Fuerteventura , czyli wszystko i nic

dsc07347aWłaśnie wróciliśmy z Rodzinką z krótkiego wypadu na Wyspy Kanaryjskie, na Fuerteventurze byliśmy tydzień, ja po raz pierwszy w życiu w opcji All Inclusive. To  nowe doświadczenie – człowiek jest prowadzony jak dziecko począwszy od momentu check-in na lotnisku po check-out po tygodniu w tym samym miejscu. Już sam przelot różni się od dotychczasowych – lecimy charterem , nie normalnymi , poważnymi liniami.

Generalnie nie mam nic naprzeciwko alkoholowi na poprawę samopoczucia przed lotem , ale od kiedy po  sympatycznej imprezce na lotnisku mało  w samolocie nie wyzionąłem ducha, przed lotem unikam go jak ognia.Ale nie wszyscy mieli takie obiekcje, kilkunastoosobowe towarzystwo  polewało sobie obficie, wynikiem czego w samolocie wesołym , głośnym rozmowom nie było końca.Z rozrzewnieniem przypominałem sobie słodkie mruczenie silników w czasie lotu do Bangkoku czy Hongkongu… Dodatkowo pech chciał , że był to ostatni tydzień wylotów z naszego lotniska i część ludzi , którzy wykupili wczasy dwutygodniowe, została skierowana  do Warszawy a u nas pozostało sporo wolnych miejsc. Może , gdyby w samolocie panowała normalna cisza , dzieciaki by zasnęły , a tak biegały po wolnych siedzeniach , piszcząc wesoło . Było ich całkiem sporo a generalnie rodzice niespecjalnie się tym przejmowali, w końcu w wakacje dzieciom więcej wolno . Jeden z ojców, przewidując sytuację , zaopatrzył się w wysokiej klasy słuchawki , co pozwoliło mu z czułością i błogim uśmiechem spoglądać na harcujące wokół pociechy. O spaniu nie było mowy , pięć godzin lotu wlokło się niemiłosiernie.

dsc07372aZrobił się późny wieczór,gdy wylądowaliśmy.Lotnisko było puste, w budce naszego biura podróży skierowano nas na przystanek autobusowy, pojazd wkrótce podjechał.Kierowca sprawnie umieścił bagaże i ruszyliśmy. Z lotniska do hotelu mieliśmy ok. 70 km, godzinka jazdy. Na drogach ciemno , pusto , asfalt gładziutki i ładnie oznaczony… tylko pomykać z całą mocą silników.

dsc07388aNie wiem , jaki to sort Polaków jechał w tym autobusie, ale niewiele miał wspólnego z tymi spod Somosierry  czy gromiących Turków pod Wiedniem. Chyba nikt z protoplastów nie zdobywał ośmiotysięczników i nie przepływał oceanów. Ledwo bowiem kierowca osiągnął prędkość pochodu pierwszomajowego siedzący z przodu autobusu panowie ( i tylko panowie) najpierw cicho , potem coraz głośniej zaczęli  protestować przeciwko szaleńczej jeździe.Fakt, kierowca jechał szybko , ale wyglądał poważnie i można było przypuszczać , że parę razy już tą trasę przemierzył , tym bardziej , że to jedyna asfaltowa  droga na wyspie.Zakręt gonił zakręt, kierowca jechał swoim tempem , a  okrzyki „To nie Formuła 1” , „Pozabija nas” czy ” Niech ktoś go powstrzyma” krzyżowały się w powietrzu. Nagle kierowca zwolnił , drastyczna zmiana prędkości wkrótce się wyjaśniła – przed nami jechała Nauka Jazdy. Choć było ciemno i pusto kierowca nie mógł ( i nie chciał) go wyprzedzić , bo wszędzie towarzyszyła nam linia ciągła.Wlekliśmy się tak kilometr za kilometrem, co znowu rozsierdziło moich współpasażerów. Ich zniecierpliwienie objawiało się coraz bardziej boleśniejszymi sformułowaniami , stawiającymi pod znakiem zapytania proces nauki jazdy w Hiszpanii, związki kierowców z poganianiem wielbłądów i  wrodzoną ślamazarnością. Wreszcie autko Nauki Jazdy zjechało w bok a my powróciliśmy do pierwotnego , kozackiego tempa  i okrzyków przerażenia.Oczywiście dojechaliśmy szczęśliwie , panowie natychmiast zapomnieli o stresie i udaliśmy się posiłek . Skromny, bo było już koło północy , ale się należał, więc podali a my zjedliśmy.

dsc07366aRano , po śniadaniu full wypas , lekko ociężali udaliśmy się na basen. Niestety , okazało się , że wszystkie miejsca na leżakach przy basenie ( przy tym , i każdym z pozostałych czterech) były zajęte. Teraz wyjaśniło się ,skąd te wszechobecne ogłoszenia, że zajmowanie leżaków jest zabronione.Byłem przekonany , że to jest jakaś odmiana parawaningu , znanego z polskich plaż , ale okazało się , że hotel jest międzynarodowy i Polaków jest tylko garstka, więc rzucanie ręczników na leżaki wczesnym świtem to nie tylko polska specjalność.Później okazało się , że strach ma wielkie oczy i wystarczyło przejść się na basen koło szóstej rano , przed wschodem słońca , oznaczyć ręcznikami wybrane leżaki  i po skończonym obowiązku wrócić do jeszcze ciepłej pościeli. A satysfakcja z udanego polowania – bezcenna !

dsc07338aPierwsze wrażenie przy basenie to rozgoryczenie.W tego typu zbiorowisku ludzi nie przebywałem od dłuższego czasu, stąd zawód. Zawsze to ja byłem w centrum uwagi – łysy , zwalisty  grubas budził zawsze zaciekawienie , co nie ukrywam było mi często na rękę. Ale często też  nie  – popularność ma dwie twarze. Teraz jednak zginąłem w tłumie. Duża część prawie gołych gości hotelowych z dumą prezentowała nadwagę, przy której moje dodatkowe kilogramy nie budziły należnego respektu. Niestety , świat tyje na potęgę.  Dla takich smakoszy stworzono raj , czyli opcję All Inclusive.

dsc07329bŚniadanie- kilkadziesiąt możliwości do wyboru, o 10 otwierają barki przy basenie- słodkie napoje i słodkie pieczywo bez ograniczeń. O 14 – obiad, kilkadziesiąt różnych dań . Pół godziny później barki przy basenach oferują skromne przekąski – frytki i pizzę, godzinę później wjeżdżają ciasteczka a o 16 – lody. O 18 restauracja zaprasza na główny posiłek dnia – kolację. To samo , co przez cały dzień w różnych miejscach plus kilkanaście potraw mięsnych i rybnych , o wegetarianach też nie zapominają.  A wieczorem , czyli koło 20 barki otwierają podwoje z napojami – drinki , napoje bezalkoholowe, piwo… bez limitu ale tylko do 23 … do 8 rano trzeba jakoś wytrzymać. I teraz nie wiem , czy All Inclusive stworzono , aby grubasom zapewnić komfort wypoczynku czy raczej tłuściochy stworzyły ten system :  „-  przyjedziemy do was ale dajcie nam jedzenia do oporu !”

dsc07365aWiększość letników nie widziała potrzeby udania się w podróż dalszą niż 20 metrów od basenu , ale część , przynajmniej z polskojęzycznej grupy, dała się skusić Panu Rezydentowi.Gładkolicy i gładkomówiący PR udzielił kilku praktycznych rad i łatwo przeszedł do głównej części spotkania czyli informacji o wycieczkach fakultatywnych. Według jego słów Fuerteventura to wyspa pełna tajemniczych miejsc , które tylko jego jego biuro podróży może przed nami odkryć.

dsc07451aWycieczki katamaranem, promem na Lanzarote, busem po górach, kitem ponad falami ,figle z  dzikimi zwierzętami w tropikalnym parku – w twoim zasięgu  jest wszystko , czego dusza zapragnie . Ceny są średnio przystępne – 50,80, 100 USD… oczywiście za osobę. Za naszą szóstkę kwoty sumują się całkiem pokaźne.Wybraliśmy wycieczkę po południowej części wyspy, cieszymy się na spektakularne widoki i ekscytujące przygody na wulkanach.

dsc07375aBus podjeżdża punktualnie , o ósmej rano  miły pan Sławek zaprasza do środka, jedziemy . Po drodze przewodnik roztacza kolorowe wizje , choć krajobraz za oknem nie bardzo potwierdza jego opisy. Poza okolicami hoteli i ludzkich osiedli nie widać w ogóle zieleni, suche krzaczki są pracowicie obgryzane przez nieliczne kozy czy owce.

dsc07492aWjeżdżamy do Parku Narodowego Jandia, to południowa część wyspy. Stąd jest 100 km do Sahary w Afryce i 4000 km do Ameryki .Wdrapujemy się szutrową drogą na przełęcz kilkaset metrów nad poziom morza, wieje mocny wiatr  , ale widok jest niezły.Teraz objeżdżamy dolną część wyspy i po kilkudziesięciu minutach znajdujemy się po przeciwnej stronie . Krajobraz trochę się zmienia – jest jeszcze bardziej surowy , po wschodniej stronie góry są obsypane saharyjskim piaskiem , na zachodnią piasek już nie dociera.

dsc07425aWybrzeże morza jest też groźniejsze , wysokie fale kończą swój żywot daleko na szerokiej plaży Cofete. Sławek ostrzega, że prąd wsteczny jest bardzo silny i rzeczywiście , można wejść jedynie kilka metrów do wody,potem woda zabiera ze sobą nawet tak masywnych osobników jak ja.Ale plaża robi wrażenie  – jest szeroka na kilkaset metrów i prawie całkiem pusta.

dsc07444aI ani śladu choćby najmniejszego parawanu. Za chwilę dojeżdżają kolejne samochody,oczywiście  wypożyczone , swoim nikt by nie odważył się krążyć po górskich , kamienistych drogach , ale nadal czujemy się trochę zagubieni w tej pustce ,wietrze i nieustającym szumie fal.

dsc07480a Godzinka na plaży , lokalna kawa z brandy w małej knajpce z widokiem na tajemniczą willę Gustawa Wintera i wracamy  do hotelu.

winterc Jeszcze tylko rzut okiem na lagunę i program wycieczki wygląda na wyczerpany.

dsc07502a Jak pewnie można było się zorientować z powyższej , lekko złośliwej opowieści , nie jestem fanem ani Fuerteventury ani opcji All Inclusive. O ile podobno inne Wyspy Kanaryjskie są bardziej przyjazne dla ludzi , więc można spędzić czas w nieco mniej marsjańskich klimatach , o tyle opcja AI to zupełnie nie moje klimaty. Ale miło było spędzić kilka dni z Rodziną  :)

dsc07402a

Reklamy