morza , gdyż wysoka fala musiałaby przejść przez miasto. Czekają więc , żeby woda schodziła wolno lub powolutku wsiąkała w ziemię .Trwa to już tak dwa miesiące a wygląda na to ,że potrwa jeszcze długo. Tajowie są cierpliwi i z pogodą ducha znoszą niewygody, reportaże nadawane non stop w TV dają tego dowody, ale i tak im współczujemy.

Oczywiście powódź niesie ze sobą też inne skutki ,na przykład ciężko wysiedzieć przy stoliku na ulicy , kiedy pod nogami przemykają stada szczurów, które uciekły z zalanych dzielnic. Sklepy 7/11 oferują właściwie tylko podstawowy asortyment , a właściwie w większości to woda w plastikowych butelkach.Ulice i tak zawsze pełne pojazdów teraz są zakorkowane przez samochody z odległych dzielnic. Place i część ulic czy całe pasy wielopasmówek są zamieniane na parkingi, widać na nich także pojazdy , które nie zdążyły ewakuować się przed wodą. Nie nadadzą się raczej już do jazdy ale i tak nie ma co z nimi zrobić, więc po prostu stoją i czekają.Tłok jest także na chodnikach, zarówno od strony budynków jak i ulicy są poukładane wały z worków z piaskiem, co znacznie zmniejsza powierzchnię dostępną dla pieszych.

Jest już wieczór, punktualnie o 6 błyskawicznie robi się ciemno.Idziemy na spacer na Khao San Road . które jest nazywane Mekką backpackersów, czyli turystów niskobudżetowych . Ulica to właściwie deptak, z ciągiem sklepików , straganów, hotelików i knajpek z obu stron. Khao San to właściwie kwartał ulic , połączonych ze sobą niczym pajęcza sieć ,można tam błądzić godzinami. W lokalach można przebierać, zasiadamy w jednym , robimy zamieszanie z dostawianiem krzesełek, po chwili przechodzimy do innego , potem następnego. Tajska kuchnia jak zwykle na wysokim poziomie, zimny Singh dopełnia menu. Gapimy się na ludzi, mieszanka kolorów skóry, ubiorów,młodzi i starzy, przelotni turyści i expaci, spędzający tu jesień życia w towarzystwie miłych Tajek.

expat

Rozdzielamy się , młodzi idą jeszcze pobuszować na miasto ,starsi do hotelu na drinka i spać.

Rano po śniadaniu ruszamy wszyscy razem na podbój Bangkoku. Młodzi mocno zmęczeni krótką nocą , zdawkowo odpowiadają na nasze pytania o kondycję. Słowo do słowa i prawda wychodzi na jaw – do bliskich kontaktów z władzą nikt się chętnie nie przyznaje. Okazuje się ,że podobnie jak i u nas realizacja potrzeb fizjologicznych na trawniku w centrum miasta nie jest mile widziana, dobrze ,że skończyło się tylko na mandacie , nie dopuszczam myśli o nocy na komisariacie, te miejsca cieszą się zasłużenie złą opinią. To zdarzenie nie przeszkodziło młodym balować do późna w nocy , teraz poruszają się noga za nogą, upał i smog daje się zresztą wszystkim we znaki.

Zaraz za rogiem bierzemy tuk-tuki , jedziemy odwiedzić Króla. Przy murach Pałacu Królewskiego wysiadamy, choć kierowcy przekonują nas ,że dziś Pałac jest zamknięty ale za to oni znają inne fascynujące miejsca, szczególnie powinniśmy poznać zupełnie niezaprzyjaźniony sklep z biżuterią a niedaleko jest też krawiec i sklepy z pamiątkami , więc po co nam kręcenie się wzdłuż murów Pałacu.

Jednak wysiadamy , widząc to kierowcy wskazują nam kierunek , gdzie powinno znajdować się wejście do Pałacu ,a jak się przekonamy ,że jest zamknięte to oni tu na nas czekają. Idziemy wzdłuż wysokich murów, kilkaset metrów dalej skręcamy prosto do wejścia. Ruch jest spory, wszystko oczywiście działa jak należy, tłum odwiedzających chyba nie wie , że Pałac jest dziś nieczynny…Do Pałacu nie można wchodzić ubranym byle jak , trzeba mieć zakryte ramiona i nogi. Mimo ściągnięcia szortów pod kolana ochrona nie daje za wygraną , dziewczyny wypożyczają chusty, chłopaki kolorowe spodnie.

Kambodża 2011 076

Nie jestem pewien , czy tego rodzaju ubiór dodaje powagi temu miejscu ale interes musi się kręcić , 50 bahtów ( 5 zł) pomnożone przez tysiące turystów i to 365 dni w roku daje całkiem przyjemną kwotę.

Bilet wstępu (400 bht=40 PLN) upoważnia do zwiedzania wszystkich ( dostępnych dla zwiedzających ) obiektów wewnątrz murów. Zaczynamy od Świątyni Szmaragdowego Buddy (Wat Phra Kaeo ),figurka jest rozczarowująco nieduża , ma ok.70 cm, ale ma wielką wartość duchową dla Tajów. Pałac (Grand Palace) nie jest w całości udostępniony, w kilku salach można obejrzeć dawne artefakty sztuki wojennej, obrazy bitew , ozdoby. Na zewnątrz na długiej ścianie przedstawiono sceny z Ramajany. Krążymy między dziesiątkami mniejszych i większych świątyń, pogoda dopisuje, złote dachy mienią się w słońcu.

Kambodża 2011 029

W Świątyni Wat Po można podziwiać olbrzymią sylwetkę leżącego Buddy, ma ponad 40 m długości, ponieważ zajmuje prawie całą kaplicę to nie sposób objąć jej wzrokiem.Co ciekawe Budda , jako istota doskonała , ma wszystkie palce równe.

indeks

Przechodząc wokół rzeźby rozdzielamy drobne monety na miseczkach umocowanych na ścianach. Drobne monety , w ilości odpowiadającej ilości misek można kupić przy wejściu do Świątyni. Dzielenie się nimi przynosi szczęście w życiu, wszyscy kupują zestawy pieniążków, wydatek niewielki, a szczęście choćby na naszej wyprawie będzie potrzebne.

DSC03512

Schodzi nam kilka godzin , przy kasach oddajemy pożyczoną odzież i spacerkiem idziemy nad rzekę, naszym celem jest Wat Arun. Czekając na prom , który przewiezie nas na drugą stronę rzeki Mae Nam Chao Phraya ( Rzeka Królów) . Rzeka przecina południkowo miasto , jest ważną arterią komunikacyjną.

DSC04201

Wzdłuż jej brzegów, po jednej i drugiej stronie cały czas przemykają wodoloty czy wolniejsze łodzie motorowe, zabierając z z kilkudziesięciu przystani ludzi i towary. Wysoki poziom wody budzi lekkie obawy,rzeka jest zanieczyszczona roślinami zebranymi z okolicznych pól i nadbrzeży.

Do łódki przechodzimy chwiejnymi , tymczasowymi pomostami, zalewanymi przez fale wzburzone przez łodzie. Na prowizorycznym wodowskazie widzimy,że poziom wody jest 1-1,5 m wyższy od normalnego. Prom radzi sobie z żywiołem , teraz możemy poobserwować Bangkok z drugiej strony rzeki.

Świątynia jest bardzo mocno zabezpieczona przed powodzią , zbudowano z betonu spore murki, mnóstwo jest też wysokich wałów z worków z piaskiem. Wygląda na to ,że Tajom bardzo zależy na zachowaniu obiektu w stanie nienaruszonym , nie tylko stanowi on wspaniały przykład architektury hinduistycznej a odpowiednio wyeksponowany nad rzeką jest symbolem miasta.Kilkaset schodów w górę i już z wysoka możemy podziwiać panoramę miasta. Sama świątynia jest piękna, budzą respekt miliony detali wykutych w kamieniu , wieżę ( prang) ozdabiają też miliony malutkich elementów chińskiej porcelany.

DSC03543

Bardzo nam się tu podoba, zwłaszcza ,że jesteśmy praktycznie sami.Jeszcze trochę kręcimy się po zachodniej stronie rzeki, nie jest zbyt interesująco, zaraz po lunchu wracamy nad rzekę promem przedostajemy się do naszej dzielnicy.

Należy nam się trochę odpoczynku, zmęczenie po podróży jeszcze nie minęło a nałożyło się następne.

Koło 6 wieczorem zbieramy się w holu , trzy taksówki wystarczają aby nas zawieźć na Patpong, dzielnicy rozpusty. Moja Żona jest niestety niedysponowana żołądkowo, zostaje w hotelu. Będzie żałować…

Taksówki zawożą nas w jakieś podejrzane miejsce, jest ciemno , ślepe podwórka,oprócz kilku szemranych typków nikogo nie widać. Moi towarzysze miny mają mocno niepewne.

Jakiś facet wychodzi do nas i zaprasza do środka.Idziemy, światła jest tyle , aby nie wywalić się na stopniu schodków, prawie po omacku wchodzimy do niedużej salki z podwyższeniem na środku, centralnie obowiązkowa rura. Kilku równie przestraszonych białasów już czeka na spektakl.Nasza spora grupka widocznie zaspokoiła apetyty obsługi bo po chwili rozlega się głośniej muzyka, światła kierują się na scenę , bez słowa zapowiedzi z zaplecza wyłaniają się panienki w bikini.Są mocno umalowane, nie widać cienia uśmiechu , z poważną miną jedna z nich ze sceny zaczyna strzelać piłeczkami pingpongowymi w publikę. Raz po raz koleżanka podaje amunicję , dziewczyna ze sceny raczej nie trafia w widzów, ale trzeba uważać , żeby nie oberwać rykoszetem. Robi się zamieszanie , publiczność szuka bezpiecznego miejsca. Niewzruszona panienka oddaje jeszcze kilka strzałów i wychodzi. Na podeście pojawia się kolejna dziewczyna, asystentka podaje jej kartki i kolorowe pisaki. Kucając dziewczyna rysuje obrazki na papierze, nie są to jakieś wyjątkowe dzieła sztuki ,spieramy się cicho , czy to serce czy krzywy półksiężyc, niektórzy stawiają na ogryzek a la Apple. Mistrzyni rysunku wdaje się w interakcję z widzami , pyta o imiona i próbuje je przenosić na papier. Przekrzywiamy głowy , ale albo widzowie mają nieznane nam imiona albo uchwyt pisaka nie jest zbyt pewny. Kolejna artystka znowu przynosi ze sobą piłeczki, tym razem usiłuje trafić do tarczy. Całkiem dobrze jej idzie , ale trzeba być czujnym, w sali jest gorąco , jesteśmy zgrzani z wrażenia więc nikt nie chce być dodatkowo trafiony wilgotną piłeczką w oko.

bangkok-gece-hayati1

Kilka dziewczyn wykonuje striptiz artystyczny , z użyciem rury, wreszcie kulminacja wieczoru – taniec z żyletkami. Żyletki są ostre, artystka dla uwiarygodnienia przekazu tnie nimi papier w powietrzu. Nanizane na sznurek żyletki umieszcza w najbardziej do tego odpowiednim miejscu , a po chwili wyciąga je ,jedna po drugiej wyłaniają się na światło dzienne. Krwi nie widać, dowodem dyndające na sznurku żyletki , którymi dziewczyna macha przed publiką. Brawa, rozchodzimy się . Młodzież ma miny nietęgie a i starsi mają wątpliwości.Szybko jednak dochodzimy do siebie , bo za rogiem buzuje nocne życie Patpongu. Tłumy turystów wędrują we wszystkich kierunkach , rozchodząc się po zaułkach. Wszędzie głośno i wesoło, nie damy rady iść razem , umawiamy się za godzinę .

Tuk Tuk and Taxi at the Night MArket in Pratunam Bangkok Thailand

Sporo miłej młodzieży , wielu płci. Trafiamy na uliczkę dla panów którzy preferują własną płeć, przyjacielskie chłopaki zapraszają do lokali, z barów machają starsi panowie, pewni ,że mamy wspólne zainteresowania. Każdy z barów czy restauracji usiłuje czymś się wyróżnić w tłumie, w jednych obsługa jest ubrana w stroje ludowe, w innych na modłę japońska , inne czerpią z tradycji koreańskiej, w niektórych dominuje kolor błękitny , w innych różowy czy biały. W jednym z lokali wszystkie dziewczyny mają parasolki a w innym są poprzebierane w szkolne mundurki.

Walking-Street

Dla każdego coś miłego. Dla niezdecydowanych ofertę mają uliczni handlarze, jest wszystko , od od gumek , przez Rolexy za 10 USD po bardziej czy mniej miękkie narkotyki ( kara śmierci za posiadanie !).

Robi się późno , taksówkami wracamy do hotelu. Jutro powita nas Kambodża.

Advertisements

10 thoughts on “Kambodża 2011 # 1 Przesiadka w Bangkoku

    1. Cały świat zmienia się bardzo szybko , wystarczy popatrzeć na Polskę. I najlepsze jest to , że teraz nie wystarczy odwiedzić wszystkie kraje i zasiąść w fotelu z satysfakcją , ale trzeba je odwiedzać ponownie , bo te miejsca zmieniają się nie do poznania 🙂 pozdr

      Lubię to

  1. Kambodża to jeden z krajów wysoko na liście moich podróżniczych marzeń 🙂 Mam nadzieję, że jak najszybciej uda mi się tam wybrać. Ale show z żyletkami sobie daruję… dla mnie za drastyczne 🙂

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s